poniedziałek, 1 grudnia 2025

Blogowanie i grudniowe święta.

Śnieg u nas krótko był, ale się zbył, szaro się zrobiło, na szczęście słoneczko zagląda, więc nie jest jakoś szczególnie ponuro. Największym kłopotem jest błoto, nosi się do domu, bo Dżemik biega w tę i z powrotem rozemocjonowany i jak wpada do domu to trudno nad tym zapanować. Z trawnika przez te jego galopady niewiele zostało, zobaczymy czy trawa na wiosnę odbije, czy trzeba będzie dosiewać. O Dżemiku będzie jeszcze pod koniec wpisu ;).

Ostatnio rozmyślam nad pewnymi (kolejnymi) zmianami w mojej aktywności internetowej, a konkretnie rozważam założenie sobie kont na IG i FB (chociaż nie raz się zarzekałam, że nigdy więcej). Ale tak na marginesie - właśnie zauważyłam, że w listopadzie minęło 10 lat mojego bloga :). Z tym, że jest to mój trzeci już blog, a pierwszy założyłam chyba ze 20 lat temu, dokładnie nie pamiętam. Zaczęłam od bloga typowo robótkowego - najpierw długo były hafty, potem dzierganie na drutach. Potem trochę mnie znudziło - zarówno hafty i druty, jak samo blogowanie, więc blog zamknęłam. Potem był kolejny, gdzie był misz-masz robótkowo-obrazkowo-książkowy. Ten blog mam zapisany w archiwum, tamten pierwszy całkiem skasowałam...




No i tak trochę à propos tych rozmyślań nasunął mi się temat, który był też niedawno poruszany na kilku znanych mi blogach: kontakty i relacje internetowe. Przez wiele osób uznawane są za powierzchowne, takie trochę na pokaz, udawane, nieszczere i nieco sztuczne. Nasze blogowe środowisko to jednak odrobinę inna sfera niż większość mediów społecznościowych, ograniczających się do krótkich i szybkich komunikatów. Niektórzy twierdzą co prawda, że blogosfera jest anachroniczna, widać to zresztą po stopniowym zaniku tradycyjnych blogów od paru lat. Ale właśnie tutaj, na blogach, budujemy całkiem fajne i bliskie relacje z innymi uczestnikami - blogerami i czytelnikami. Tutaj czas płynie nieco wolniej, wpisy i komentarze są obszerniejsze, a to sprzyja budowaniu bliższych emocjonalnych więzi. To trochę jak różnica między pogawędką ze znajomymi w kawiarni, a pośpieszną wymianą komunikatów o zdrowiu i pogodzie w tramwaju. Facebook kojarzy mi się ze słupem ogłoszeniowym w ruchliwym miejscu - ogłoszenia i afisze co chwila naklejane jedne na drugich, mało kto studiuje je szczegółowo i z namysłem.

Jako introwertyczka cenię sobie kontakty internetowe za pewien luz i zarazem jednak za możliwość utrzymania lekkiego dystansu. Nie lubię wchodzić w bardzo bliskie relacje z osobami, które znam krótko, nie angażuję się łatwo w przyjaźnie, nie rozmawiam z każdym o wszystkim. Chronię swoją prywatność, piszę na blogu o moich zwierzakach czy ogródku, o literaturze czy moich obrazkach, ale bardzo rzadko napomykam o rodzinie, nie pisałam dotąd nic o mojej pracy, nie wdaję się w dyskusje polityczne, a w zasadzie to - chyba w żadne, zwłaszcza o cięższym gatunku, że tak to ujmę. Z powyższych powodów nie mam konta na Fb (miałam, nie podobało mi się), nie mam WhatsAppa i temu podobnych komunikatorów i zabieraczy czasu. Nie odczuwam potrzeby brania udziału w życiu innych osób, sama zawracam im głowę tylko jak jest to niezbędne. Potrafię zająć się sobą i nie nudzę się, bo nudzą się tylko nudni ludzie. Żebym została dobrze zrozumiana - nie jestem odszczepieńcem, pustelnicą, eremitką, mam grono blogowych koleżanek, z którymi utrzymuję stały kontakt, jak jest taka potrzeba to angażuję się tu i ówdzie w pomoc itp., ale generalnie - zachowuję umiar w aktywności towarzyskiej. Może za to - zawarte bliższe relacje bardziej szanuję i są to więzy mocniejsze i trwalsze.

Blog jest miejscem publicznym, ogólnie dostępnym, a że nie mam skłonności do ekshibicjonizmu, to nie wszystko dla wszystkich - taką mam zasadę, w realnym życiu zresztą też. Natomiast jako czytelniczka zaglądam na rozmaite blogi, wybieram te, których zawartość mi odpowiada, na niektórych się udzielam i komentuję, inne tylko czytam i to też niekoniecznie systematycznie. Jeśli nie zgadzam się z autorem, to rzadko angażuję się w dyskusje, o niektórych tematach w ogóle nie rozmawiam w necie, bo nie wydaje mi się, żeby blog był odpowiednim miejscem do poważnych i głębokich dysput na tematy zasadnicze, przekonywania kogoś o diametralnie odmiennych poglądach do swoich racji. Zresztą, po paru doświadczeniach, kiedy nawet próbowałam włączyć się do dyskusji (w różnym czasie i na bardzo różne tematy), utwierdziłam się w tym przekonaniu. Za mało czasu, za mało miejsca itd., a jak jeszcze włączy się kilka osób, to robi się chaos, ciężko czasem się przebić i wyczerpująco uzasadnić swoje stanowisko. Nie mam przekonania, że wszystko wiem najlepiej, a nawet jak na jakiś temat wiem, to wcale nie muszę nikogo o tym przekonywać. A po drugie - stresów i napięć mam dosyć w pracy, a tutaj ma być fajna odskocznia. Jestem, jak to się teraz modnie określa, osobą wysoko wrażliwą, więc często odczuwam przebodźcowanie, potrzebuję wtedy ciszy i spokoju, oderwania się od codziennego zgiełku.

Blog jest dla mnie miejscem na relaks, odpoczynek, miłe spędzanie czasu. O polityce czy kwestiach ekonomicznych czytam i dyskutuję w innych miejscach, dawniej nawet byłam bardzo zaangażowana, teraz jest pora na wyciszenie. Ja w ogóle oddzielam takie rzeczy - praca to praca, dom to dom, blog ma określone przeze mnie swoje przeznaczenie. Ja mam naprawdę ciekawe życie i nie na każdym odcinku muszę być nadaktywna. Tutaj ma być miło, taka emocjonalna strefa SPA :). Najchętniej więc zaglądam na blogi kociarzy i innych zwierzolubów, pasjonatów ogrodnictwa (chociaż sama słabo się na tym znam, ale lubię czytać opowieści ogrodnicze), no i rozmaitych twórców, plastyków, rękodzielników itd. A czasem trafi się ktoś, kto po prostu swoją opowieścią mnie urzeknie, zaciekawi, no i buduje się jakiś rodzaj przywiązania i sympatia. Odwiedzam też chętnie blogi wszechstronne, prowadzone przez osoby lubiące zarówno literaturę, podróże, gotowanie, jak i majsterkowanie czy inne aktywności - i po prostu interesująco o tym opowiadające. Rzadko powstaje z tego jakaś bliższa relacja na gruncie pozablogowym, ale z czasem zaczynam traktować taką osobę jak kogoś realnie znajomego, przeżywam jej emocje, radości i smutki, ciekawi mnie dalszy ciąg jakiegoś opisywanego wydarzenia, martwię się, jeśli ten ktoś znika, nie daje znaku życia. 

I - żeby nie było, że jakaś wredna jędza ze mnie - oczywiście to moje dystansowanie się od pewnych spraw nie ma nic wspólnego z sympatią lub jej brakiem, bo - nawet pomimo braku silnych więzi - bardzo lubię wiele osób, zarówno moich czytelników, jak i blogerów, do których sama zaglądam. Trochę to wszystko skomplikowane, a na pewno nie zero-jedynkowe. 

