niedziela, 16 czerwca 2024

"Oczy Mony", "Wojna o Picassa" i jeszcze słów kilka o serwisach czytelniczo-recenzenckich.

Pozostając jeszcze przy książkach - a trochę się nazbierało i chciałabym opowiedzieć Wam przynajmniej o niektórych - dzisiaj przedstawiam Wam dwie interesujące pozycje o sztuce, głównie o malarstwie oczywiście.


  • HUGH EAKIN - "Wojna o Picassa. Jak sztuka nowoczesna trafiła do Ameryki". Dom Wydawniczy Rebis, 2023r, stron 501.



Podtytuł mówi więcej, niż tytuł główny. Co prawda duża część tej historii kręci się wokół dzieł Picassa, ale na tej osnowie poznajemy przede wszystkim całą długą, żmudną i zaskakująco skomplikowaną drogę nowoczesnej sztuki na kontynent amerykański i przede wszystkim - do świadomości Amerykanów. Dzisiaj wydaje nam się często, że Ameryka to synonim nowoczesności. A przecież jest to zarazem kraj ludzi w ogromnej większości niezwykle konserwatywnych, przywiązanych do utrwalonych zasad, obyczajów, poglądów. W czasach, kiedy Picasso świecił triumfy na wystawach europejskich, a najbogatsi kolekcjonerzy w Moskwie i Berlinie z zapałem gromadzili jego dzieła, w Ameryce nikt w zasadzie jeszcze o nim nie słyszał. Dochodziły tam zaledwie słabe echa głośnych w Europie paryskich wystaw pierwszych impresjonistów, fowistów, czy wreszcie - kubistów. Za oceanem zupełnie lekceważono nowe trendy, uważając je za przejściową modę i wybryk tych śmiesznych Europejczyków.

"Wojna o Picassa" to wspaniała, wielowątkowa i wielowarstwowa opowieść o kilku zaledwie pasjonatach, którzy poświęcili wiele lat życia, aby pokazać nowoczesną sztukę europejską zaściankowej reszcie świata, a przede wszystkim - Amerykanom. To zaledwie kilka nazwisk, które wielu ludziom dzisiaj niewiele, albo nawet nic nie mówią: Quinn, Barr, Rosenberg, Kahnweiler. A dla nich walka o stworzenie wielkiej, na światową miarę, kolekcji dzieł nowoczesnych twórców początku XX wieku - stała się treścią życia, najważniejszą sprawą, której poświęcali swój czas i pieniądze. 

Podczas gdy we Francji miał miejsce największy przewrót w historii sztuki zachodniej - w muzeach i prywatnych salonach Ameryki królowało tradycyjne, klasyczne malarstwo renesansu i w porywach zaledwie XVIII-wieczne. W tym czasie John Quinn, ekscentryczny amerykański prawnik, syn irlandzkich imigrantów, dał się już poznać po obu stronach Atlantyku jako entuzjasta i znawca sztuki. Quinn odczuwał potrzebę zmiany, szukał nowości, utrzymywał kontakty z europejskimi intelektualistami i pisarzami, interesował się nowinkami ze świata kultury i sztuki, długo jednak jeszcze nie wiedział nic o nowej fali artystów z Montparnasse. W jakimś momencie te dwa żywioły musiały się jednak spotkać. Zorganizowana wielkim wysiłkiem pierwsza (niezbyt udana) wystawa dzieł Picassa w Ameryce, na którą trafił Quinn, równie nieudana podróż do Paryża, a w końcu - jeden przypadkowo kupiony obraz, który wreszcie staje się tym zapalnikiem, który ruszył całą lawinę wydarzeń. Wszystko to opisane z niezwykłą precyzją i dbałością o szczegóły, wypunktowane kolejne spotkania, rozmowy, listy itd. 

Marzeniem Quinna było stworzenie w Ameryce wielkiej stałej wystawy z kolekcją dzieł Picassa i innych ówczesnych malarzy reprezentujących najnowsze nurty. Trzeba było jednak wielu lat i wysiłku wielu osób, aby to marzenie można było zrealizować. W dokumentalnej opowieści Eakina poznajemy bardzo szczegółowo historie życia i działalności kilku niezwykłych postaci, dzięki którym szuka nowoczesna trafiła z Paryża do Ameryki. Jednocześnie jest to historia przemian politycznych, kulturowych, społecznych - zarówno w Ameryce, jak i Europie, mamy bowiem tutaj czas rozbudzenia niemieckiego nacjonalizmu i nazistowskich prześladowań, które dotknęły także paryską bohemę, a wreszcie okres wojny, która ogarnęła w zasadzie cały świat i wpłynęła na losy narodów i pojedynczych ludzi, ale też - zamykając jedne możliwości artystom - zmusiła do szukania innych dróg dotarcia do odbiorców w spokojniejszych rejonach świata.

