sobota, 28 października 2023

Kicz, czyli latarnia morska. I rozważania o czosnku.

Taki oto kicz mi wyszedł niespodziewanie. Znalazłam fajne zdjęcie w internecie i koniecznie zachciało mi się ten widok namalować. Nawet całkiem podobnie wyszło, a jednak na zdjęciu jest cudnie, za to obraz wydaje mi się okropnie kiczowaty. Co prawda... zawsze powtarzam, że najbardziej spektakularne kicze tworzy sama natura ;).




Kolorki oczywiście nieco przekłamane. Niestety, połączenie w jednym zdjęciu głębokich błękitów z odcieniami sieny, żółci i oranżu zachodzącego słońca, przekracza możliwości mojego aparatu. No i prawda jest też taka, że całkiem inaczej to wygląda na ekranie komputera, a inaczej na telefonie.

Właściwie to miałam Wam pokazać zupełnie inny obrazek. Ale tamten nie chciał się namalować. To znaczy owszem, malowałam go, malowałam..., ale w żaden sposób nie mogłam dojechać z tym malowaniem do szczęśliwego finału. Gdzieś w połowie utknęłam i zupełnie straciłam koncept. Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym nieukończonym dziełem, bo jednak mam nadzieję, że po dłuższej przerwie spłynie na mnie jakaś cudowna wena i uda mi się go dokończyć - a wtedy zaprezentuję go światu i opowiem bardziej szczegółowo jego historię. 




A tymczasem... Po kilku tygodniach paraliżu twórczego, kiedy już z pewnym obrzydzeniem patrzyłam na tamten niedokończony obrazek (a jak miałam go na sztaludze, to nie szło mi też z czymkolwiek innym, próbowałam rysować i malować akwarelami małe obrazki, ale ten niedokończony patrzył na mnie z wyrzutem), doszłam do wniosku, że potrzebna mi jest odskocznia, zmiana tematu. Czyli po prostu muszę go schować gdzieś za szafę na jakiś czas i czym prędzej namalować coś zupełnie innego. Tak też zrobiłam i pewnego pięknego weekendu wyszło spod mojego pędzla takie coś. Inspiracją, jak to często bywa, było zdjęcie znalezione w przepastnych głębinach Pinteresta. 




Obraz olejny na podobraziu płytowym (płótno naciągnięte na płytę), rozmiar 50x70 cm.
Tak jak widać na powyższym zdjęciu - lubię malować na takim stabilnym, sztywnym podłożu, niestety podobrazie płytowe nie nadaje się do zawieszenia na ścianie bezpośrednio (no, chyba że za pomocą taśmy dwustronnej), więc dopóki nie mam natchnienia na zawiezienie tych obrazków do oprawy, to stoją tak sobie w różnych miejscach w domu, na podłodze i na różnych półkach i komodach.

*****


A co poza tym...? Kotki zdrowe, pies jeszcze bardziej ;). Tylko najstarsza Sabinka coś niemrawa ostatnio, z obserwacji nic konkretnego nie wynika, ale może weźmiemy ją do weta, żeby obejrzał, krewkę pobrał itd. Człowieki jak koty - im starsze, tym bardziej niemrawe, ale tak ogólnie nieźle się trzymamy. Jak co roku jesienią - aplikujemy sobie miksturę czosnkową zapobiegawczo na wszelkie zarazki i zaraz Wam zapodam recepturę, a przy okazji garść istotnych informacji. 

Składniki w następujących proporcjach: na 100ml miodu (oczywiście od wiarygodnego pszczelarza, nie z marketu!) - sok z jednej cytryny i jedna główka czosnku. To nam da razem pojemność około jednej szklanki (200ml) mikstury. Te ilości można dowolnie mnożyć, stosownie do potrzeb lub w miarę posiadanych składników. Ja robię zwykle razy 4, to wychodzi mi jeden słoik. Jak się zużyje połowa, to nastawiam kolejną porcję, bo to musi trochę odstać. Proporcje można oczywiście trochę modyfikować, zwłaszcza że cytryna cytrynie nie jest równa, to samo dotyczy czosnku - główki bywają różnej wielkości, a i "moc" czosnku też może być większa lub mniejsza.

Przygotowanie: najpierw obrać i przecisnąć przez praskę czosnek, jak nie mamy praski to dobrze zgnieść lub posiekać. I koniecznie odstawić na minimum 15 minut, a dlaczego, to będzie dalej. Po tym czasie połączyć miód, sok z cytryny i czosnek (jak miód jest już twardy, to trzeba go rozetrzeć albo bardzo delikatnie podgrzać, nie więcej jak do 30 stopni), odstawić całość w chłodne i ciemne miejsce, najlepiej do lodówki, na 2-3 tygodnie. Potem można po prostu odcedzić i używać leczniczo sam płyn, a czosnek dodawać do różnych potraw - świetnie się nadaje do surówek jako składnik sosu vinegrette, a mój mąż czasem robi z niego nalewkę z dodatkiem aronii i czegoś tam jeszcze (na nadciśnienie). Druga metoda to zmiksowanie całej mikstury łącznie z czosnkiem i zażywanie w takiej gęstej postaci (po rozcieńczeniu wodą), ewentualnie można wykorzystać jako słodko-kwaśny sos do sałatek, pasztetów itp. W takim przypadku nie musi to "naciągać" tak długo, w zasadzie można używać od razu.

Stosuje się około 1 łyżki dwa razy dziennie, najlepiej rozpuszczone w pół szklanki letniej wody. Można bez rozcieńczania, ale jest ryzyko podrażnienia przewodu pokarmowego. Dawka dotyczy dorosłych, dzieciom oczywiście daje się mniej, w zależności od wieku. No i trzeba wziąć pod uwagę ewentualne przeciwwskazania z uwagi na problemy z wątrobą i temu podobne, ale to nie jest porada medyczna, więc nie rozwijam wątku.

W tym miejscu pozwolę sobie jednak wrzucić odrobinkę mądrości, bo nie wszyscy wiedzą, jak przygotować czosnek, żeby wyciągnąć z niego jak najwięcej korzyści dla zdrowia. Czosnek, żeby uwolnić swoje prozdrowotne właściwości, musi mieć przerwane błony komórkowe, co powoduje, że uwalniają się i łączą ze sobą dwa składniki - alliina i enzym allinaza, z których powstaje allicyna, czyli to, co jest nam potrzebne najbardziej. Kiedy zjadamy całe ząbki czosnku, allicyna nie powstaje (dezaktywuje się w PH poniżej 3, a w żołądku mamy około 1,5). Natomiast po zmiażdżeniu ząbków i odczekaniu kilkunastu minut (żeby nastąpiła właściwa reakcja), czosnek można już poddawać dowolnej obróbce - smażyć, gotować itd. Allicyna nadal zachowa swoje cenne właściwości, nie szkodzi jej wysoka temperatura.