Jak porównuję te relacje z tymi, które mam w "prawdziwym" życiu, to różnice są niewielkie. W realu też nie mam psiapsiółek od serca, z którymi spotykałabym się kilka razy w tygodniu na plotki, nie wydzwaniam ustawicznie do nikogo z bzdetami, żeby wypytywać co robi i opowiadać co gotuję na obiad albo jaki ciuch właśnie kupiłam itd. I nie lubię, jak ktoś mnie próbuje osaczyć swoją nadaktywnością i narzucającą się taką powierzchowną niby-przyjaźnią. Miło, jeśli ktoś o mnie pamięta, ale tak bez przesady i oczekiwań ponad moje chęci. Owszem, jest grupka bliskich znajomych, z którymi spotykamy się częściej, wiemy co się u nich dzieje, wspieramy się, przeżywamy wspólnie rozmaite sprawy, ale u nas to mój mąż jest specjalistą od utrzymywania codziennych i bliskich kontaktów, ja się udzielam znacznie mniej. On - gaduła z ADHD, po spotkaniach ze znajomymi czasem pyta mnie "a co tam u nich właściwie...?" - bo mój mąż nie ma trybu słuchania, ciągle gada, a ja przeciwnie, zgodnie z zaleceniem Sokratesa, więcej słucham niż mówię ;). Trochę się pewnie to i owo zmieni, jak zamknę firmę i wreszcie będę miała więcej czasu i pewnie też więcej chęci na spotkania z ludźmi (teraz mam ich sporo w pracy, a to też są często relacje zawodowo-prywatne). 

Mam już konkretne plany społecznych aktywności emeryckich, w tym także internetowych, stopniowo Wam o nich opowiem, jak coś się zacznie krystalizować. Planuję m.in. uaktywnić moje zapomniane nieco konto na portalu "Lubimy czytać"... Pewne zdarzenie dało mi sygnał, że wszechświat tego ode mnie oczekuje :) - opowieść o tym będzie wkrótce. No i w związku z tym wszystkim rozważam też tego nieszczęsnego fejsbuka, którego tak nie lubiłam. Zmian zresztą stopniowo będzie więcej...

********

Obiecałam ostatnio wrzucić zestaw grudniowych świąt, żeby można było interesująco zapełnić sobie miesiąc. We wcześniejszym wpisie były okazje listopadowe, tam było więcej tych kulinarnych, ale i w grudniu coś się znajdzie, chociaż zagęszczenie okazji w zasadzie dopiero gdzieś od połowy miesiąca.

Nietypowe święta w grudniu:

  • 2 grudnia -  Dzień Placków 
  • 3 grudnia -  Światowy Dzień Majsterkowicza
  • 4 grudnia -  Światowy Dzień Ochrony Dzikich Zwierząt
  • 4 grudnia -  Dzień Kostki do Gry
  • 5 grudnia -  Dzień Sztucznego Futra
  • 5 grudnia -  Światowy Dzień Gleby
  • 6 grudnia -  Dzień Anioła
  • 9 grudnia -  Międzynarodowy Dzień Medycyny Weterynaryjnej (kwiatek dla ulubionego weta?)
  • 9 grudnia -  Dzień Lamy
  • 10 grudnia - Międzynarodowy Dzień Praw Zwierząt
  • 11 grudnia - Dzień Tanga
  • 11 grudnia - Międzynarodowy Dzień Gór
  • 12 grudnia - Dzień Guzika
  • 12 grudnia - Dzień Gwiazdy Betlejemskiej (Poinsecji)
  • 13 grudnia - Światowy Dzień Skrzypiec
  • 14 grudnia - Dzień Małpy
  • 14 grudnia - Międzynarodowy Dzień Palenia Świec
  • 15 grudnia - Dzień Herbaty
  • 16 grudnia - Dzień Polewania Wszystkiego Czekoladą
  • 17 grudnia - Dzień Bez Przekleństw
  • 17 grudnia - Ogólnopolski Dzień Rozmów Twarzą w Twarz
  • 17 grudnia - Dzień Syropu Klonowego
  • 18 grudnia - Dzień Pieczonego Prosiaka
  • 19 grudnia - Dzień Wiecznie Zielonych Roślin
  • 19 grudnia - Dzień Owsianej Babeczki
  • 20 grudnia - Dzień Ryby
  • 20 grudnia - Dzień Sangrii
  • 21 grudnia - Dzień Orgazmu
  • 21 grudnia - Światowy Dzień Pozdrawiania Brunetek
  • 22 grudnia - Dzień Piernika
  • 24 grudnia - Dzień Raju
  • 24 grudnia - Dzień Ajerkoniaku
  • 26 grudnia - Dzień Cukrowej Laski
  • 27 grudnia - Dzień Keksa 
  • 28 grudnia - Międzynarodowy Dzień Pocałunku
  • 28 grudnia - Dzień Gry w Karty
  • 30 grudnia - Dzień Serka Wiejskiego
  • 31 grudnia - Dzień Bez Bielizny
  • 31 grudnia - Sylwester

Wyróżniłam pogrubieniem święta "spożywcze" (oprócz tak oczywistych jak Boże Narodzenie czy Sylwester). Ale inne okazje też można wykorzystać do dobrej zabawy.


Ponieważ najbliżej jest Dzień Placków, to wyjaśnię trochę o co chodzi. Otóż nam się to kojarzy w pierwszej kolejności z plackami ziemniaczanymi. Ale Święto Placków Ziemniaczanych było 13 listopada! Natomiast tutaj chodzi o różnego rodzaju placki z ciasta, smażone na głębokim tłuszczu. Co kraj to obyczaj, więc na świecie wersji jest wiele, czasem jest to znane nam doskonale ciasto drożdżowe z mąki pszennej, czasem z jakiegoś innego rodzaju mąki, najczęściej z nadzieniem - mięsnym, owocowym czy jeszcze jakimś innym. Zalicza się do tego także każdy rodzaj tempury, czyli cokolwiek jadalnego zanurzonego w cieście i usmażone na głębokim tłuszczu. U nas chyba najbardziej popularne są racuchy, czyli ciasto zbliżone do naleśnikowego, wymieszane z pokrojonymi jabłkami i oczywiście usmażone.



dzisiaj do herbaty ciasteczka z różnymi nasionkami i orzechami,
 ale we wtorek będą już porządne racuchy!


Nawiązując do powyższego zdjęcia rozwinę temat i jako ciekawostkę opowiem Wam jeszcze o tym oto ciekawym znalezisku:


Jakiś czas temu zamarzył mi się serwis do herbaty z bolesławieckiej ceramiki. Dawniej mi się ta ceramika zupełnie nie podobała, ale człowiekowi się zmienia na stare lata... I tak stopniowo, od niechęci, doszłam do etapu pożądania :). No ale wiadomo, to kupę kasy kosztuje, a herbatę w końcu przecież mam w czym pić, a nawet i gościom bardziej elegancko podawać, więc chociaż chodziło to za mną, to traktowałam temat raczej jako fanaberię, którą zrealizuję może jak wygram w Lotto (z tym że nie gram, więc trochę by było trudno). No i któregoś dnia, robiąc porządki w graciarni mojego męża, trafiłam na jakieś duże i ciężkie pudło, zawinięte dodatkowo w folię, trudno było ot tak zajrzeć. Zapytałam męża co tam jest, on na to, że nie wie, to chyba pudło po ekspresie do kawy, a co tam jest to sam już nie pamięta, pewnie jakieś rupiecie. Pominę tu dalsze dywagacje i domysły, w końcu zaczęłam to rozwijać, bo może kupa śmieci do wywalenia, no i się okazało, że to cały, przepiękny serwis herbaciany z Bolesławca, w moje ulubione stempelki i pawie oczka! Duża patera, dzbanek z podgrzewaczem, mlecznik, cukierniczka, 6 filiżanek z podstawkami i talerzyki deserowe. No cudo! Prawie w szoku byłam. Ech, ci faceci... Mąż dostał to dawno temu od kontrahenta na koniec dobrej współpracy, ale pomyślał sobie, że zostawi pakunek tak jak jest, bo w domu chyba to niepotrzebne, a może się nam kiedyś przyda na jakiś prezent dla kogoś... no i w końcu kompletnie o tym zapomniał. Coś mi tam wtedy nawet  mimochodem wspomniał, że dostał jakąś ceramikę, no ale wiecie - JAKĄŚ ceramikę, hmmm... No, naprawdę...

O Bolesławcu będzie tu jeszcze coś kiedyś na blogu, a o całkiem innym marzeniu, które się też dość zaskakująco niedawno w pewnym sensie zaczęło spełniać, opowiem już wkrótce...