Eakin pisze niezwykle zajmująco, co sprawia, że pomimo wielkiej ilości szczegółów, drobiazgowych opisów kolejnych rozmów, spotkań i zabiegów różnych osób - trudno się od tej historii oderwać. Niezwykła opowieść, która pokazuje, jak mało brakowało, a o Picassie i kilku innych wielkich twórcach świat by nie usłyszał, a nowojorskie Museum of Modern Art nie byłoby tym, czym jest dzisiaj. Wspaniała opowieść o niezwykłych dziejach sztuki nowoczesnej.



  • THOMAS SCHLESSER - "Oczy Mony". Wydawnictwo Literackie, 2024r, stron 496.


Zapowiadane jako światowy bestseller „Oczy Mony”, dedykowane wszystkim dziadkom i babciom na świecie – mimo, że niosą pewne przekazy uniwersalne - uważam za książkę znakomitą, ale raczej niszową. W każdym razie – trudną w odbiorze zarówno dla większości dziadków i babć, jak i – tym bardziej – dla małoletnich wnucząt. Autorem jest historyk sztuki i – zapewne – pasjonat tej dziedziny. Nie wiem, czy ma dziesięcioletnią wnuczkę, ani czy w ogóle rozmawia często z dziećmi w tym wieku. W książce bowiem mamy ogromny zbiór informacji o wybranych dziełach sztuki, które bohaterowie tej opowieści – dziadek i dziesięcioletnia wnuczka – oglądają i omawiają wspólnie w czasie wędrówek po paryskich muzeach. Sam pomysł, żeby zabierać tracącą wzrok wnuczkę do muzeum, zamiast do zaleconego przez pediatrę psychiatry, uważam za znakomity pomysł, godny naśladowania. I to jest ten uniwersalny przekaz, zapewne też o to właśnie chodziło autorowi w dedykacji. O to, żeby poświęcać dzieciom swój czas i troskę, pokazywać im to, co piękne, wzbudzać w nich zainteresowanie dziełami sztuki. Nie wystarczy nakarmić, ubrać i posłać do szkoły. Trzeba z nimi rozmawiać, objaśniać świat i pokazywać jego najlepsze strony.

Natomiast jeśli chodzi o zasadniczą treść, to wydaje mi się nieco oderwana od rzeczywistości. Przybliżając krótko fabułę: mała Mona traci wzrok, pediatra i okulista zalecają wizyty u psychiatry, aby pomógł dziewczynce oswoić się z tą sytuacją. Rodzice proszą o pomoc dziadka, który ma co środę zaprowadzać wnuczkę do owego psychiatry. Dziadek jednak, pasjonat sztuki i ekscentryk, ma swój plan. Zamiast do lekarza, zabiera wnuczkę co tydzień do jednego z paryskich muzeów, gdzie za każdym razem oglądają jedno dzieło sztuki. Jest tych dzieł, przeważnie obrazów, tyle ile tygodni w roku, jaki według przewidywań lekarzy pozostał dziewczynce do momentu całkowitej utraty wzroku. Mankamentem książki jest umiejscowienie reprodukcji tych obrazów na rozkładanej obwolucie – 52 sztuki mikroskopijnej wielkości raczej kiepsko się w ten sposób ogląda. Dużym plusem byłyby reprodukcje całostronicowe, na początku każdego z 52 rozdziałów. Wtedy byłaby to interesująca lekcja o sztuce. W książce chodziło widocznie bardziej o nacisk na relacje dziadka z wnuczką, dlatego same obrazy zostały zepchnięte „na zaplecze”.