Czosnek jest najsilniejszym antybiotykiem naturalnym, porównywalnym z penicyliną - wystarczy (na przykład podczas przeziębienia) jeść jeden ząbek dwa razy dziennie, skutek jest taki sam jak przy podawaniu antybiotyku. Oczywiście - wcześniej trzeba ten ząbek przygotować, czyli zmiażdżyć i pozwolić zadziałać allinazie na alliinę! Ja w razie ataku chorób grypopodobnych wyciskam codziennie porcję kilku ząbków do małej filiżanki i potem sukcesywnie dodajemy to sobie do zupy, twarożku, na kanapkę itd.

Właściwości czosnku (źródło):

  • działa wazoprotekcyjnie (czyli ochronnie wobec naczyń krwionośnych) i antyagregacyjnie (zapobiega tworzeniu zakrzepów), przez co zapobiega miażdżycy tętnic;
  • obniża ciśnienie tętnicze krwi (skurczowe i rozkurczowe, poprawia przepływ krwi u pacjentów ze zmianami wieńcowymi);
  • reguluje profil lipidowyobniżając stężenie lipidów we krwi (zarówno allicyna jak i ajoen zawarte w czosnku hamują syntezę cholesterolu, w efekcie czego czosnek obniża poziom cholesterolu we krwi);
  • Wpływa pozytywnie na skład mikroflory jelit, działa leczniczo w dysbiozach — stosowanie czosnku wpływa na poprawę mikrobioty — zwiększa jej różnorodność biologiczną, wzrasta liczba gatunków Lactobacillus i Clostridia (w przeprowadzonych badaniach efekt odnotowano już po 3 miesiącach suplementacji czosnkiem);
  • działa przeciwdrobnoustrojowo wobec patogenów wywołujących próchnicę i zapalenia przyzębia — Porphyromonas gingivalis, Aggregatibacter actinomycetemcomitans i Streptococcus mutans;
  • wykazuje silne działanie przeciwbakteryjne — wobec wielu bakterii gram dodatnich i gram ujemnych, a nawet wobec niektórych szczepów antybiotykoopornych;
  • wykazuje działanie przeciwzakrzepowe — działa antyagregacyjnie;
  • zapobiega rozwojowi nowotworów, działa antyoksydacyjnie (działa neutralizująco na wolne rodniki, chelatująco na jony miedzi i żelaza). 
  • Z własnych rodzinnych doświadczeń zaobserwowałam, że jak od października do marca systematycznie pijemy ten "eliksir" (1 łyżka dziennie), to choróbska jesienno-zimowe nas omijają, albo co najwyżej tylko delikatnie muskają. Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że mój mąż jest silnie uczulony na wszelkie pszczele produkty, a w tej miksturze miód mu zupełnie nie szkodzi.  Oboje wyleczyliśmy też czosnkiem, bez aptecznych antybiotyków (plus wspomagająco restrykcyjna dieta, probiotyki itd) w ubiegłym roku zakażenie paciorkowcami i candidą. A więc - polecam, zwłaszcza jako profilaktykę w sezonie grypowym.

    Zdrówka wszystkim życzę, Waszym czworonożnym pupilom także!



    *****

    sobota, 16 września 2023

    Spadająca kropla i rogalik.

    Na początek informacja dla uważnych i dociekliwych Czytelników, bo może tacy tutaj są ;) - poprzedni post usunęłam, ponieważ stał się niemal w całości nieaktualny. Pokazałam w nim moje obrazki przeznaczone do sprzedaży, no i na kilka z nich znaleźli się chętni, na dwa inne urodził się nagle pomysł na zagospodarowanie we własnym rodzinnym zakresie, a pozostałe po prostu zamierzam przygotować (oprawić) i wystawić w sklepie internetowym z rękodziełem. Jak już to nastąpi, to oczywiście nie omieszkam powiadomić o tym fakcie na blogu :). Trochę z tym zejdzie, bo mam jeszcze do przekopania i selekcji sporą górkę rysunków i akwarelek... 

    Cieszę się w każdym razie, że odważyłam się na taki eksperyment i zachęcam do tego samego wszystkie osoby, które coś tworzą. Szkoda by było, żeby kurzyły się w kącie piękne rzeczy. Często jest tak, że artysta czy rękodzielnik sam siebie nie docenia, nie jest zadowolony ze swoich dzieł, a tymczasem inni marzą, żeby takie cudne przedmioty posiąść i chętnie przeznaczą na to konkretne kwoty. Sama czasem oglądam na blogach ładne i nietuzinkowe rzeczy, ale jak nie widzę przy tym oferty sprzedaży i jasno określonej ceny, to nie odważam się pisać i dopytywać, czy to można kupić, a zwłaszcza - za ile, bo to w ogóle delikatny temat.

    A teraz czas na różności, które się ostatnio wydarzyły.




    Taka oto fascynująca książka trafiła w moje ręce:

    • ERIC VUILLARD - "Porządek dnia". 
    • Wydawnictwo Literackie, Kraków 2022r, 148 str., okładka twarda. Literacka Nagroda Goncourtów w 2017r.

    Sama okładka z pewnością wiele mówi o zawartości, a treść nieodzownie przywołuje na myśl inną książkę, o której niedawno tutaj opowiadałam - "Niemieckie życie" Brunhilde Pomsel i Thore D. Hansen.

    Z noty wydawniczej: 

    "Literacki zapis kilku kluczowych spotkań, które otworzyły Hitlerowi drogę do rozpętania globalnego konfliktu. Poruszające studium ludzkiej zachłanności i fiaska polityki ustępstw. Zapadająca głęboko w pamięć i jakże aktualna przestroga, że lekceważone zło rośnie w siłę, by stać się niemożliwym do okiełznania monstrum". Dodajmy - przestroga szczególnie aktualna w kontekście niedawnej napaści Rosji na Ukrainę.

    Cytat z książki: "Nigdy nie wpadamy dwa razy w tę samą przepaść. Zawsze jednak wpadamy w ten sam sposób, komiczny, a zarazem przerażający".

    I jeszcze z portalu "Lubimy czytać" (tam można też przeczytać wiele opinii czytelników):

    "Uhonorowana Nagrodą Goncourtów i wydana w niemal 40 krajach powieść o tym, jak rodziło się zło.



    Żyjemy, prowadzimy interesy, podejmujemy słuszne w naszym mniemaniu decyzje. I nagle odkrywamy, że znajdujemy się w samym środku piekła, które sami pomogliśmy rozpętać. Jak to się dzieje?!



    Eric Vuillard w uhonorowanej Nagrodą Goncourtów powieści przygląda się wydarzeniom, które doprowadziły Hitlera na polityczny szczyt, a w efekcie wywołały najtragiczniejszy konflikt zbrojny w dziejach ludzkości. Każdy z szesnastu rozdziałów jest perełką literacką. Vuillard posiada umiejętność wnikania w umysły nie tylko postaci historycznych i fikcyjnych, ale również w umysły czytelników. Mimo niewielkiej objętości, płynie z tej opowieści niesamowita moc. Porządek dnia nie daje się zapomnieć."


    mała próbka stylu

     

    Trudno jednoznacznie sklasyfikować tę pozycję, bo jest to książka niezwykła. Zaliczona do gatunku: powieść historyczna - z jednej strony zaskakuje drobiazgowością opisywanych zdarzeń, z drugiej - muska jedynie powierzchnię, nie zagłębiając się w kontynuację, nie trzyma się chronologii, pomija wiele pobocznych wątków, nie analizuje i nie opisuje tego, co w zasadzie jest powszechnie znane. Ale pokazuje z przeraźliwą jaskrawością momenty, które były istotnym, choć pomijanym w podręcznikach historii, zapalnikiem światowego armageddonu.