********

A już całkiem na koniec tego wpisu pewna historyjka z życia zwierząt i zupełnie nieudane zdjęcie Dżemika z wielbicielką:




Cyknęłam to pośpiesznie z balkonu, ale psy były w ciągłym ruchu i nie mogłam ich sensownie złapać. Próba zbliżenia się na poziomie ogrodu skutkowała paniczną ucieczką wielbicielki, więc tylko tak mi się udało, oczywiście niewiele tam widać, ale chciałam Wam pokazać skalę. Na zdjęciu widoczne są dwie plamy - ta duża to oczywiście Dżemik, a ta mała przed jego pyskiem to wielbicielka, zwana przez nas Pipcią.

Sytuacja jest trochę irytująca, a trochę zabawna. Pipcia mieszka kilka domów dalej, ale jako malutki piesek biegający po podwórku, łatwo ucieka przez jakąkolwiek dziurę. Teraz ma prawdopodobnie cieczkę, bo pod jej domem wysiaduje ciągle zakochany biały pies średniej wielkości. Ale Pipcia Białego nie chce, natomiast zakochała się nie wiedzieć czemu w Dżemiku. I nagle zaczęła się pojawiać w naszym obejściu. A za nią - biały kawaler. Pipcia to nic, Dżemikowi nawet przypadła do gustu i ucieszył się taką niespodziewaną atrakcją, ale rywala już nie zniósł, no i zaczęły się awantury. Nasze ogrodzenie nie jest jakieś super szczelne ze względu na koty, żeby mogły swobodnie wchodzić i wychodzić. A Pipcia jest wielkości kota, więc bez problemu przechodzi pod siatką albo między tralkami. Nie wiedzieliśmy tylko, jakim cudem ten dość spory biały pies do nas wchodzi, ale wiecie - miłość nie zna granic. Jak  zrobił się jazgot w ogrodzie i mąż poszedł na interwencję, to okazało się, że Biały to niezły zawodnik - po prostu wskoczył na siatkę, po niej wdrapał się do góry i przeskoczył na drugą stronę. Prawdopodobnie tak samo wskakuje do nas. Jak Białego nie ma, to Dżemik z Pipcią bawią się, biegają po ogrodzie. Afera się robi jak pojawia się Biały, a niestety nie wiadomo czyj to pies. Dzisiaj na szczęście już go nie widziałam, może znalazł sobie bardziej chętną koleżankę :). No ale w tym miłosnym amoku psy całkiem nam zdewastowały pół ogrodu, zwłaszcza trawnik...

********

Jak pewnie zauważyliście - pojawiam się teraz trochę częściej na blogu, w grudniu na pewno będzie jeszcze kilka wpisów. Najbliższy zapewne o książkach, trochę innych niż zwykle tu opisuję.

********


środa, 26 listopada 2025

Książki. Follett, Rice, Christie... duuużo Christie.

Obiecałam napisać trochę o książkach, które ostatnio czytałam. Może kogoś coś zaciekawi... Oczywiście było tego więcej, ale podzielę to na kilka odcinków, bo i gatunki, i tematyka były bardzo różne, a o niektórych pozycjach chcę trochę więcej opowiedzieć. Dzisiaj trzech autorów, za to książek trochę więcej.

Z jednym autorem, o którym dzisiaj chcę wspomnieć, zdarzyła się dziwna historia... W chwilach literackiej posuchy, kiedy akurat skończyłam coś czytać, nowe zamówienie dopiero zostało złożone, a ja szperam po domowych biblioteczkach w poszukiwaniu czegoś ciekawego do czytania, mąż czasem próbuje mnie zainteresować książkami ze swoich półek. Bo zwykle czytamy całkiem inną literaturę. U niego króluje historia, thrillery, czasem jakiś sentymentalny powrót do przygodówek z lat młodości, niekiedy współczesne obyczajówki, trochę fantazy. Podsuwane mi przez niego książki rzadko jednak znajdują moje uznanie. Przeglądam, czasem nawet zaczynam czytać, ale 9 na 10 odrzucam jako mało interesujące, zbyt agresywne lub przygnębiające, czasem infantylne, w każdym razie nie w moim typie. 

Niektóre nazwiska autorów omijam szerokim łukiem. I tak jakoś na tej czarnej liście znalazł się Follett. Nie pamiętam już dlaczego. No i niedawno właśnie jego książkę mąż mi podsunął, streszczając ją w kilku zdaniach, z dodatkiem, że dobrze się kończy ;). Był to "Uciekinier". Z braku lepszej lektury wzięłam tę książkę nieufnie, przejrzałam, zaczęłam czytać... No i okazało się, że to jest całkiem niezła opowieść. Przeczytałam ją w dwa wieczory, zatem jako kolejną lekturę mąż przyniósł mi również Folletta "Człowieka z Sankt Petersburga", mówiąc, że ja już ją kiedyś czytałam i jemu podsunęłam, a w ogóle chyba ja ją kupiłam. Ja??? Folletta??? no niemożliwe! Hmmm... a jednak... w miarę czytania uświadamiałam sobie, że faktycznie znam tę historię, chociaż kompletnie nie przypominałam sobie co tam dalej w niej było. Czytałam ją więc jak zupełnie nową książkę. Bardzo dziwne dla mnie doświadczenie, nigdy mi się takie zaćmienie umysłowe nie zdarzyło. A książka rzeczywiście świetna. Więc tym bardziej - skąd ten Follett na mojej czarnej liście??? Dziwna sprawa. Mam wrażenie, że próbowałam kiedyś podejść do "Filarów ziemi" i "Kryptonimu "Kawki", ale chyba nie dokończyłam lektury - być może to te pozycje mnie zniechęciły? Będę musiała do nich wrócić i jeszcze raz spróbować przeczytać. Ale przejdźmy do książek już przeczytanych...


  • KEN FOLLET - "Uciekinier". Wydawnictwo Albatros, 2016r, str. 480.

Mieszanka gatunkowa, którą jedni zaliczają do thrillerów, sensacji, inni do powieści historycznych.



Opowieść osadzona na dobrze przedstawionej podbudowie historyczno-socjologicznej, wartko poprowadzona, nieco awanturnicza, przygodowo-marynistyczna, z romansem w tle. Mocną (i ciężką w sensie emocjonalnym) stroną książki są realistycznie i bardzo drobiazgowo opisane warunki pracy w szkockich kopalniach w XVIII wieku, niewolniczy wyzysk, walka górników o przetrwanie, przy czym górnikami są także kobiety i dzieci już od siódmego roku życia. Drugi ważny aspekt to niezwykle wyraziści bohaterowie, z którymi w jakimś stopniu łatwo nam się utożsamić, a w każdym razie wzbudzają silną empatię i ciekawość czytelnika - jak poradzą sobie w tak niesprzyjających warunkach. W kolejnych rozdziałach akcja przenosi się do Anglii, a następnie do Ameryki. Wątek romantyczny jest co prawda mało realistyczny (romans pochodzącej z wyższych sfer panny z niewolnikiem (a później - skazańcem), jednak po pełnych niewyobrażalnego okrucieństwa scenach z kopalni i transportu niewolników, czytelnik z ulgą przyjmuje te budzące nadzieję, pozytywne akcenty. W sumie - powieść mocno wciągająca i dobrze napisana. 

  • KEN FOLLET - "Człowiek z Sankt Petersburga". Wydawnictwo Albatros, 2010r, str. 400.



Książka uznana za jeden z najważniejszych thrillerów szpiegowskich XX wieku. Znakomicie przedstawiona sytuacja polityczna tuż przed pierwszą wojną światową - sufrażystki, początki kariery Winstona Churchilla, prowadzącego negocjacje z Rosją, doskonale przedstawione realia epoki. W tych okolicznościach pojawia się rosyjski anarchista, którego misją jest zgładzenie księcia Orłowa i tym samym zerwanie rozmów o sojuszu Wielkiej Brytanii z Rosją przeciwko rosnącej potędze Niemiec. Wszystkie służby w Londynie postawiano na nogi i rozpoczyna się obława na zamachowca.  A w tle poplątane ludzkie losy, zakazana miłość, trudne życiowe wybory. Historia bardzo mnie wciągnęła, to z pewnością jest świetna powieść, zarówno w treści, jak i w warstwie językowej - czyta się lekko, z przyjemnością, trudno się oderwać. No nie wiem, co ja za uraz miałam do tego Folleta...? Muszę sięgnąć po inne książki tego autora.