Dziadek Mony wybiera dzieła sztuki mało oczywiste, raczej trudne w odbiorze i interpretacji, a następnie w każdej „sesji” opowiada szczegółowo o treści obrazu (lub rzeźby), o twórcy, o przekazie, jaki niesie owo dzieło. Są to rozważania bardzo interesujące, ale na poziomie minimum nastolatka. Oczywiście są dzieci wybitnie zainteresowane filozofią i historią sztuki, jednak z reguły na tym etapie mają jeszcze za mało wiedzy ogólnej, żeby takiego dziadka zrozumieć i przy tym się nie znudzić. Pewnie – fajnie jest pójść z dziadkiem do muzeum, pooglądać obrazy, ale tutaj mamy obrazy w dużej części mało interesujące dla dziecka, a towarzyszące im objaśnienia zawierają tyle nawiązań do historii w ogóle i historii sztuki w szczególności, że trudno uwierzyć, aby dziesięciolatka ten kontekst kojarzyła i pojmowała. Do tego filozoficzne dywagacje w zbyt dużej dawce dla przeciętnego dziesięciolatka raczej nie do przetrawienia.

Książkę poleciłabym pasjonatom sztuki, którzy chcieliby wybrać się do paryskich muzeów – duża porcja interesującej wiedzy o znajdujących się tam dziełach sztuki. Dla wszystkich babć i dziadków – jedynie jako wskazówka, że z wnuczkami należy spędzać dużo czasu, rozmawiać z nimi, objaśniać im świat. Dla młodych czytelników – raczej nie, może dopiero w liceum, jeśli zainteresuje ich sztuka. Nie dla czytelników preferujących popularne współczesne powieści, połykających treść w pogoni za szybką akcją. Książka świetna, ale nie dla każdego.


*****

Chciałam jeszcze na chwilkę wrócić do tematu funkcjonowania serwisów czytelniczych. Może kogoś to uchroni przed pochopnym angażowaniem się takich miejscach, a także przed nadmiernym zaufaniem do publikowanych na takich portalach treści - mam na myśli głównie recenzje i opinie o książkach. W poprzednim wpisie opowiedziałam moją historię rozczarowania serwisem "Na kanapie". Kto ciekawy, niech przeczyta łącznie z komentarzami - właśnie na skutek jednego z tych komentarzy zainteresowałam się "BiblioNETką". Już bez parcia na zamieszczanie tam swoich recenzji, ale bardziej jako czytelniczka, poznająca opinie innych użytkowników o interesujących książkach. 

No więc zajrzałam sobie na stronę główną tejże "Biblionetki", zerknęłam tu i ówdzie i całkiem przypadkiem trafiłam na taką oto wypowiedź jednego z użytkowników, który chciałby od  redakcji serwisu dowiedzieć się, dlaczego "patronatem poważanej strony została objęta książka, która w mojej ocenie na to w żadnej mierze nie zasługuje. Co więcej, utrzymywanie tego patronatu pomimo wysuniętych zastrzeżeń, znacznie to poważanie uszczupla. Czy można prosić o komentarz na temat polecanej przez BiblioNETkę książki "Weronika chce umrzeć"? Jakieś powody, dlaczego właśnie ta pozycja jest objęta patronatem?"

No, ciekawie się zrobiło. Sprawdzam więc - przez dwa tygodnie nikt z redakcji nie zareagował. Pytanie i prośbę o zdjęcie patronatu powtórzono, ktoś jeszcze podjął ten wątek, reakcji brak Jako że czasem lubię podrążyć i dobrze temat rozeznać, podkusiło mnie, żeby jeszcze przyjrzeć się tym nieszczęsnym patronatom Biblionetki, o co tam chodzi, bo się wyświetlają na pierwszej stronie. No to klik - są zasady obejmowania tymże patronatem. Ha! To musi być interesujące! Punkt za to, że jakieś zasady w ogóle są, bo "Na kanapie" to z tym cienko było. No i proszę bardzo:

"Jak zdobyć patronat BiblioNETki? Patronatem obejmujemy książki, które są dobre i warte zainteresowania BiblioNETkowiczów. Nie jest istotna tematyka - najważniejsze czy pozycja w ocenie redakcji BiblioNETki jest warta rekomendacji. Przed podjęciem decyzji zapoznajemy się z materiałami nadesłanymi przez wydawcę. Zastrzegamy sobie możliwość wystosowania do wydawcy prośby o udostępnienie treści książki. Zapoznaje się z nią wtedy redakcja BiblioNETki wraz z niewielkim gremium złożonym z zasłużonych użytkowników serwisu, których zdanie redakcja ceni."