    Urzekający jest język literacki, jakim posługuje się Vuillard. Podobno jest to dość powszechna w literaturze francuskiej stylistyka, u nas jednak chyba rzadko spotyka się tak napisane książki. To niemal poetycka forma prozy - czytając ma się wrażenie oglądania obrazu, a może nawet filmu w zwolnionym tempie. Kojarzycie filmiki z kroplą spadającą przez długie sekundy, kiedy spokojnie delektujemy się widokiem zmieniającej się formy kuli, która przybiera wydłużony kształt, w końcu powoli opada na powierzchnię, tworząc fantastyczne, nieprzewidywalne dla obserwatora rozbryzgi, miliardy rozpryskujących się wokół mikro-kropelek, które opadają, pozostawiając wilgotną plamę dookoła miejsca upadku...? Tak jak ogląda się taki filmik, tak czyta się tę niemal dokumentalną powieść.




    Czytając książki nie gonię jedynie za akcją, ale szukam przyjemności w obcowaniu z możliwie najwyższej klasy stylem literackim, piękną formą wypowiedzi, zgrabnym i eleganckim językiem. Ta książka, a właściwie - książeczka, bo ma tylko 148 niewielkich rozmiarowo stron, jest takim właśnie cackiem literackim, pomimo ciężkiej wagi tematu, z którym się mierzy, a przecież jednocześnie - mocno porusza sumienie uważnego czytelnika. Polecam.



    • ROGALIK.

    No nie, nie chodzi o pieczenie ciasta :). Rogalik to specyficzny kształt chusty dzierganej na drutach. Sto lat nie miałam drutów w rękach, a przecież były czasy, kiedy dziergałam wręcz nałogowo! No i całkiem niedawno doznałam nagłej dziewiarskiej inspiracji pod wpływem wpisu Bokasi (tutaj), w którym zaprezentowała taką właśnie chustę i dorzuciła skrótowy przepis na rogala. A ja akurat miałam zachomikowany spory motek włóczki, zakupiony wieki temu, bo potrzebny był kawalątek, a na resztę jakoś wciąż nie miałam pomysłu. 




    Włóczka to Angora Gold Star (mieszanka akrylu, wełny, moheru i poliestru, plus malusieńkie cekinki o diamentowym blasku. Mimo skomplikowanego składu włóczka jest delikatna i milutka w dotyku, co dla takiego jak ja wrażliwca ma kolosalne znaczenie :). Przez pewien czas chodziła za mną myśl, żeby zrobić z niej czapkę, ale jakoś ten pomysł mnie nie porwał. Włóczka sama w sobie jest bardzo dekoracyjna, więc nie mogło to być nic wymyślnego jeśli chodzi o wzór, swetra świecącego cekinami raczej nie chciałabym nosić, zresztą w grę wchodziło tylko wrobienie kawałka, bo wiadomo, że bazą musiałaby być większa ilość innej wełenki... Nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. No i jak zobaczyłam nieskomplikowaną, a wielce urodną, chustę Bokasi, nagle mnie olśniło, że właśnie taka jasno-śmietankowa chusta z cekinkami, skrzącymi się jak diamentowe iskierki na śniegu, mogłaby być fajnym dodatkiem do zimowego, czarnego albo camelowego, wełnianego płaszczyka. Tego samego wieczoru wrzuciłam włóczkę na drutki i proszę, oto moja śniegowa chusta-rogalik, a szczerze mówiąc, to taki mini-rogalik, w dodatku nie był solidnie zblokowany, bo koty nie pozwoliły, więc widać, że nie jest ładnie rozciągnięty. To znaczy widzą to zapewne tylko dziewiarki, ale się tłumaczę, bo dziewczyny drutowo uzdolnione też tu czasem zaglądają. A  tutaj właśnie widać ten kształt, który z większej ilości włóczki byłby bardziej, że tak to określę, spektakularny i rogalowaty ;)



    Tyle jej jest, na ile wystarczyło włóczki (około 400m w motku 100g), nie jest to więc gigant, raczej połowa standardowej chusty, ale dla mnie w sumie rozmiar całkiem spoko, na opatulenie szyi wystarczy :). Taki był plan, żeby to było coś spełniającego funkcję szalika, ale o nieco innym, bardziej trójkątnym kształcie, bo dobrze się wtedy układa. Fajnie się ją robiło, wzór najprostszy z możliwych, ocean prawych oczek, można myśli zająć czymś innym, albo oglądać równolegle film. Na pewno jeszcze coś rogalikowego wkrótce powstanie, z tym że albo z 2-3 kolorów, albo z ażurem w końcowej partii, no i tym razem z bardziej konkretnej ilości włóczki. Aha, no i po raz pierwszy zaryzykowałam zakończenie robótki i-cordem, co kiedyś wydawało mi się karkołomną operacją, a okazało się bajecznie łatwe, o ja głupia blondynka, ileż to razy już w życiu mogła mi się ta umiejętność przydać! 

    Zbliżenia na cekinki:




    Jak widać, przerabiałam luźno, po pierwsze primo - żeby z niewielkiej ilości włóczki uzyskać w miarę porządną wielkość tego zamotka, a po drugie primo - żeby było miękkie i lejące, takie chmurkowate :).

    Mam też pomysł na inny udzierg, będzie to znana dziewiarkom chusta Echo Flowers z wełenki Lace Dropsa, czyli, jak to napisała kiedyś Czajka, " wonderful mix, jak ogólnie wiadomo" :). Co prawda alpaka mnie trochę gryzie, więc może jednak wybiorę merynosa. Raz już kiedyś popełniłam taką chustę, ale była to moja pierwsza chusta ażurowa i udało mi się zrobić w niej tyle błędów, które ujawniły się dopiero po ukończeniu i zblokowaniu, że nosiłam ją jako mocno zamotany szalik, żeby tych baboli nie było widać. Niezorientowani pewnie by i tak nie zwrócili na to uwagi, ale mimo to drażniło mnie to niesłychanie. Po latach intensywnego użytkowania szczęśliwie uległa już mocnemu zmechaceniu i sfilcowaniu, więc nadszedł czas na nową. Bez baboli, mam nadzieję ;).



    • JEDZIEMY DO WÓD!