*****


  • LUANNE RICE - "Bezpieczna przystań". Seria "Książki wybrane Reader's Digest", wyd. Reader's Digest Przegląd sp. z o.o., 2007r, str. 592 całość, wybrana pozycja ma w tym tomie 130 str.


A oto dziwne zjawisko księgarskie, z którym się dotąd nie spotkałam - seria "Książki wybrane Reader's Digest". Mamy w tej serii do czynienia z trochę dziwacznym zabiegiem, polegającym na wydawaniu w jednym tomie zestawów skróconych wersji książek. W każdym tomie serii są cztery takie okrojone pozycje. Ich lektura daje oczywiście jakieś pojęcie o wersji pełnej, ale jednak nie do końca wiadomo czym kierował się redaktor skrótu, co wyciął, co jakoś po swojemu przeinaczył. Ile w tym dziele autora, a ile redaktora, no i co straciliśmy, czytając ten niby-bryk, zamiast pełnej powieści... W dodatku nigdzie w książce nie znalazłam wzmianki, że są to tak przeredagowane teksty, więc pewnie wiele osób pozostaje nieświadomych, że ma do czynienia ze streszczeniem. Ja sama dopiero czytając opinie na "Lubimy czytać" dowiedziałam się, że nie są to pełnowartościowe powieści.

W tomie, który wzięłam do czytania, są skróty czterech powieści: "Afgańczyk" F. Forsytha, "Bezpieczna przystań" L. Rice, "Posłanniczka prawdy" J. Winspear i "Zew natury" G. Grieva. Przejrzałam wszystkie, ale tylko "Bezpieczna przystań" wciągnęła mnie na tyle, że zdecydowałam się przeczytać ją w całości. Mąż polecał mi "Afgańczyka", ale tematyka zupełnie mi nie odpowiadała. 

"Bezpieczna przystań" nie ma zbyt dobrych recenzji, ktoś ją określił jako straszny gniot i byle jakie romansidło. No cóż, może nie jest to wysokich lotów literatura, ale aż tak nisko bym jej nie oceniła, z tym że, jak wspomniałam, miałam do czynienia tylko ze SKRÓTEM powieści. Przeczytałam ją co prawda bez wielkiej ekscytacji, jednak z pewną przyjemnością i zaciekawieniem. Może po prostu miałam akurat zapotrzebowanie na tego typu literaturę. Nie zaliczyłabym zresztą tej książki jednoznacznie do romansu, chociaż jest tutaj dość wyraźny wątek miłosny. Nie jest to jednak główny temat - sprawa jest bardziej skomplikowana...

Dwie siostry - Lily i Dana, prowadzą kurs żeglarski dla dzieci. W czasie finałowego wyścigu dochodzi do wypadku z udziałem ośmioletniego Sama, któremu Dana ratuje życie. Wiele lat później ich drogi znowu się skrzyżują, w zupełnie innych okolicznościach. Lily wraz z mężem właśnie zginęli w czasie rejsu, osierocając dwie córki. Dana, która jest odnoszącą sukcesy malarką, czuje się zobowiązana do opieki nad siostrzenicami, co wywraca jej życie do góry nogami. Relacje między ciotką a każdą z dziewczynek układają się rozmaicie, Dana próbuje zastąpić im matkę i jednocześnie poukładać własne życie, dziewczynki mają swoje tajemnice, a w życiu ich trzech nagle pojawia się dorosły już Sam. Autorka interesująco odmalowała portrety psychologiczne osieroconych dzieci, ich tęsknoty i rozterki, wewnętrzne rozdarcie Dany, walczącej z własną niemocą artystyczną i jednocześnie szukającą drogi do umysłów i serc małych dziewczynek, jej wątpliwości wobec niespodziewanej miłości... Nie ma tu emocjonującego rollecoastera typowego dla romansów autorek pokroju Nory Roberts, ale jest wciągająca, bardzo realistycznie opowiedziana historia z życia, w której przeplatają się losy, pragnienia i marzenia kilkorga bohaterów.

*****


No i kolejne tomy pióra królowej kryminału, z jubileuszowej serii Wydawnictwa Dolnośląskiego, zapoczątkowanej w stulecie urodzin pisarki. Miało być 10 tomów, jest już chyba z sześćdziesiąt, z czego połowę przeczytałam. Zauważyłam przy tym, że jak dawniej nie przepadałam za zarozumiałym Poirotem, to stopniowo nabrałam sympatii do tego ekscentrycznego jegomościa. Natomiast nie jestem fanką panny Marple, po iluś tam powieściach z jej udziałem nadal niezbyt ją lubię i mam wrażenie, że jest wymyślona trochę na siłę. A zatem pokrótce o kolejnych kryminałach Agathy Christie:



  • AGATHA CHRISTIE - "Zatrute pióro". Wydawnictwo Dolnośląskie, 2021r, str.192.
Młody lotnik po poważnym wypadku przyjeżdża do małego cichego miasteczka, aby oddać się rekonwalescencji i odpoczynkowi od zgiełku i problemów. Okazuje się jednak, że nie będzie mu dane zażywać spokoju, ponieważ zostaje wciągnięty w problemy miejscowej społeczności, nękanej od pewnego czasu przez autora anonimowych listów o bulwersującej treści. Jedna z adresatek tych anonimów popełnia wkrótce samobójstwo. Na scenę wkracza panna Marple i pomaga rozwiązać tajemnicę.

  • AGATHA CHRISTIE - "Zagadka Błękitnego Ekspresu". Wydawnictwo Dolnośląskie, 2022r, str.270.

Spodziewałam się czegoś w stylu i na miarę jednego z bestsellerów Agathy Christie, to jest "Morderstwa w Orient Ekspresie". No wiecie, na zasadzie podobieństwa tytułów, wyobrażałam sobie również podobny zarys fabuły. Tutaj jednak wygląda to zupełnie inaczej, w pierwszych rozdziałach poznajemy kolejno różnych bohaterów, których losy w jakiś sposób się połączą, a niektórzy z nich spotkają się w pewnym momencie w owym tytułowym Błękitnym Ekspresie. 

Milioner kupuje dla swojej ukochanej córki niezwykłej wartości naszyjnik z rubinów. Córka jednak ma skłonność do niebezpiecznych mężczyzn... Mężczyźni zaś nie zawsze lokują uczucia we właściwych kobietach. Wspaniale narysowane sylwetki wyrazistych bohaterów, romantyczne historie, bogactwo, wątek kradzieży przeplata się z morderstwem. Kto zabił, kto ukradł i czy te dwie sprawy się łączą? Oczywiście wszystko to wyjaśni nieoceniony Herkules Poirot.


  • AGATHA CHRISTIE - "Noc w bibliotece". Wydawnictwo Dolnośląskie, 2021r, str.208.

Świetnie opowiedziana historia, miło się czyta. Amatorzy ciężkich horrorów będą zawiedzeni, ale też przecież nie oczekuje się od pani Christie jedynie krwawych jatek :). Mimo, że oczywiście trup musi być. I jest, w dodatku zupełnie nieznany właścicielom domu, początkowo w ogóle nie wiadomo jakiej nitki się chwycić, jakim tropem podążać. W arystokratycznej posiadłości, w bibliotece pułkownika Bantry'ego, leżą zwłoki młodej dziewczyny, ubranej w dość tandetną wieczorową sukienkę. Na scenę wkracza jednak wezwana przez żonę pułkownika panna Marple. Jej szósty zmysł i umiejętność obserwacji pomagają rozwikłać tę dziwaczną tajemnicę.


  • AGATHA CHRISTIE - "Morderstwo w Boże Narodzenie". Wydawnictwo Dolnośląskie, 2020r, str.238.

Tym razem jednak zaskoczenie - ale na początek przytoczę Wam interesującą dedykację, jaką zamieściła w tej książce autorka:

"Drogi Jamesie! Zawsze należałeś do moich najwierniejszych i najżyczliwszych czytelników. Zmartwiłam się zatem srodze, gdy mnie skrytykowałeś. Narzekałeś, że moje morderstwa stają się zbyt wyrafinowane, by nie rzec - anemiczne. Pragnąłeś "solidnie krwawej zbrodni". Takiej, co do której nie mogłoby być wątpliwości, że jest morderstwem! To właśnie jest książka napisana specjalnie dla Ciebie. Mam nadzieję, że Ci się spodoba. Twoja kochająca szwagierka Agatha".