Co z tego wynika? No na przykład, że redakcja niekoniecznie czyta książkę, której patronuje i ją promuje, co do zasady opiera się na materiałach wydawcy. Zanim te rewelacje przetrawiłam do końca, zobaczyłam pod tym tekstem następujący komentarz jednego z uczestników: "Doskonale rozumiem, że obecnie Patronat BiblioNETki nie dodaje książce ani grama prestiżu i żeby go zdobyć wystarczy zapłacić, ale przyznanie go pornograficzno-pedofilskiemu wytworowi, to chyba przesada. Czy przed przyznaniem patronatu książce Weronika chce umrzeć (...) ktokolwiek przeczytał choćby fragmenty dostępne na stronie pana Kruka?" Komentarz napisany 21 maja, do dzisiaj brak reakcji.

Powiem Wam szczerze, że zaczyna mnie to frapować - który z portali czytelniczo-recenzenckich upadł najniżej? "Na kanapie" odwala się jakąś amatorszczyznę bez nadzoru, "Biblionetka" bezrefleksyjnie sprzedaje patronaty, oba serwisy nie reagują na pytania i uwagi uczestników, bez których, jakby nie było, te strony nie miałyby racji bytu, nikt nie przestrzega zasad, o ile takowe w ogóle są. Z ciekawości zajrzałam jeszcze na kilka innychtego typu portali, ale tam obowiązują nieco inne zasady i zazwyczaj recenzje pisane są przez zespół redakcyjny, a nie przypadkowych chętnych. No więc pozostaje jeszcze chyba największy i najbardziej znany z takich serwisów, o formule z grubsza podobnej do Biblionetki i Na kanapie - czyli "Lubimy czytać". Z tego, co zdołałam się zorientować na podstawie opinii użytkowników (nie tylko LCz), a także własnego niewielkiego doświadczenia w czasie użytkowania - tutaj chyba najmniej jest powodów do czepiania się, bo też większe jest zaangażowanie redakcji w utrzymanie dobrego poziomu. Z jakiegoś powodu zresztą dawno temu tam trafiłam, założyłam również swoje konto i przez długie lata korzystałam właśnie z recenzji na LCz przed zakupieniem książki. W konsekwencji tych doświadczeń - chyba zlikwiduję konto "Na kanapie", do "Boblionetki" nawet się nie przymierzam, na "Lubimy Czytać" będę zaglądać w poszukiwaniu opinii o książkach, które mnie interesują, acz z dużym dystansem ;).

*****


Zamykam ten temat, ale na koniec chcę dorzucić jeszcze kilka słów tak ogólnie o recenzjach książek, notkach wydawniczych i tzw. blurbach. Trochę doświadczenia nabrałam, to się podzielę. Najpierw małe objaśnienie terminu, który chyba nie jest powszechnie znany:

Blurb – rekomendacja lub krótkie streszczenie utworu, umieszczane najczęściej na tylnej stronie okładki i/lub obwoluty książki lub płyty DVD. Blurb zawsze przedstawia utwór w sposób pozytywny lub nawet entuzjastyczny, gdyż z założenia ma charakter marketingowy, a nie krytycznoliteracki. Blurb to zachęta do przeczytania książki podpisana przez osobę, z której gustem liczy się potencjalny czytelnik – znawcę tematu, pisarza, krytyka, celebrytę. (źródło: Wikipedia)

Są osoby, które nie ufają recenzjom, natomiast wierzą w to, co napisze wydawnictwo lub autor blurba. Inni na odwrót. A tak na dobrą sprawę, to w dzisiejszych czasach nie można ufać nikomu, a w każdym razie warto mieć ograniczone zaufanie i szukając wiarygodnej opinii o książce zachować czujność. Warto przejrzeć recenzje w różnych miejscach i pisane przez różne osoby (z czasem da się już odróżnić wiarygodnego recenzenta od zwykłego wyrobnika piszącego w zamian za jakieś korzyści, a trzeba pamiętać, że są też nawet recenzje pisane przez AI czyli sztuczną inteligencję!). Odsiewać recenzje sponsorowane (nie zawsze wyraźnie oznaczone, niestety). Sponsoring w tym światku rzadko polega na zapłacie w brzęczącej monecie, zazwyczaj recenzenci otrzymują darmowe egzemplarze książek od wydawnictw lub bezpośrednio od autorów - i w związku z tym część z nich uważa, że w ramach wdzięczności muszą pisać wyłącznie pozytywnie. 