    Od kiedy dzieci wyrosły i nie musimy brać urlopu w czasie wakacji szkolnych, jeździmy na wywczas wiosną lub jesienią, a bywa, że i w zimie. Tym razem wybieramy się do wód, jak to drzewiej mawiano, czyli konkretnie jedziemy na Węgry, żeby moczyć się w wodach termalnych. Naszym celem jest Hévíz , bo z węgierskich miejscowości, w których już byliśmy, Hévíz podoba nam się najbardziej, no i od nas jest położone bliżej, niż na przykład osławione Hajdúszoboszló. Zresztą jeździmy w tamte strony średnio co pół roku, raz bliżej granicy austriackiej (BükHévíz), raz daleko na wschód (Hajdúszoboszló). W każdym z tych kurortów wody termalne mają nieco inny skład, więc pomagają na innego rodzaju schorzenia. Mój mąż jeździ tam głównie w celach leczniczych, ja bardziej towarzysko i relaksacyjnie, czasem jesteśmy sami, częściej ze znajomymi, niekiedy mąż jedzie beze mnie, a za to z kolegą też potrzebującym termalnej rehabilitacji. Niby nic fascynującego się tam nie dzieje, większość czasu spędzamy na termach, trochę spacerujemy, leżakujemy, objadamy się pysznym jedzonkiem. Ale taki totalny relaks i nicnierobienie raz do roku przez tydzień każdemu dobrze robi :). Miasteczko Hévíz zwiedziliśmy podczas poprzedniego pobytu, tym razem w planie mamy dodatkowo wizytę w pobliskiej winnicy i degustację win. Do Budapesztu jest stamtąd 200 km, więc być może przy okazji zahaczymy też o to piękne miasto. Relacji na moim blogu nie należy się jednak spodziewać, bo, jak wiecie, marny ze mnie fotoreporter :).




    Tutaj dla zainteresowanych garść ciekawostek o termalnym jeziorze w Hévíz, największym w Europie i poniekąd na świecie (podobne jest w Nowej Zelandii, ale jest zbyt gorące do bezpośredniego użytkowania):

    https://www.heviz.hu/pl/heviz/jezioro-w-heviz/ciekawostki-o-jeziorze-termalnym-w-heviz

    ilustracja z podlinkowanej wyżej strony


    A tu jeszcze dość szczegółowa relacja, może kogoś zaciekawi:

    https://warsztatpodrozy.com/2020/12/11/heviz-termalne-jezioro-do-plywania/

    Oczywiście w większych hotelach są także baseny z wodą termalną, a oprócz tego parki wodne i baseny do pływania, bogata baza rehabilitacyjno-lecznicza wraz z całą infrastrukturą towarzyszącą. No i wszędzie mnóstwo knajpek ze świetnym i na nasze kieszenie stosunkowo niedrogim jedzeniem. Bez problemu można się porozumieć oczywiście po angielsku, bliżej granicy austriackiej także po niemiecku, czasem po rosyjsku, bo na Węgry przyjeżdża dużo Rosjan, a w Hajdúszoboszló w wielu miejscach dogadamy się też po polsku, bo jest to uzdrowisko popularne wśród naszych rodaków.

    Do miłego!

    *****



    sobota, 19 sierpnia 2023

    Książki. Klątwa faraonów, lata 60-te, konie, bursztyny i antydepresanty...

    Post sponsoruje sowa włochatka. A dlaczego, to się okaże przy końcu wpisu :).


    Znowu miałam małą przerwę w blogowaniu, przepraszam stęsknionych Czytelników, jeśli takowi tutaj są ;), ale powiem Wam szczerze, że coraz mniejszą mam ochotę na prowadzenie bloga. Chociaż prawda jest taka, że tego typu kryzysy miewałam już parę razy. Może tym razem to ten wściekły upał (na zmianę z burzami) odbiera chęć do tworzenia czegokolwiek? Skoro jednak nie podjęłam jeszcze ostatecznej decyzji o zamknięciu tego zakątka internetu, to w końcu wzięłam się w garść, żeby co-nieco jednak napisać. 


    Dzisiaj zatem na początek - książki. Prezentuję Wam tym razem pewien misz-masz tematyczny i gatunkowy. Oderwałam się chwilowo od biografii, książek o sztuce i czytanych ostatnio od nowa powieści Agathy Christie. Zastanawiałam się co prawda przez chwilę, czy w ogóle wspominać na blogu o moich lekturach, bo kiedyś owszem planowałam pisanie tutaj o książkach, ale tylko o tych dotyczących malarstwa i sztuki w ogóle. Ale coraz częściej poruszam też inne tematy, wychodzące poza założony na początku profil bloga, wobec tego niech będzie też od czasu do czasu o takich przeróżnych książkach i książczydłach. Zatem dzisiaj taki przedziwny zestaw, bowiem akurat tak się złożyło, że z różnych powodów ostatnio wybrałam właśnie te pozycje. A więc...


    •  VICTORIA HOLT - "Klątwa królów". Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 1999r, 303 str., okładka miękka lakierowana.



    Nie wiem, czy sama sięgnęłabym po tę książkę, bo autorki nie znam, okładka z ilustracją kojarzącą mi się raczej z kiepskimi romansidłami... hmmm... no cóż... Ale mąż przyniósł ją od znajomych, mówiąc, że pewnie mnie zainteresuje, bo jest w niej jakaś historia związana z wykopaliskami w Egipcie i trochę kryminału. No ba! Starożytny Egipt zawsze mnie pasjonował, więc - oczywiście! Kryminał jako taki nie jest moim najulubieńszym gatunkiem, ale - jak wiecie - zaczytuję się ostatnio Agathą Christie, więc - czemu nie...? Podeszłam zatem do książki z lekko mieszanymi uczuciami, no ale muszę przyznać, że w sumie lektura mi się podobała :). 

    Powieść osadzona w realiach wiktoriańskiej Anglii, ciekawie oddany klimat tej epoki i panujące wówczas zwyczaje. Najpierw co prawda zaczęłam się orientować, że wykopaliska owszem będą mi w tej historii towarzyszyć, ale autorka nie jest w tej dziedzinie zbyt mocna i traktuje temat starożytności, jak i prac badawczych, raczej ogólnikowo, jako tło, czy też osnowę, wokół której toczą się rozmaite wydarzenia. Więc konkretów i smaczków egiptologiczno-archeologicznych nie ma, a to by mnie bardzo ucieszyło, więc żal ;). Z drugiej jednak strony - nie potwierdziły się moje obawy, że może to być mdła historyjka z ckliwym romansem na pierwszym planie. Romans owszem jest, nawet historia przysłowiowego Kopciuszka i w pewnym momencie zaczęło mnie to nudzić, bo było za bardzo bajkowo i zupełnie nieżyciowo. Ale - poza tym jednym trochę odrealnionym wątkiem - książka jest dobrze napisana (poza paroma lapsusami językowymi nie z tej epoki, co kładę raczej na karb niezdarnego tłumaczenia idiomów), pojawia się kilkoro wyrazistych bohaterów, jest wątek miłosny, jest i kryminalny, jest pokręcony życiorys i psychologiczne zapętlenie głównej bohaterki, nieco mroczna tajemnica grobowców faraonów, niespodziewane zwroty akcji itd. Czyta się dobrze, książka i do poduszki i do pociągu :). Mnie zaciekawiła na tyle, że pewnie poszukam innych pozycji tej autorki.