No i nie da się zaprzeczyć - to jest rzeczywiście krwawa zbrodnia! Złośliwy stary milioner Simeon Lee zaprasza na Święta cała swoją rozsianą po świecie rodzinę. Nie wszyscy utrzymywali z nim jakiekolwiek kontakty w ostatnich latach, pojawiły się też osoby niemal nikomu nie znane. Wszyscy spodziewają się wiadomości o dyspozycjach co do podziału majątku, jednak zanim do tego dojdzie, okazuje się, że milioner został zamordowany, a z jego sypialni zniknęły diamenty. Tajemnic jest więcej, do akcji wkracza więc - oczywiście - detektyw Poirot.


  • AGATHA CHRISTIE - "Wigilia Wszystkich Świętych". Wydawnictwo Dolnośląskie, 2021r, str 240.

Przyjęcie halloweenowe dla dzieci, organizowane przez rodziców i nauczycielki, z dużym rozmachem i wieloma atrakcjami. I w trakcie tej imprezy, wśród zamieszania, okazuje się, że została zamordowana jedna z dziewczynek bawiących się w wyławianie jabłek z wiadra z wodą. Utopiono ją w tym wiadrze, ponieważ na samym początku zabawy powiedziała, że widziała kiedyś morderstwo. Jest więc sprawa morderstwa dziecka i sprawa tajemniczego morderstwa z przeszłości. Oczywiście musi zająć się tym Poirot. Na początku nie czytało mi się tego dobrze, za dużo było tych szczegółów dziecięcych zabaw i takich na pozór nie związanych z sednem sprawy, no ale wiadomo - Christie nie pisze takich rzeczy na próżno, gdzieś w tym wszystkim tkwi nić prowadząca do rozwikłania tajemnic.


  • AGATHA CHRISTIE - "Morderstwo odbędzie się". Wydawnictwo Dolnośląskie, 2022r, str. 288.

W miejscowej gazecie ukazuje się ogłoszenie o zdumiewającej treści: " Morderstwo odbędzie się... " i tutaj dokładny czas i miejsce. Zaintrygowani mieszkańcy pod różnymi pretekstami udają się z wizytą do pani Blacklock, której adres podany był w ogłoszeniu. W trakcie spotkania rzeczywiście dochodzi do morderstwa. Następuje awaria światła, otwierają się drzwi, ktoś strzela... Na pomoc w rozwikłaniu zagadki przychodzi panna Marple, specjalistka od analizy ludzkich charakterów. 




Z opisanych tutaj książek autorstwa Christie najbardziej podobała mi się ta ostatnia. Lubię takie odkrywanie tajemnic ludzkiej natury. Najmniej przypadła mi do gustu "Wigilia Wszystkich Świętych", jakoś ta historia mnie nie wciągnęła. Natomiast z całego zestawu, który dzisiaj Wam zaprezentowałam, molom książkowym poleciłabym jednak Folleta. Jeśli ktoś lubi historię, to na pierwszy ogień "Człowiek z Sankt Petersburga", jeśli wolicie nieco mroczne opisy tragicznych ludzkich losów, to "Uciekinier". A ja udaję się na poszukiwania kolejnych tomów Folleta, zacznę od mężowskiej biblioteczki, bo pewnie coś tam znajdę ;).

A na koniec fota kota, czyli to co zimową porą kotecki lubią najbardziej - Kocia śpiąca w pozycji zwisającej na brzegu łóżka:




I zbliżenie na pazury naszej delikatnej, eterycznej kociej księżniczki:


*****

niedziela, 23 listopada 2025

Listopadowe świętowanie.

Nie, nie, nie będzie ani o Wszystkich Świętych ani o Święcie Niepodległości, ale... po kolei. Najpierw moje najnowsze i w dodatku niedokończone... ekhm... dzieło, ze znanego Wam już cyklu "tego obrazu nie będzie".

 


Kolory na zdjęciach, jak to u mnie, oczywiście od czapy, w realu mniej jaskrawe te czerwienie zwłaszcza. Miało być więcej szczególików, ale straciłam wenę i chyba już nic więcej z tym nie zrobię. To znaczy owszem, zrobię, ale mam na myśli utylizację bądź totalną przeróbkę. No i chyba jednak wrócę do malowania, bo trochę się zniechęciłam do tego typu prac plastycznych ;). Takie to tam, wiecie, wyklejanki. Coś w rodzaju kolażu, w którym główne role grają: mój ulubiony motyw mandali (niedokończony), krwisty kryształek, który chyba z dziesięć lat leżał sobie w szufladzie, a ja wciąż nie miałam na niego pomysłu, oraz żmija ulepiona z papier-mache. Całość powstała na podłożu malarskim 50x70 cm, które zostało mi po kilku nieudanych obrazach malowanych jeden na drugim. Wkurzyłam się po kolejnej porażce i uznałam, że skoro z malowaniem mi tutaj nie wyszło, to zrobię na tej płycie coś w całkiem innej technice. 




Jak zwykle zdjęcia przekłamują kolory, to wszystko jest bardziej stonowane, nie tak krzykliwe, no ale mój aparat nie radzi sobie z kontrastami (czerwień, złoto, grafitowe tło). Użyte zostały: farby akrylowe, klej wikol, ręczniki papierowe i inne papiery, folia aluminiowa, papier nacinany (z jakichś opakowań) jako żmijowa skóra, trochę tektury i drewniane rozpórki do blejtramów w roli elementów mandali, no i ten kryształek, od którego w zasadzie wszystko się zaczęło i dwie ozdobne szpilki z główkami jak ten kryształek, a z których powstały oczy żmii. Oraz moja wyobraźnia :). Tutaj szał tworzenia, czyli bałagan twórczy, z boku po prawej widać ten nacinany papier, który natchnął mnie do użycia w roli gadziej skóry:




Na początku miałam tylko ogólną koncepcję, szczegóły wymyślałam i dopracowywałam w trakcie pracy. Najwięcej kłopotu było ze skórą żmii - podobała mi się struktura tego papieru, ale problem był z pomalowaniem tego wodną farbą przy pomocy pędzla tak, żeby te fale-łuski nie oklapły. Musiałam to robić na raty, suszyć co chwila, znowu trochę podmalować itd. Mąż zapytał co to za mroczne klimaty wzięłam na tapet, trochę mnie zdziwił, bo co tu niby mrocznego, a on mówi - no ta żmija taka przepołowiona... Ekhm... no więc to miało stwarzać wrażenie, że żmija oplata ten obrazek i z jednej strony wychodzi na wierzch głowa, z drugiej koniec ogona, a reszta jest zawinięta za obrazem. No naprawdę... myślałam, że to jest oczywiste, a widocznie niezupełnie mi to wyszło zgodnie z planem :)))).

No w każdym razie pomysł był może ciekawy, w głowie miałam dość konkretną wizję, ale potem wszystko szło jak po grudzie. W związku z czym zabrakło mi już siły na dokończenie. Pokazuję jako ciekawostkę w temacie czym się bawię po pracy w długie jesienne wieczory ;).




*****

Na wielu blogach czytam narzekania, że pora roku do kitu, pogoda do kitu, nastrój do bani...  No bo listopad, późna jesień z chłodem, deszczem i długimi ciemnymi wieczorami i brak fajnych tradycji i popularnych świąt rozjaśniających mroki listopadowe. U mnie co prawda całkiem spoko, niewiele padało, całkiem ciepło do połowy miesiąca (do 15 stopni!), sporo słońca nawet. Tyle, że doba krótsza.

Jakiś czas temu pojawił się termin "jesieniara". Jesieniara to osoba, która uwielbia jesień, lub przynajmniej stara się ją oswoić - za pomocą relaksujących spacerów wśród kolorowych liści spadających z drzew, wieczorów spędzanych przy kominku, w zawoju z miękkiego kocyka, z kubkiem aromatycznej herbatki z przyprawami, w ciepłym przytulnym swetrze. Jak podaje AI - z czasem określenie nabrało głębszego znaczenia i oznacza kogoś, kto docenia zwolnienie tempa, komfort, domowe rytuały i jesienną, lekko melancholijną estetykę. 