Nadmierne zachwyty zawsze jednak budzą moją nieufność. Szukam raczej konkretów, bo banały typu "świetna książka, trzyma w napięciu" (albo na odwrót - "strasznie mnie ta książka znudziła, tego nie da się czytać" - bez słowa wyjaśnienia) itp. w zasadzie nic mi o książce nie mówią. Zatem szukam - o czym dokładnie jest książka, jakiego stylu i języka wypowiedzi używa autor, co konkretnie czytelnikom i recenzentom podoba się a co nie (wolę, jak jest jakieś "nie", bo wygląda to bardziej wiarygodnie, a ja przecież niekoniecznie muszę podzielać pogląd recenzenta na tę akurat kwestię). I co do zasady lubię spojlery, bo wtedy wiem, o czym tak dokładnie jest ta książka. Przykład - w poprzednim poście pisałam o książce "Proroctwo pszczół", w której nie podobało mi się, że większość akcji dzieje się w czasach templariuszy, są długie opisy bitew i potyczek itp. Komuś może to akurat bardzo odpowiada, ale ważne, żeby taką informację uzyskać w jakimś opisie czy recenzji książki. Ja na takie konkrety nie natrafiłam, a pewnie bym tak opowiedzianej książki nie kupiła. Chociaż, z drugiej strony, w tym akurat przypadku aż tak bardzo nie żałuję ;). Tak więc, Moi Drodzy, trudno tutaj o złoty środek. Kupując książkę w księgarni stacjonarnej mamy możliwość przejrzenia, przeczytania fragmentów. Kupując w internecie rzadko mamy okazję do zapoznania się z fragmentami, więc trzeba zaufać temu, co piszą inni, ale musimy podchodzić do recenzji z rozwagą i dystansem.

*****

A tymczasem w ogrodzie - zakładamy domki dla pszczółek murarek. 


W gruncie rzeczy trochę późno, bo podobno najlepiej robić to na wiosnę. No nic, zobaczymy, może się jakiś lokator skusi, a jak nie, to domki będą gotowe na następny sezon. Bo co roku mówimy, że trzeba te domki zawiesić i w końcu zawsze jakoś nam to umyka, a tym razem to był taki spontaniczny zakup w mrówkowym sklepie. Dokładne informacje jakie domki i gdzie umieścić w ogrodzie, a także sporo ciekawostek o murarkach znajdziecie pod tym linkiem: 
https://poradnikogrodniczy.pl/pszczola-murarka-ogrodowa-hodowla-jak-zrobic-domek.php

W skrócie: murarki są bardzo łagodne, nie produkują miodu, ale są lepszymi zapylaczami niż pszczoły miodne. Mówi się, że jedna murarka to jak dwieście miodnych! No i w zasadzie są bezobsługowe, trzeba im tylko stworzyć przyjazne warunki do zasiedlenia. Domek dla nich to jednak niekoniecznie taki jak nasz - najlepiej wiązka trzciny takiej z otworem o średnicy około 8 mm, z jednej strony powinny być zamknięte. Jesienią można kupić gotowe kokony z murarkami (także w pakiecie z trzcinowymi rurkami), przechować w suchym miejscu i w marcu umieścić je w pobliżu domku albo tej wiązki trzcinowej, wtedy jest duża szansa, że zasiedlą to miejsce. 100 sztuk kokonów to około 45 zł, więc chyba się skuszę na taką gotową kolonię pszczółek.


pszczoła murarka ogrodowa


Newsy zwierzątkowe: kotki (i piesek) zdrowe, chociaż najstarsza Sabinka zaczyna wykazywać objawy Alzheimera. Sprawia czasem wrażenie, jakby nie mogła myśli pozbierać i zastanawiała się "co ja właściwie tutaj robię i co to ja chciałam...?" Ma dopiero 8 lat, więc nie tak znowu dużo (Czarnuszka żyła 18), ale widać, że czasem jest jakaś skołowana, trochę gorzej też sobie radzi z kocimi akrobacjami, ostrożniej skacze, wolniej chodzi. Taka dostojna matrona się z niej zrobiła. Bardziej to wygląda na gorszą orientację w przestrzeni, niż jakiś problem z układem kostnym czy inną dolegliwością somatyczną. Apetyt jej dopisuje, nawet się dziwimy, że tak dużo je od pewnego czasu. Robaki wykluczone, zresztą niedawno wszystkie dostały na odrobaczenie. No cóż, prawdopodobnie Sabcia nam się po prostu starzeje... co nie przeszkodziło jej niedawno w skutecznym zapolowaniu na młodą sierpówkę, na szczęście w porę przez nas odratowaną z kocich pazurów. 