    Z notki wydawniczej:

    • Koniec XIX wieku, wiktoriańska Anglia. Nieoczekiwany splot wydarzeń sprawia, że Judyta Osmond, wychowywana w skromnej rodzinie wiejskiego proboszcza, wchodzi w środowisko naukowców zajmujących się archeologią. Zaczyna z zapałem zgłębiać tę dziedzinę wiedzy. Wraz z poślubieniem młodego, wybijającego się badacza starożytności, przed główną bohaterką powieści otwiera się możliwość przeżycia wielkiej przygody, jaką jest udział w wyprawie wykopaliskowej, działającej w rejonie grobowców faraonów na terenie Egiptu. Zarówno pracom ekspedycji archeologicznej jak i dramatycznym wypadkom przydarzającym się związanym z nią ludziom, towarzyszy w tle mityczna groźba: rzekomej klątwy, rzuconej przez faraonów na tych, którzy zakłócają im spokój wiecznego spoczynku.

    O samej autorce, z portalu "Lubimy czytać":

    • Autorka uwielbiana przez czytelników na całym świecie, napisała ponad sto powieści, z których większość rozgrywa się w jej rodzinnej Anglii. Urodzona jako Eleanor Hibbert, tworzyła pod wieloma pseudonimami. Jako Jean Plaidy pisała powieści o angielskiej rodzinie królewskiej, jako Philippa Carr stworzyła obejmującą całe stulecia angielską sagę rodzinną, a jako Victoria Holt odniosła ogromny sukces dzięki romantycznym kryminałom.


    *****

    • IRENEUSZ J. KAMIŃSKI - "Konie rubinowe". Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1982, 150 str, okładka twarda z obwolutą (której mój egzemplarz już nie posiada).

    oryginalna okładka, a właściwie - obwoluta


    Prolog: "18 grudnia 1817 roku do Janowa Podlaskiego, zwanego też niegdyś Biskupim, dotarło 187 koni rasy i maści różnej, sprowadzonych tutaj półrocznym marszem z Rosji przez Jana Ritza, lekarza weterynarii i późniejszego inspektora powstającej właśnie stadniny, której pierwszym dyrektorem został Aleksander hr. Potocki z Wilanowa, Wielki Koniuszy Koronny, człowiek znający i lubiący konie, a zatem, nie ma wątpliwości, przyzwoity. Pierwsza na ziemiach polskich stadnina państwowa otrzymała zadanie tyle trudne, co chwalebne: odnowy i uszlachetnienia pogłowia koni w kraju, przetrzebionego okrutnie wojnami napoleońskimi. 54 ogiery, 100 klaczy i 33 sztuki młodzieży ulokowano tymczasowo w "lokalach zastępczych", raczej nie sprzyjających hodowli, kierownictwo zaś ludzkie tego majątku opanowało zamek, dawną siedzibę biskupów łuckich, gdzie mimo ciągłej groźby eksmisji, sygnowanej przez wysoko postawione duchowieństwo, przetrwało lat 97 - w zmieniającym się, naturalnie, składzie osobowym. (...)"

    Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby dzisiaj to było możliwe... 

    I dalej taki smakowity akapit: "Kto lubi zwierzęta, ten trzyma psa czy kota, albo kanarki, ewentualnie papużki lub złote rybki, może białe myszki. Kto lubi zwierzęta i ma pieniądze, ten jedzie do Janowa i kupuje konia arabskiego za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, aby po przewiezieniu go samolotem PANAM do Ohio czy Arizony, psuć krew sąsiadom tym prestiżowym polskim cudem, które ma chrapy czarne, oczy przepastne,  nogi suche, a kiedy cwałuje, ziemia ledwie go ściga szelestem kopyt."

    Dodam tylko, że obecnie ceny tych koni, także ze stadnin w Białce i Michałowie, osiągają ceny po kilkaset tysięcy euro, a najdrożej sprzedanym koniem z polskiej hodowli była Pepita, 10-letnia siwa klacz rasy arabskiej - sprzedana za 1,4 miliona euro!

    Wracając do książki i powyższych cytatów - widać po tym stylu, że autor konie kocha. Książka opowiada szczegółowo historię stadniny w Janowie (do początku lat 80-tych ubiegłego stulecia), opowiada dzieje rosnącej sławy janowskich koni, tragiczne dzieje okresu wojennego, odbudowę stada, sukcesy wystawowe i aukcyjne. Poznajemy szczegóły genealogii championów, ich osiągnięcia, a także rozmaite anegdoty z życia stadniny. Autor z wielką pasją maluje przed czytelnikiem rolę koni w odległych czasach i na całym świecie. Konie zawsze służyły człowiekowi zarówno do pracy, jak i dla przyjemności... Opowieść piękna, wielowątkowa, napisana lekkim gawędziarskim stylem, z mnóstwem ciekawostek o pochodzeniu koni arabskich, z których słynie stadnina w Janowie, o koniach w literaturze i sztuce. Polecam szczególnie pasjonatom tych pięknych i mądrych zwierząt. A dlaczego ja akurat po tę książkę sięgnęłam, to będzie w kolejnym (mam nadzieję) wpisie :).


    *****

    • JOANNA HUNNER-WOJCIECHOWSKA - "Lata 60-te. - sztuka użytkowa XX wieku. Przewodnik dla kolekcjonerów". Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o., Warszawa 2014, 408 str., okładka twarda lakierowana.



    Tę książkę kupiłam jakiś czas temu dla mojej młodszej latorośli, żywo zainteresowanej designem lat 60-tych. Synek miał nawet kiedyś marzenie (nie do końca porzucone), żeby umeblować sobie w domu jeden pokój w stylu lat młodości jego przodków. Nawet trochę gratów uzbierał, część odziedziczoną po dziadku, część gdzieś wyszperaną. No cóż, dla nas to trochę badziewie przypominające przaśność PRL-u, ale nie ukrywam, że doceniam perełki ówczesnego wzornictwa, jak choćby kultowe fotele Chierowskiego, które stały w "salonach" zarówno moich rodziców, jak i teściów, czy rozmaite okazy ceramiki, szkła, plakaty itd.




    Książka jest w zasadzie bogato ilustrowanym albumem z obszernym omówieniem wzornictwa lat 60-tych, zarówno w Polsce, jak i na świecie, z podziałem na wiodące kraje, a także rozdziały osobno omawiające meble, ceramikę, szkło, tkaniny, modę itd. Na końcu książki jest wykaz specjalistycznych muzeów.



    Z noty wydawniczej:

    "Przewodnik po sztuce użytkowej lat 60. to pasjonująca lektura zarówno dla początkujących zbieraczy, jak i rasowych kolekcjonerów, a także amatorów designu tych lat. Prezentuje wszystkie popularne dziedziny kolekcjonerskie od mebli, przez ceramikę, szkło, biżuterię, plakaty, modę, po wzornictwo przemysłowe. Zawiera wskazówki, jak zbudować kolekcję na miarę możliwości każdego i nie ulec presji cenowej, jak odnaleźć się w labiryncie kierunków i nie przeoczyć okazji, jak zainwestować, aby po latach zyskać. Wprowadza w świat ekscytujących przedmiotów, rozbudzając chęć ich posiadania."