Może nie określiłabym siebie jako jesieniarę, bo nie mam jakichś szczególnych rytuałów, nie celebruję przesadnie parzenia herbaty, zawijania się w kocyki i zapalania świec, ale tak zwyczajnie - lubię jesień, zarówno tę złotą polską jesień ze słońcem i szaleństwem kolorów opadających z drzew liści, jak i długie, ciemne wieczory listopada, mgły i pierwszy szron, deszcz i krakanie wron. Ale na jednym z zaprzyjaźnionych blogów była niedawno mowa o tradycjach i świętach w okresie pomiędzy Halloween a Bożym Narodzeniem - no fakt, jak tylko znikną z wystaw sklepowych dynie i sztuczne kościotrupy, to mamy już dekoracje bożonarodzeniowe, czasem nawet leci to równolegle, mikołajki i bombki, a obok szkieletory. Ale listopad ciemny, zimny - i brak powszechnych imprez doskwiera. Są rozmaite lokalne wydarzenia, branżowe święta, ale na ulicach i w domach nie widać pomysłu na ubarwienie i rozweselenie tego miesiąca, żadnych komercyjnych zalewów dekoracji. Posprawdzałam więc w kalendarzu co my tam mamy i czy przynajmniej znajdą się jakieś okazje do kameralnego świętowania, choćby z rodziną czy przyjaciółmi. Listopad już się zaraz skończy, ale parę dni jeszcze zostało, no i może się to przyda na przyszły rok. Tak więc - od początku:

Halloween w zasadzie przypada na 31 października, wchodzimy jednak w listopad z przytupem, bo dekoracje są dość powszechne, dynie, świece, bukiety wrzosów i chryzantem, ale też zjawy, kościotrupy i pająki (o ile ktoś lubi takie klimaty), w wielu domach odbywają się domówki zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci, z odpowiednio straszliwym entouragem oczywiście, przeciągające się aż do 1 listopada. Czyli całkiem niezły imprezowo początek. Pomijam już fakt, że w moim odczuciu same Zaduszki powinno się świętować w stylu meksykańskim, no ale chyba jestem jednak wciąż w mniejszości. Poszperałam w internetach - co też my tam dalej mamy...? 

Listopadowe nietypowe święta:

  • 1 listopada: Światowy Dzień Wegan
  • 3 listopada: Hubertus, czyli Święto Myśliwych
  • 3 listopada: Dzień Gospodyni Domowej
  • 3 listopada: Dzień Kanapki
  • 4 listopada: Dzień Taniego Wina
  • 5 listopada: Międzynarodowy Dzień Postaci z Bajek
  • 6 listopada: Dzień Saksofonu
  • 7 listopada: Dzień Kotleta Schabowego
  • 7 listopada: Światowy Dzień Feministek
  • 8 listopada: Europejski Dzień Zdrowego Jedzenia i Gotowania
  • 8 listopada: Dzień Cappuccino
  • 8 listopada: Dzień Zdrowego Śniadania
  • 9 listopada: Światowy Dzień Gry Wstępnej
  • 9 listopada: Międzynarodowy Dzień Łamańców Językowych
  • 10 listopada: Dzień Jeża
  • 11 listopada: Dzień Świętego Marcina (rogale!)
  • 11 listopada: Dzień Singli 
  • 12 listopada: Światowy Dzień Drwala 
  • 13 listopada: Dzień Placków Ziemniaczanych
  • 13 listopada: Światowy Dzień Dobroci
  • 13 listopada: Dzień Biznesmena
  • 14 listopada: Dzień Seniora
  • 15 listopada: Dzień Slipek
  • 16 listopada: Międzynarodowy Dzień Tolerancji
  • 16 listopada: Dzień Wiedźm
  • 17 listopada: Dzień Czarnego Kota
  • 17 listopada: Światowy Dzień Studenta
  • 17 listopada: Dzień Baklawy
  • 18 listopada: Dzień Myszki Miki
  • 18 listopada: Światowy Dzień Bicia Rekordów
  • 20 listopada: Światowy Dzień Rzucania Palenia Tytoniu (trzeci czwartek listopada)
  • 20 listopada: Dzień Absurdu
  • 20 listopada: Święto Wina Beaujolais Nouveau (trzeci czwartek listopada)
  • 21 listopada: Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień
  • 22 listopada: Dzień Kredki
  • 23 listopada: Dzień Espresso
  • 24 listopada: Dzień Buraka
  • 24 listopada: Dzień Morsa (zarówno morskiego ssaka jak i miłośników zimnych kąpieli)
  • 24 listopada: Dzień Sardynek
  • 24 listopada: Katarzynki
  • 25 listopada: Dzień Pluszowego Misia
  • 26 listopada: Dzień Ciasta
  • 26 listopada: Światowy Dzień Drzewa Oliwnego
  • 28 listopada: Dzień Bez Zakupów
  • 28 listopada: Dzień Pocałunków
  • 29 listopada: Andrzejki
  • 30 listopada: Dzień Białych Skarpetek
  • 30 listopada: Dzień Niebieskiej Czapki

Jest tego więcej, ale pominęłam większość świąt religijnych, branżowych, politycznych i temu podobnych. W każdym razie - świąt ci u nas dostatek, tyle tylko, że nie są powszechnie obchodzone. Dla mnie najfajniejsze to oczywiście te różne kulinarne, a zauważcie, że jest ich w listopadzie całkiem sporo. Dalej - Dzień Czarnego Kota, Dzień Kredki, Dzień Pluszowego Misia, Dzień Saksofonu (bo lubię) i tak dalej, świętować można niemal co dnia. 

W mojej okolicy od wielu lat całkiem hucznie obchodzony jest Hubertus. Na pobliskim zamku odbywają się rozmaite imprezy - kiermasze, rekonstrukcje walk rycerskich, zawody w strzelaniu z łuku, koncerty, jazdy i zawody konne, kulinarne szaleństwa z dziczyzną w roli głównej itp, ale jakoś tak ideologicznie mi z myśliwymi nie po drodze. Bywałam tam, jak synek w czasach szkolnych bawił się w rycerstwo, bo jak już uszyłam te siermiężne koszule i uplotłam z miliona metalowych kółek kolczugę, to trzeba było to zobaczyć w "boju" :).

Dzień Placków Ziemniaczanych uczciłam należycie, na Dzień Seniora upiekłam tartę tatin i z zaprzyjaźnionymi seniorami zostało odkorkowane do niej pyszne włoskie Fragolino,  potem było świętowanie z baklawą u znajomych Chorwatów (za samą baklawą w wersji bałkańskiej nie przepadam, ale nasi znajomi robią ją w wersji pod Polaków, mniej słodką, no i było też dużo innego chorwackiego jedzonka), beaujolais nouveau - no cóż, też nie jestem fanką, ale pół kieliszka pro forma można wypić na początek imprezy, a potem przejść do nieco ciekawszych win oraz innych trunków, z odpowiednią zakąską, ma się rozumieć. Co nam jeszcze zostało w kalendarzu? -  Dzień Buraka może nie brzmi interesująco, ale jakieś przyjątko z barszczykiem, sałatką buraczkową, sokiem z buraków i ćwikłą do dań mięsnych da się zorganizować, no i dzisiaj Dzień Espresso a potem Dzień Ciasta - to hohoho! ale będzie rozpusta! Że nie wspomnę o Andrzejkach czy Katarzynkach :). Nawet Dzień Sardynki czy Drzewa Oliwnego można przeobrazić w kulinarną imprezę i całkiem dobrze się bawić.

W grudniu postaram się wpaść tutaj na początku miesiąca i podrzucę Wam grudniowe propozycje z nietypowego kalendarium. No to - miłego świętowania! 

*****


piątek, 24 października 2025

Pikasiak.

Witajcie po rocznej przerwie... i po małym falstarcie ;). Wznowienie działania bloga miało być w rocznicę ostatniego wpisu, no ale się oczywiście pokićkało. Tuż po opublikowaniu posta (30 września br) chciałam jeszcze coś dopisać, ale po edycji "poprawkowej" coś się namieszało, chyba za szybko gdzieś poklikałam, musiałam to na spokojnie rozpracować. A akurat inne zajęcia weszły mi w paradę i trochę się wszystko przeciągnęło. Ale już chyba wracam na właściwe tory, ufff...