SABINKA


W oczku wodnym natomiast zauważyliśmy, że zniknęły bezpowrotnie największe ryby. Jedna nieżywa pływała niedawno brzuchem do góry na powierzchni, została więc odłowiona i zutylizowana. Podejrzeń jest kilka: czapla siwa, którą widywano o świcie na kalenicy naszego dachu, szop-pracz, którego widywano u sąsiadów, nasze własne kocie stado, któremu zdarzało się już czasem wyłowienie ryby zaplątanej w przybrzeżne trawy i szuwary. No i wreszcie taka ewentualność, że ryba typu karaś ozdobny wieczna nie jest, a niektóre przecież zostały wpuszczone do stawiku jakieś 15 lat temu. Oczko wodne mamy co prawda już od 25 lat, ale jednej zimy rybki nie przeżyły, mróz silny trzymał wtedy długo, a rybek było kilkadziesiąt, więc mogły się podusić w  za małej przestrzeni (przeręble oczywiście były, ale może za mało do natlenienia, woda zamarzała wtedy do pół metra, a tam w najgłębszym miejscu jest jakieś 80-90 cm}, mogły wręcz zamarznąć czy nie wiem co tam jeszcze. Po tej apokalipsie wpuściliśmy właśnie te nowe, które dzisiaj, po 15 latach, już pewnie dożywają swoich dni. I tak to się kręci...

W następnym wpisie jeszcze trochę poopowiadam o fantastycznych książkach, tym razem o zupełnie innej tematyce, a później może wreszcie wrzucę jakieś obrazki, bo coś tam się od czasu do czasu maluje ;).



sobota, 8 czerwca 2024

Wszędzie dobrze, ale na blogu najlepiej :).

Jak szybko wybyłam, tak szybko powracam. I jak szybko wskoczyłam "Na kanapę", tak szybko z niej zeskoczyłam.

Niektórzy z Was pewnie nawet nie zauważyli, że na krótki czas zawiesiłam blog (tzn. usunęłam możliwość zaglądania do niego), bo trwało to rzeczywiście niezbyt długo. A prawie już nosiłam się z zamiarem całkowitego zamknięcia bloga... 

Zaraz to wszystko opiszę, ale najpierw zaprezentuję Wam dwie książki, o których niedawno tylko wspomniałam, podając linki do moich recenzji "Na kanapie". Z tą kanapą to był jednak niewypał, więc recenzje i wszelkie opowiastki o książkach wracają na blog ;). 


  • BERNARD WERBER - "Proroctwo pszczół". Wydawnictwo Sonia Draga, 2023r, stron 536.




Najpierw mój wzrok przyciągnęła wyrazista okładka i tytuł "Proroctwo pszczół". Znane jest - przypisywane Einsteinowi - twierdzenie, że kiedy zginie ostania pszczoła, ludzkość przetrwa jeszcze tylko cztery lata - jest ono zresztą zapisane jako motto przewodnie książki Bernarda Werbera. Fascynuje mnie życie pszczół, niepokoją zmiany klimatyczne i niszczycielska działalność człowieka, więc zaintrygowana tytułem poczytałam jeszcze recenzje i opinie, w których obiecywano mi wspaniałą lekturę, pełną fantazji związanej z podróżami w czasie, ale też naładowaną dużą dawką wiedzy naukowej. To drugie podziałało przyciągająco, na pierwsze chyba nieco przymknęłam oko. W sumie jednak nie tego się spodziewałam.

Chciałam więcej o pszczołach i więcej wizji przyszłości, może bardziej też coś o sposobach walki z degradacją naszej planety. Dostałam długie opowieści o szczegółach bitew w ramach wojen krzyżowych, które w takiej dawce były dla mnie męczące, mnóstwo dialogów, które w pewnym momencie też trochę mnie znużyły, generalnie zmęczyła mnie bardziej ta książka, niż zaintrygowała. Obiecywana w dużej dawce wiedza naukowa nie wykracza poza to, co jest mi doskonale znane, a nawet miałam pewien niedosyt. Historii za to zbyt wiele, w ramach nieustannych podróży w czasie bodaj raz tylko zaglądamy w przyszłość, natomiast połowa akcji dzieje się w czasach wojen krzyżowych - no cóż, zdecydowanie nie jestem fanką takich klimatów.