    *****

    • PIOTR LIPIŃSKI, MICHAŁ MATYS - "Absurdy PRL-u". Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2014r, 320 str., okładka twarda.



    To też była książka kupiona dla syna - fana lat 60-tych. Rzecz dotyczy realiów życia w PRL-u, ale to chyba jednak lektura raczej dla osób, które tamte lata pamiętają. Bo do jej zawartości trzeba mieć pewien dystans. Wiadomo, że jedni pamiętają PRL jako okres ucisku i reżimu, kartek na wszystko i pustych półek sklepowych. Inni z rozrzewnieniem wspominają zakładowe wczasy w domkach kempingowych, dobrze rozwinięty socjal i wielkie krajowe inwestycje. Mam jednak wrażenie, że tutaj tematy zostały wybrane dość przypadkowo, w zależności od tego, jaki rozmówca się akurat autorom przytrafił, albo jakie sami mieli wspomnienia i skojarzenia z epoką. Jedne sprawy drobiazgowo wałkowane w kilku rozdziałach, inne kwestie ledwie muśnięte, brak obiektywizmu i szerszej perspektywy. Ciekawostka, ale mało profesjonalna.


    *****
    • JOANNA CHMIELEWSKA - "Złota mucha". Wydawnictwo "VERS", Konstancin-Jeziorna, rok 1998 (wyd. I), 348 str., okładka miękka.

    Do sięgnięcia po tę książkę sprowokowała mnie, rzec można, relacja z wizyty w muzeum bursztynu w Gdańsku - na blogu "Moje podróże" (tutaj). Bursztynowe precjoza zawsze kojarzą mi się z tą właśnie książką, bowiem otworzyła mi przed laty oczy na przemysł bursztynniczy. Zatem po przeczytaniu relacji z wystawy natychmiast wyciągnęłam z półki "Złotą muchę" i zatopiłam się ponownie w lekturze.

    Dawno temu uwielbiałam książki Chmielewskiej, do pewnego momentu kupowałam i czytałam wszystko, co napisała. Skończyło się to jednak w momencie, kiedy nasza polska królowa kryminału podpisała z pewnym wydawnictwem kontrakt, w którym zobowiązała się do napisania dwóch książek rocznie. Co prawda wcześniej bez problemu zdarzało jej się takie tempo pisania, ale wiecie, jak to jest - dopóki nie musisz, to leci samo, a jak jest obowiązek, to idzie jak po grudzie. Więc te późniejsze książki Chmielewskiej nie były już ani tak błyskotliwe, ani tak zabawne, jak te z początkowego okresu jej twórczości. "Złota mucha" to była chyba jedna z ostatnich dobrych jej powieści. 

    Jest to zarazem powieść dość specyficzna, bo bardzo głęboko wchodząca w branżę bursztynniczą (tematyka więc dość nietypowa), zawierająca mnóstwo szczegółów dotyczących metod poławiania bursztynu, różnych konszachtów między bursztynnikami a kupcami bursztynowymi, konkurencji, przemytu, obróbki itd. Większość tych faktów opiera się na osobistych doświadczeniach Chmielewskiej. Jeśli więc ktoś lubi powieści opowiadające o realiach funkcjonowania konkretnej branży, albo jeśli ktoś kocha bursztyn i chciałaby się takich rzeczy dowiedzieć - to książka doskonała dla takich właśnie czytelników. Wielbiciele specyficznego humoru Chmielewskiej mogą jednak poczuć się nieco zawiedzeni, bo trochę tego tutaj zabrakło. Oczywiście jest wątek kryminalny, są trupy, jest przemyt i szara strefa bursztynnicza, ale drobiazgowe opisy kolejnych "polowań" na bursztyn są dość męczące. Polecam więc osobom zainteresowanym tematem pozyskiwania bursztynu i wszystkim, co się z tym tematem wiąże.

    *****


    A teraz z innej beczki - podzielę się małymi radościami, które mnie ostatnio spotykają. Bo czasem nie dostrzegamy drobnych fajnych momentów, albo sytuacji, które nas pozytywnie nastrajają, a uważamy je za przynależne do kategorii obowiązków, a nie - przyjemności.

    Jedna z blogowych koleżanek walczy z deprechą, wiele osób miewa całkiem często takie bardzo złe dni, ja sama dawno temu też miałam depresyjne dość długie i głębokie epizody. Wygrzebawszy się z dołka psychicznego wiedziałam, że jak sama nie zadbam o swój dobrostan psychiczny, to raczej mało jest na świecie sił, które by zrobiły to za mnie. Nastawienie pacjenta jest prawie zawsze najważniejsze. 

    Więc staram się nie zajmować głowy sprawami trudnymi, na które nie mam wpływu, nie angażować w zajęcia, które z góry skazane są na porażkę, lub pyrrusowe zwycięstwo, dbam o zapełnianie swojej psyche dobrymi myślami, szukam pozytywów i radości w codziennych drobiazgach.

    Radości ostatnich dni - podaję dla przykładu, z czego można się ucieszyć:

    • Wyjazd męża i możliwość przeprowadzenia bez jego nadzoru rewolucyjnych porządków w niektórych pomieszczeniach. Zwłaszcza tych zabałaganionych przez niego. No tak, dla mnie to frajda :). Prosiłam, zachęcałam, w końcu odgrażałam się, że jak sam nie uporządkuje tego chaosu, to ja się za to wezmę i nie będę przyjmować żadnych reklamacji. Więc jak się nadarzył wyjazd męża na nieco ponad tydzień, to oświadczyłam, że zamówiłam już kontener i połowę gratów wywalę bez sentymentów. Ledwo drzwi się za nim zamknęły, dokonałam wstępnej inspekcji, zapełniając po drodze pierwszy wór, potem przyszedł czas na bardziej wnikliwą analizę zawartości szaf, szafeczek i półeczek. Po dwóch dniach miałam poczucie dobrze spędzonego czasu, przestrzeń się zrobiła, zapanował ład i porządek. I nikt przy tym nie biadolił "bo ty byś wszystko powyrzucała, a to się jeszcze może przydać". No nie, nie przyda się. Mąż chyba w końcu zrozumiał, bo przed wyjazdem nie protestował. Z rozpędu nawet, mimo wściekłego upału, wypolerowałam to i owo, a zwykle nie mam już czasu na takie dopieszczanie :). Mąż wraca jutro, a ja się napawam :))). Jak to niektórzy mówią - kobieta wychodzi za mąż po to, żeby być szczęśliwą, jak mąż wyjedzie ;).