W ciągu tych minionych dwunastu (a doliczając falstart - trzynastu) miesięcy po raz kolejny byłam jednak bliska zamknięcia bloga. Od jakiegoś czasu obserwowałam licznik wyświetleń i zastanawiałam się, czy - mimo tego zastoju - prędzej wybije na nim okrągła liczba 200 tysięcy, czy też minie okrągły rok od ostatniego wpisu. No i prawie się to zbiegło. Jeśli chodzi o wyświetlenia bloga, to wiadomo, że trochę idzie ruchu sztucznego, ale w takim martwym okresie to nie ma tego wiele, natomiast o dziwo - zdarzały się czasem komentarze aktywnych czytelników, nawet do starszych postów, czyli ktoś tu jednak czasem zagląda i czyta. Więc zmobilizowana rocznicą i tą okrągłą liczbą zebrałam się w końcu i zadecydowałam, że jednak wracam na blog. Może nie zaraz tam z przytupem, ale powoli spróbuję się rozkręcić. 

*****

Znalazłam kamyk. Niewielki, około 6 na 6 centymetrów, płaski, niby nic takiego, ale wyobraźnia od razu podsunęła mi skojarzenia - najpierw ze słynnymi głowami z Wysp Wielkanocnych, a zaraz później z portretami pędzla Picassa, z jego najbardziej kubistycznego okresu.

Kamyk:


Moje skojarzenia i inspiracje:

Moai, posągi z tufu wulkanicznego, powstałe prawdopodobnie około 1000 lat temu, na Wyspach Wielkanocnych:

źródło


Portret Dory Maar (Pablo Picasso, obraz olejny, 1937r):

źródło

Zgromadziłam dodatki, pokombinowałam, no i tak wyszło:





Próby uchwycenia na zdjęciu tęczowego błysku kryształków i skrawka płyty CD, średnio udane:





No takie tam... Ostatnio mniej maluję, częściej bawię się takimi właśnie drobiazgami. tworzę cudaki z papier-mache i mandale z rozmaitych elementów, robię też zakładki - nie wiem po co, bo sama nie używam, po prostu malowanie i klejenie takich drobnostek sprawia mi frajdę, jest nieskomplikowaną odskocznią od pracy zawodowej wymagającej myślenia, nie zajmuje dużo czasu, nie wymaga jakichś specjalnych przygotowań. Zakładki i inne twory pokażę w kolejnych wpisach.

Myślę czasem o tym, żeby założyć sobie konto na jakiejś stronie sprzedającej rękodzieło, jak np. Pakamera, Art-Madam itp, bo mam w szufladach całe mnóstwo takich pierdółek, rysunków, malunków, haftów i innych dziwności gromadzonych przez lata. Takie tam, wiecie, tworki produkowane w wolnych chwilach, dla zajęcia rąk. Może już dawno bym to gdzieś wstawiła, ale jak czytam regulaminy, to nie do końca mi te warunki odpowiadają. Zwłaszcza konieczność posiadania firmy, bo ja swoją już właśnie chciałabym zamknąć, no i jako "stary" przedsiębiorca nie mogę korzystać z działalności nierejestrowanej bez ZUSu, czyli parę stów musiałabym co miesiąc oddawać na składkę zdrowotną i to już się robi trochę bez sensu, bo milionów raczej na tym rękodziele nie zarobię. No i tak sobie to wszystko leży, szuflady puchną, a ja ciągle tworzę i dopycham tam nowe drobiażdżki. 


*****

Zabrałam się też za poprawianie niektórych starych obrazków. Te rysowane kredkami pokazywałam jakiś czas temu.

Obrazki te wisiały przez jakiś czas na ścianie i nieco wyblakły pod wpływem słońca, ale w zasadzie od początku były... blade, więc w końcu zdecydowałam, że trzeba im trochę "poprawić makijaż" ;). Niezbyt rozsądnie narysowałam je na papierze w kolorze piaskowym - sama nie wiem, co mnie podkusiło? Nie wyszło to dobrze, kolory byłyby bardziej wyraziste na białym podkładzie. Poza tym papier dość miękki, co nie pozwalało na mocne dociskanie kredek, ponieważ zostawałyby głębokie ślady. No ale po poprawkach jest odrobinę lepiej. Poniżej wersje przed:

piesio (był w tym wpisie: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/07/prawo-serii.html


... i myszolek 

(z tego wpisu:  https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/08/myszolek.html)



A tak to wygląda po zabiegach upiększających:










*****

Działam trochę w zapuszczonym przez ostatnie cztery lata ogródku. Te cztery lata to okres dziecięctwa i szalonej młodości Dżemika - dzikie galopady przez rabatki, rycie w trawniku, kopanie dziur wszędzie gdzie się da i gdzie się nie da, wylegiwanie się na świeżo posadzonych roślinkach... 


o mnie ta gadka?

Niektórzy mówią, że albo ma się psa, albo ogród. Razem to raczej nie wychodzi. Odpuściłam sobie próby ogarniania tego chaosu, trzeba było po prostu przeczekać. No i teraz roboty ogrom. Rzecz w tym, że ogród od pewnego czasu staramy się nieco przeorganizować, z bezobsługowego trawnikowo-iglakowo-bylinowego typowo miejskiego ogródka (bo na bardziej wymagający przy intensywnej pracy nie mieliśmy czasu) od paru lat staramy się zrobić sielsko-kwiatowo-owocowy zakątek. Wymaga to niestety sporo pracy i czasu, a ani ja, ani mąż, nie jesteśmy ogrodnikami z pasji i powołania, więc robimy to tak trochę z doskoku, w wolnych chwilach. Mąż szczęśliwie już od paru miesięcy na emeryturze, ja już prawie-prawie, jedną nogą, rzec można, bo lada moment zamykam firmę, więc czasu będziemy mieli dużo... za to sił pewnie nieco mniej ;). Ale jednak sama widzę, że jak codziennie coś tam się podziobie, to ogród zaczyna jakoś wyglądać. 

Osiem (?) lat temu zasadziliśmy drzewa i krzewy owocowe, trochę iglaków poszło pod topór, żeby zrobić miejsce na nasadzenia według nowej koncepcji. Niektóre rośliny mój mąż (z ADHD) spontanicznie sam kupował i wsadzał tam gdzie akurat było miejsce, po czym jednak okazywało się, że nie zawsze były to miejsca sensownie wybrane. No więc trzeba było to i owo poprzesadzać. Przede wszystkim niektóre rosną za gęsto, inne mają niewłaściwie dobrane stanowiska. Muszę rozdzielić te, które preferują glebę kwaśną, od tych, które na takiej źle rosną, podobnie z cieniolubnymi, które jakimś dziwnym zrządzeniem losu wylądowały na słonecznej rabacie, itd...

(fotki sprzed dwóch tygodni, niestety pierwsze przymrozki dokonały znacznych spustoszeń)





Moim tegorocznym kwiatowym odkryciem są dalie. Podziwiałam je w innych ogródkach i zawsze wydawało mi się, że są to kwiaty delikatne i wymagające. No nic z tych rzeczy, jak się okazało. Pod wpływem nagłego impulsu zamówiłam - już w pełni sezonu - karpy kilku odmian, tak na próbę. Przesyłka dotarła z małymi modyfikacjami, bo się okazało, że o tej porze dwie odmiany nie nadawały się już do sprzedaży i w zamian dostałam trzy inne plus gratis w postaci cebulek żółtych mieczyków. Mieczyki wyrosły, ale chyba coś je podgryzło, po nagle klapnęły i padły. Możliwe też, że pomógł im Dżemik, bo chyba je trochę podlał po swojemu. Natomiast dalie, dla bezpieczeństwa przed Dżemikiem, wsadziłam w skrzynkach na balkonie. No i pięknie wyrosły i doskonale się trzymają, co kwiatkom pod moją "opieką" nie zawsze się zdarza :).





Jestem zachwycona, bo przekonałam się, że są mało wymagające i świetnie się nadają na słoneczną rabatę, gdzie zaplanowałam docelowo je posadzić w przyszłym roku (na balkonie jest "patelnia"). Przetrwały nawet pierwszy październikowy przymrozek, niestety po kolejnym już się w większości poddały. Żałuję, że przed zapowiadanym oziębieniem nie pościnałam ich do wazonów, bo doskonale się do tego nadają i miałyby trochę przedłużony żywot. Oprócz tych, które już mam, w przyszłym roku dokupię jeszcze duże talerzowe i kaktusowe i pójdziemy bardziej w kierunku ciemnego różu i fioletu. Nie przepadam za żółtymi kwiatami, a tutaj akurat trochę żółci mi się trafiło (jedne zamówione, drugie to te "zastępcze").


kaktusowa, ale z tych mniejszych





Niektóre nawet po przekwitnięciu ślicznie wyglądają:





Był plan rozmaitych nasadzeń jesiennych, ale dopadło mnie przeziębienie, które zbiegło się z niesprzyjającą pogodą, no i na przełomie września i października odpuściłam sobie ogrodowanie w tych warunkach. Skupiam się teraz na rozmaitych logistyczno-organizacyjno-prawnych kwestiach związanych z planowanym (po raz kolejny zresztą, ale teraz to już nieodwołalnie) zamknięciem firmy. Na ogród będzie czas już po tym zamieszaniu, na wiosnę.