Główny bohater, profesor historii Rene Toledano, posiada umiejętność wprawiania siebie i innych w stan hipnozy regresyjnej, co umożliwia mu podróże w czasie. Ujrzawszy w czasie z jednej z podróży w przyszłość świat ginący w piekielnym upale, głodzie i pragnieniu, pogrążony w wojnie ogarniającej cały glob, szuka przyczyn tego stanu, a okazuje się nim wyginięcie pszczół. Wyniszczająca zmiana klimatu jest zarazem przyczyną zniszczenia pszczelej populacji. Okazuje się jednak, że istnieje jakiś sposób ma uratowanie planety, a zapisany jest w tajemniczym "proroctwie pszczół", spisanym niegdyś przez jednego z templariuszy. Korzystając więc z daru przenoszenia się w minione wieki, nasz bohater próbuje odnaleźć cenny wolumin z proroctwem. W akcję poszukiwawczą włączają się kolejne osoby. I tak przez 70% akcji książki co chwila skaczemy po różnych epokach, głównie zaglądając w czasy templariuszy i odbywając z nimi ich wyprawy. Nasz bohater nie jest przy tym jedynie biernym obserwatorem wydarzeń z przeszłości, bowiem wciela się w różne postaci, które jakoby były jego poprzednimi bytami. Dołącza do niego także jego przyjaciel, korzystając z nabytej umiejętności przenoszenia się w czasie i na własną rękę bierze udział w akcji poszukiwania zapisanego proroctwa. Czasem się spotykają i wzajemnie pomagają, czasem konkurują. W zasadzie mamy niemal światy równoległe, bo te przeskoki w czasie mają miejsce co chwila i w najprzeróżniejszych sytuacjach. W pewnym momencie przestało to być dla mnie atrakcyjne. Przy kolejnej migracji, kiedy Toledano ponownie ukrywa się w toalecie i siedząc na klapie sedesu wprawia się w trans - uśmiechnęłam się z politowaniem i westchnieniem znudzenia. Bo ileż można.

Jak więc mam podsumować moje wrażenia z lektury "Proroctwa pszczół"? Będzie to zapewne interesująca pozycja dla kogoś, kto chciałby dowiedzieć się czegokolwiek o tym, jak ważna jest rola pszczół w życiu na Ziemi i jak człowiek, dewastując środowisko, podcina gałąź, na której siedzi. Jest rzeczywiście sporo informacji o życiu tych pożytecznych owadów i o tym, co powoduje, że dramatycznie zmniejsza się ich populacja. No i jest sporo klimatów z czasów templariuszy. Dla mnie - książka przegadana, z dłużyznami, mało odkrywcza i niezbyt wciągająca. Nie wiem, czy - pomimo ciekawie brzmiących tytułów - sięgnę po inne książki Werbera...

*****

  • M. C. BEATON - "Lady Fortescue wkracza na scenę". Wydawnictwo "Świat Książki", 2024r, stron 192.



Rzut oka na okładkę książki M.C. Beaton "Lady Fortescue wkracza na scenę" - zarys postaci damy w sukni z tiurniurą, w tytule "lady", nazwa cyklu "Biedni krewni"... Intrygujące. Drugi rzut oka na notkę redakcyjną i trzeci - na jedną z recenzji. Zapowiedź wciągającej historii z czasów gregoriańskiej Anglii: podupadła finansowo lady Fortescue, mając w perspektywie życie w nędzy, postanawia energicznie działać i odwrócić bieg wydarzeń na swoją korzyść. Los stawia na jej drodze znajdującego się w podobnym położeniu pułkownika, który bez większych oporów, nie mając nic do stracenia, przystępuje do realizacji brawurowego planu swojej nowej wspólniczki. Postanawiają połączyć siły i swoje skromne kapitały, żeby ułatwić sobie życie i zaspokoić podstawowe potrzeby. Apetyt jednak rośnie w miarę działania i pojawia się śmiały pomysł włączenia kolejnych osób i urządzenie wspólnymi siłami hotelu. Natychmiast wyobraziłam sobie coś na kształt powieści Agathy Christie, jednej z moich ulubionych pisarek, więc z nadzieją na pyszną lekturę zabrałam się do czytania.