    • Sowa włochatka. (tutaj link do opisu w Wikipedii i tutaj jeszcze ciekawy artykuł). Ta malutka (mniejsza od gołębia) sówka, przypominająca wyglądem bardziej u nas popularną pójdźkę, zamieszkuje stare bory świerkowe, najczęściej górskie, w Polsce rzadko spotykana. Nie buduje gniazd, zasiedla dziuple w starodrzewie świerkowym, najczęściej po dzięciole czarnym. W Polsce podlega ścisłej ochronie gatunkowej.

    włochatka
     


    Czyż nie jest cudna?! Spójrzcie na te mocno opierzone, aż po same szpony, łapki - podobno z tego właśnie powodu sówkę nazwano włochatką. 
    A tu młode, równie urocze :) - podobno nie boją się ludzi:

     

    młode włochatki

    No dobrze, ale co z tą włochatką i dlaczego wymieniam ją wśród antydepresantów? Bo otóż właśnie niedawno ta malutka sówka "zrobiła mi dzień" :). A nawet kilka dni. 

    Było gorąco, na noc więc okna w sypialni otwarte. A za oknem, jakieś 30 metrów od naszego domu, czyli niemal za płotem, jest niewielki zagajnik ze starymi drzewami. Mieszka tam mnóstwo śpiewającego i ćwierkającego ptasiego drobiazgu, tłum rozmaitych krukowatych, bywają też sroki, sójki, dzięcioły, biegają wiewiórki, o sowach jednak do tej pory nie słyszałam. No i pewnej nocy zbudził mnie jakiś przedziwny dźwięk. Nie cierpię, jak mnie coś wyrywa ze snu, bo mam potem problem z zaśnięciem, a jak już po trzech godzinach w końcu zasnę, to rano masakra ze wstawaniem, a do roboty czasem jednak trzeba iść. No i razu pewnego, nagle wśród nocnej ciszy i czerni choć oko wykol, rozlega się niezwykle donośny, przenikliwy, ale całkiem ładny dźwięk, niewątpliwie ptasi głos, najprawdopodobniej sowi, choć z typowym pohukiwaniem nie kojarzący się ani trochę. 

    Mimo wszystko - byłam pewna, że to jakaś sowa. I tak mnie to uradowało, że mamy po sąsiedzku sowę, że uszczęśliwiona tym faktem zasnęłam natychmiast z błogim uśmiechem :). A następnego dnia odsłuchałam w internecie głosy wszystkich sów, no i okazało się, że to włochatka! Głos specyficzny, nie do pomylenia. Niestety, później już go nie słyszałam, więc możliwe, że sowa była tutaj tylko przelotem. Druga opcja jest taka, że nie słychać już jej głosu, bo one częściej odzywają się na wiosnę, w porze godowej. Więc może tylko pan włochatek zasygnalizował, że znalazł odpowiednią dziuplę i tutaj będzie mieszkał, a na wiosnę zacznie przywoływać panie włochatki :))).

    I tutaj, proszę bardzo, próbka tego niesamowitego głosu, kosmicznego, jak określiła to Romi :) 

     


    No w każdym razie słucham sobie tych nagrań głosu włochatki co chwila, czytam wszelkie możliwe ciekawostki o jej życiu i zwyczajach i jaram się jak głupia :). 


    • Hortensje i lawenda. No wiadomka :). Teraz na wszelkich blogach są przepiękne zdjęcia hortensji, bo to głównie one dają teraz koncert kwitnienia, więc nie będę Was zasypywać moimi kiepskimi fotkami. Ale cieszę się, że w końcu coś w moim zaniedbanym ogrodzie kwitnie spektakularnie (no dobra, na wiosnę była wielka azalia pontyjska i białe lilaki, później wiciokrzew japoński (że japoński, to wiem dzięki Pani Ogrodowej czyli Iwonce, bo ja przez lata myślałam, że mam pomorski!). Oczywiście jest pełno różnych drobnostek, ale wrażenia wielkiego nie robią. A teraz, kiedy przycięłam właśnie lawendę, królową ogrodu jest spora kępa hortensji bukietowych w trzech odmianach. Uwielbiam białe kwiaty, więc dopóki się nie przebarwią pod koniec kwitnienia na różowo, cieszą moje oczy. A lawendy nareszcie udało mi się rozmnożyć i to mnie ogromnie cieszy. Młode nie są jeszcze imponujące, ale mam kilka nowych kwitnących kępek i to jest najważniejsze, bo mojej odmiany nie spotykam w handlu. Ma wyjątkowo długie, przewieszające się pędy, ładnie wygląda posadzona na skraju murku, bo kwiaty zwieszają się i wygląda to jak lawendowa kaskada. No niestety, dokonałam mocnego cięcia zanim przyszło mi do głowy, żeby ją sfotografować, teraz jest nieco... łysa :). Muszę pamiętać przy kolejnym kwitnieniu, żeby ją uwiecznić.
    *****

    A na koniec przypominam o nieustającej zbiórce na kotki, którymi opiekuje się Drevni Kocurek. Pilnie potrzebne są teraz pieniądze na kastrację trzech ostatnio przygarniętych maluszków. Tak jak pisze Kocurek - wpłaty nie muszą być duże, jak 100 osób wpłaci po 10 zł, to się nazbiera potrzebny tysiąc!


    *****

    czwartek, 20 lipca 2023

    Zakładki.

    Miało być o czymś zupełnie innym, ale namnożyło mi się trochę tych zakładek, więc przyszła pora, żeby jakąś część pokazać. Dzisiaj takie kwiatkowe, z naklejanymi suszkami, eksperymentalne poniekąd, świeżynki najnowsze. 




    Kiedyś już pisałam o tym, że ja w zasadzie nie używam zakładek, bo przeszkadza mi w książce wszystko, co jest grubsze niż kartka papieru. Ale robić je lubię :).

    Zakładki, podobnie jak różne malutkie rysuneczki i inne bazgrołki, są fajną odskocznią i urozmaiceniem w trakcie pracy nad większym formatem. A ja właśnie mam na sztaludze obraz, który miał powstać raz-dwa, bo miałam w głowie konkretną wizję... Ale jakoś idzie mi jak po grudzie, codziennie maźnę pędzlem kilka razy i potem siedzę i dumam, czy to na pewno tak ma być. Zaglądam do niego kilka razy dziennie i mam wątpliwości. Czasem lepiej zostawić taki ciężko idący projekt, odpocząć, zająć się czymś innym. Bo życie nie znosi próżni, więc jakoś tak mimochodem zabrałam się za drobiazgi.




    Kilka kwiatków zasuszyłam jeszcze w ubiegłym roku, zupełnie o nich zapomniałam, a tu nagle wypadły z książki... Drugim elementem była torebka prezentowa, która do dalszego użytku się nie nadawała, bo coś tam się naderwało... Ale papier był ciekawy - gruby szaro-brązowy papier typu eko, z nadrukiem w stylu vintage. Znalazłam jeszcze kawałek papieru czerpanego, no i tak jakoś poskładałam te różne elementy i powstały zakładki. Nie lubię, jak się za dużo naraz dzieje na kartce papieru, wolę minimalizm, więc ozdobny papier "robi" tył zakładek, a kwiatki umieściłam na gładkim tle, dodając tylko tu i ówdzie odrobinkę złotego żelopisu. Tak wyglądają ich "plecki":



    Chwościki zrobiłam z muliny, której zapasy nieprzebrane mam z czasów, kiedy namiętnie haftowałam. Do haftu raczej nie wrócę, a na pewno nie przerobię tych wszystkich nici, więc znalazłam dla nich takie właśnie zastosowanie :).