*****


O niektórych książkach, które przez ten rok przeczytałam, stopniowo Wam opowiem w kolejnych wpisach, bo sporo tego było i muszę to jakoś przebrać, wybrać i ogarnąć, dzisiaj natomiast tylko kilka zdań o najświeższej przeczytanej pozycji.
O "karkonoskiej serii kryminalnej" Sławka Gortycha tu i ówdzie słyszałam i czytałam, ale szczerze pisząc nie planowałam po nią sięgać. Nie moja tematyka. Z gór to ja tylko Bieszczady kocham, Karkonosze znam pobieżnie, bo to w końcu rzut kapciem ode mnie, więc parę razy gdzieś tam się zapuszczałam, od znajomych też różne karkonoskie opowieści słyszałam, ale żeby mnie to pociągało... nie, nie, nie. Kryminały jako gatunek - też hmmm... zasadniczo to nie jest tak, że jestem wielbicielką kryminałów, chociaż czytam po kolei całą Agatę Christie i czasem innych "kryminalistów", ale samo hasło "kryminał" zupełnie na mnie nie działa. Zapowiedź, że pojawiają się tam jakieś wątki z okresu II wojny światowej, też nie brzmi zachęcająco, bo ten rozdział przerobiłam za młodu bardzo intensywnie i jakoś mnie już nie kręci. Z recenzji książek Gortycha niewiele wynikało, nic mnie nie kusiło. To po co czytać? Ale los miał wobec mnie inne plany i wcisnął mi pierwszy tom za pośrednictwem męża, który przyniósł mi książkę od kogoś, kto bardzo polecał...





No i masz - nie chciałam, samo przyszło. Przekartkowałam, przeczytałam zakończenie, słowo od autora, dedykacje itd, no i zabrałam się do czytania lekko może już zaciekawiona, acz jeszcze nieufna. Pierwszą noc mocno zarwałam z powodu tej lektury, drugą też, ale już z sukcesem, bo skończyłam czytać. Świetna książka! Z pewnością sięgnę po kolejne tomy serii. Podobno można je czytać oddzielnie, ale pewne nawiązania do wcześniejszych tomów pomagają w lepszej orientacji co do osób, sytuacji, historii itd.


Opinie o książkach Gortycha są skrajnie różne. Można się przyczepiać do nieco naiwnie prowadzonych dialogów, krytycy serii twierdzą, że w realu nikt tak nie mówi, ale... ja wybaczam te niedociągnięcia, bo rozumiem, że autor chciał przede wszystkim wprowadzić czytelnika dokładnie w szczegóły, urozmaicając narrację rozbudowanymi monologami bohaterów. Wątek romansowy wciśnięty trochę na siłę, też można czepiać się szczegółów, ale to kwestia poboczna. No i - zależy, kto co lubi i czego w książkach szuka. Jeden mój kolega w podstawówce zapytany przez polonistkę jakie książki lubi czytać, odpowiedział: "takie, w których jest dużo dialogów i..... żeby się strzelali!" :)))). Mam wrażenie, że niektórzy recenzenci są na tym mniej więcej poziomie. Skupiają się na jednym aspekcie, na przykład krytykują dialogi, które może nie są mocną stroną książki, a nie dostrzegają zupełnie zalet i całokształtu, jak naładowana jest ciekawostkami górskimi i historycznymi faktami, jak interesująco poprowadzone są wątki z trzech okresów dziejowych, jak budowane jest napięcie. Nie jest to klasyczny krwawy kryminał, raczej tajemnicza historia splatająca losy wielu osób uwikłanych w niespokojne dzieje Ziem Odzyskanych. Dla mnie właśnie to było najciekawsze (a o moim zainteresowaniu "poniemieckim" pisałam przy okazji innych lektur, w tym poście: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2024/06/ksiazki-o-poniemieckim.html ).


W fabule "Schroniska, które przestało istnieć" przewijają się dwa główne wątki - historia pewnej niemieckiej "operacji" z końca wojny oraz współcześnie dziejące się rozmaite wydarzenia, które się ze sobą przeplatają, a czasem nawet okazuje się, że mają niespodziewane wspólne korzenie. Sprawy tajemnicze i ponure mieszają się z całkiem miłą codziennością, pojawiają się coraz to nowi bohaterowie, podejrzane typki i sympatyczni ludzie, a nawet... Duch Gór. Jest lekko zarysowany wątek romantyczny, jest mroczna tajemnica z przeszłości, a potem jeszcze druga i trzecia... Zaskakujące zwroty akcji, bogate tło historyczne oparte na autentycznych wydarzeniach, które miały miejsce w latach pod koniec wojny i tuż po jej zakończeniu. Autor ma tzw. lekkie pióro, więc czyta się to dość przyjemnie i szybko. Ja na pewno chętnie przeczytam kolejne tomy z tej serii. Na zachętę dodam, że "Schronisko, które przestało istnieć" uzyskało tytuł Książki Roku w kategorii Debiut na portalu Lubimyczytać.pl w roku 2022, a kolejne tomy zdobyły tytuł Książki Roku w latach 2023 i 2024. O czymś to świadczy. I jeszcze - zacytuję za Lubimyczytać.pl:


" Trzy tomy Karkonoskiej Serii Kryminalnej doceniono także tytułem Najlepszej Górskiej Książki Roku na Festiwalu Literatury Górskiej w Lądku-Zdroju w latach 2023 i 2024. W uzasadnieniu jury zaznaczyło, że powieści przełamują tabu dotyczące odkrywania powojennych dziejów Karkonoszy widzianych w perspektywie polsko-niemiecko-czeskiej historii ich mieszkańców.
Autor został również uhonorowany Karkonoską Nagrodą Literacką przyznawaną przez polsko-niemieckie jury za wybitne osiągnięcia w dziedzinie literatury, kultury i sztuki Śląska, które szczególnie służą duchowi humanizmu i porozumienia. "

*****

Czaiłam się na kolejny tom Maryli Szymiczkowej (Dehnel & Tarczyński) o śledztwach profesorowej Szczupaczyńskiej, i już-już miałam go zamówić w przedsprzedaży, ale okazało się, że zostanie wydany (w listopadzie) chyba tylko w nowej szacie graficznej, zastosowanej w drugim wydaniu pierwszych pięciu tomów. Przynajmniej tak to wygląda w zapowiedziach. Nie podoba mi się ta nowa kolorowa grafika na okładce, a poza tym chciałabym mieć na półce jakoś spójnie wyglądający rządek serii. Może wygląd na półce to nie jest priorytet, ale jestem mocno rozczarowana tą zmianą i na razie wstrzymałam się z zakupem.



*****

No i sprawy techniczne. Jakiś czas temu, przy blogowych porządkach, usunęłam sobie niechcący listę ulubionych blogów na bocznym pasku. Znaczy - chcący, ale miało być chwilowo, w celu uporządkowania, a okazało się, że to na amen i nieodwołalnie, przynajmniej w tym kształcie jaki był. Była to kiedyś fajna sprawa, widoczne nazwy blogów, ikonki i zajawki najnowszych wpisów. Niestety do tej pory nie udało mi się tego odtworzyć, mimo wielu podejść. Przy okazji zniknęła mi też część blogów z listy czytelniczej na panelu sterowania. Ostatnio dopisałam te z nich, które udało mi się już odnaleźć. Nie wszystkie nazwy i adresy pamiętam, ale sukcesywnie będę listę powiększać i mam nadzieję, że stopniowo da się to wszystko odtworzyć.

A zwierzaki mają wywalone i śpią na zapas.

Przykład daje Basiunia, największy śpioszek (i żarłoczek) w stadzie:


PS. stado w stanie niezmienionym od poprzedniego roku: owczarek niemiecki Dżemik (4 lata) i cztery kocie dziewczynki: Sabinka (9 lat) i siostrzyczki Balbinka, Basiunia i Kocia (po 6 lat). Zwierzaki nam się starzeją, tylko my wciąż młodzi ;).

*****