    Napisałam, że zakładki są w pewnym sensie eksperymentalne, bo trochę się przy ich tworzeniu uczyłam. Z tego też powodu nie wszystko poszło zgodnie z planem i nie wszystko się udało ;). Nie załamuję rąk, bo to była zabawa dla siebie samej, a że kilka wyszło całkiem nieźle, to będą się nadawać choćby na prezenty, jako dodatek do książek na przykład.



    Pierwsza nowość dla mnie to chwościki, które zrobiłam wzorując się na filmikach znalezionych na YT. Niby prościzna, ale dopiero po kilku średnio udanych zaczęło mi to wychodzić jak należy. Musiałam dopracować metodę zawiązywania i znaleźć odpowiednią długość sznureczka do zawieszenia przy zakładce, jak i samego chwosta. W sumie jednak nie jest to jakaś skomplikowana sprawa, tak że ten punkt mogę uznać za opanowany :).



    Gorzej mi poszło z laminowaniem. Co prawda zakładki z zasuszonym kwiatkiem mają większy urok bez laminatu, ale są na tyle delikatne, że przy normalnym użytkowaniu te kwiatki szybko by się pokruszyły i osypały. Pierwszym pomysłem było więc pokrycie kwiatków klejem, np. rozwodnionym wikolem, który jest bezbarwny po wyschnięciu. Wahałam się miedzy klejeniem a laminowaniem... Ostatecznie zdecydowałam się jednak na laminowanie - i to był błąd.




    Posiadam laminator, taki zwyczajny do domowo-biurowego użytku. Ale! Taka maszynka nadaje się świetnie do zabezpieczania dokumentów i zwyczajnych zakładek z papieru czy kartonu, to już przerabiałam i wyszło świetnie, natomiast tutaj doszły jeszcze zasuszone kwiatki, niektóre o konkretnej grubości (na przykład lawenda). Była obawa, że się to zatnie w laminatorze i nie wiadomo, co z tego wyniknie. No więc - zainspirowana internetowymi poradami - sięgnęłam po żelazko. Albowiem mając folię do laminowania można zamiast laminatora użyć żelazka, w końcu chodzi tutaj o temperaturę i odpowiedni nacisk.


    No i właśnie ten punkt programu raczej nie wypalił, albo - można powiedzieć - wypalił średnio. Cieńsze zakładki wyszły spod żelazka mniej więcej tak jak powinny, w zasadzie jest ok, natomiast te grubsze, z lawendą i kłosami, już nie za bardzo. Folia nie przykleiła się dokładnie, pomimo dość długiego czasu nagrzewania, dociskania itd. Powody mogły być różne, od zbyt niskiej temperatury żelazka (w internetach pisali, żeby ustawić na najniższą, ja i tak dałam tak po środku), przez słaby docisk (no nie powiem, żebym dała z siebie wszystko), po zbyt grubą do takiego eksperymentu folię laminacyjną. Ona jest świetna do dokumentów, ale tutaj prawdopodobnie cieńsza lepiej by się "dopasowała" do kwiatka. Tak więc gdybym miała kiedyś robić tego typu zakładki, to musiałabym jeszcze poćwiczyć kwestię laminowania, może da się to zrobić lepiej. 




    Jednak wczorajszy post Justynki (tutaj) upewnił mnie, że klej jest doskonałym wyborem. Więc na przyszłość: trzeba zawierzyć intuicji i wybrać to, co nam przychodzi do głowy w pierwszym przebłysku. Kolejne eksperymenty z kwiatkowymi zakładkami będą więc z użyciem kleju, to zdecydowanie lepsza opcja i wygląd kwiatków będzie bardziej naturalny. Lawenda kwitnie, wkrótce będzie się suszyć :).

    To teraz wracam do mojego obrazu, który jakoś nie chce sam się namalować...



    *****

    niedziela, 2 lipca 2023

    Jesienny lipiec.

    Wygląda na to, że pory roku mi się pomyliły, ale to chyba ten listopadowy półmrok w lipcowe południe tak na mnie zadziałał. 







    Grzebałam w szufladzie szukając czegoś - i trafiłam na zapomniane metaliczne farbki Kuretake Gansai oraz cienkopisy różnych rozmiarów. I przypomniałam sobie o wizji obrazka w klimacie późno jesiennym... Niby nie na czasie, ale kto powiedział, że w lecie tylko kwiatki i plażę można malować. No i tak powstały dwa szybkie obrazeczki.





    Tło - papier do mixmedia w kolorze piaskowym, rozmiar A4, użyte zostały czarne cienkopisy i metaliczna farbka w kolorze różowego złota, chociaż można by ten kolor podciągnąć pod miedziany (czyli baaardzo różowe złoto), a listopadowe zamglone słoneczko, jak na lipiec przystało - w perłowej bieli. Docelowo mają być oprawione w czarne passe-partout, a teraz na tym czarnym leżą, wbrew pozorom to nie jest granat, tylko mój aparat wie lepiej.

    Pokazuję je w takich różnych kątach nachylenia, bo próbowałam jakoś uchwycić przynajmniej ten połysk, skoro same kolory zupełnie mi nie wychodzą na zdjęciach :).






    Pejzażyki bardzo uproszczone, elementem bizantyjsko zdobniczym jest oczywiście ten blask złota, a raczej miedzi. Czasem mam takie napady sroczyzmu i wtedy lubię jak coś się błyszczy i złoci.



    Na takie obrazki czarno-złote mam sporo pomysłów, ale najpierw muszę znaleźć dla nich zastosowanie. Bo na razie to tego typu twórczość występuje u mnie pod roboczą nazwą "chałturki". Ostatnio pojawiła się myśl, żeby popowieszać trochę tych moich wytworków w pracy... Bo ja się szykowałam na emeryturę, a tu dziecko moje własne rzuciło mi kłodę pod nogi, mówiąc, że może by ono tak weszło w ten biznes... ech... Więc w tej sytuacji - zamiast leżeć sobie pod gruszą na dowolnie wybranym boku - będę przez czas jakiś dalej zasuwać w robocie. Bo dziecko co prawda kiedyś u mnie już pracowało, ale z trochę innym nastawieniem, więc teraz trzeba je w różne sprawy jeszcze wprowadzić. W związku jednak z moimi wcześniejszymi planami emerytalnymi od pewnego czasu nie inwestowałam w firmę i biuro nieco się zapuściło, wołając o remont, a przynajmniej odświeżenie. Będziemy więc odświeżać i dekorować. Moimi dziełami. A co!

    *****