Od razu mogę napisać, że mój apetyt na dobrą opowieść został zaspokojony, chociaż z pisarstwem Agathy Christie nie ma zbyt wiele wspólnego, poza klimatem starej Anglii. Nie ma więc tutaj mocnych kryminalnych historii, których rozwikłanie jest główną treścią książek królowej kryminału, natomiast dostajemy zabawną, lekko napisaną opowieść o tym, jak zubożali arystokraci poradzili sobie z trudną sytuacją materialną. Nieźle się bawiłam przy tej lekturze, bowiem akcja toczy się wartko, zwroty wydarzeń niejednokrotnie mocno zaskakują, bohaterowie są wyraziści, wspaniale odmalowani, mamy też sytuacje mrożące krew w żyłach, niektóre dramatyczne, inne nie do końca zgodne z prawem, elementy czarnego humoru, romansu i czego tam jeszcze nie zabrakło! Na pewno jest to całkiem niezła komedia obyczajowa, a więc lektura z rodzaju lekkich, łatwych i przyjemnych. Po cięższych gatunkowo pozycjach była dla mnie świetnym przerywnikiem. Książeczka nie ma nawet dwustu stron, więc jej przeczytanie zajęło mi jeden wieczór, a ponieważ jest to pierwszy tom z cyklu "Biedni krewni", to na pewno sięgnę po kolejny tomik.

*****

A teraz historia mojego krótkiego rozstania z blogiem, równie krótkiego romansu z "Kanapą" i nagłego powrotu do bloga. Najpierw zatem - dlaczego porzuciłam chwilowo blog? Po pierwsze - ostatnio więcej czytam, niż maluję, a do wpisów o książkach zagląda niewiele osób, natomiast nie ma sensu pisać tylko sobie a muzom. Po odkryciu serwisu "Na kanapie" przeniosłam więc wpisy książkowe tamże i trochę tam wsiąkłam. Czytałam i pisałam recenzje, trochę się włączyłam w niektóre dyskusje, planowałam przyłączenie się do jednego z wyzwań książkowych. Początkowo sądziłam, że to będzie odpowiednie miejsce do rozpisywania się o moich lekturach. Ale zderzyłam się z dziwną rzeczywistością i zaraz Wam o tym bardziej szczegółowo opowiem. Po drugie - pozostawienie na blogu wpisów tylko z moimi obrazkami też nie ma sensu, bo głównym problemem jest jakość zdjęć, z którymi nie bardzo sobie radzę, a które nijak się mają do faktycznego wyglądu obrazów. Kolory zupełnie nierzeczywiste, kontrasty i nasycenie całkiem od czapy. Nie ma sensu pokazywać czegoś, co zupełnie nie wygląda tak jak to, co faktycznie namalowałam. A na kursy obróbki zdjęć nie wybieram się, szkoda mi czasu, który mogę poświęcić na czytanie lub malowanie. Fotografia nigdy mnie nie pociągała, no cóż, coś za coś... Tak więc mało brakowało, a blog całkiem by zniknął.

Dość szybko okazało się jednak, że "Kanapa" nie jest tym, za co ją uważałam.

A było to tak... I tutaj nastąpi opowieść ze szczegółami, które zapewne nie wszystkich interesują, ale ponieważ mole książkowe też tutaj zaglądają, to właśnie dla nich głównie będzie ten wywód. Bo może ktoś też planuje zagnieździć się "Na kanapie"? Ja niewiele o niej wiedziałam i dokładnego researchu nie zrobiłam, tylko zachęcona przez inną blogerkę niemal od razu założyłam sobie tam konto. Wrzuciłam kilka nowych recenzji, dorzuciłam sporo starszych, które zamieszczałam już kiedyś tutaj, na blogu, z myślą, że będę je wszystkie miała teraz razem w jednym miejscu, łatwe do wyszukania. Do listy przeczytanych książek zaczęłam dopisywać swoje lektury, czytałam na bieżąco recenzje, włączyłam się w komentowanie.

Zaraz jakoś w pierwszych dniach okazało się, że kilka moich recenzji komuś wpadło w oko i zostały wyróżnione przez redakcję. Za jakiś czas znowu jakiś mój tekst został wyróżniony. W sumie w tej chwili na 39 moich opublikowanych recenzji aż 11 jest opatrzonych etykietką "wyróżnione przez redakcję". No owszem, miło, niby mi nie zależy, ale zawsze to przyjemnie być docenionym przez fachowców. Aaaale... nooo... hmmmm... właśnie... Otóż... Zaczęłam przyglądać się baczniej tym wyróżnieniom, bo trochę mnie zdziwiło, że na przykład została wyróżniona jedna moja recenzja taka raczej pobieżna, do której mało się przyłożyłam, która nie zawierała większości istotnych dla profesjonalnej recenzji punktów, no i nic specjalnie odkrywczego nie wnosiła. Natomiast inny mój tekst, z którego byłam dumna, bo dokładnie rozpracowałam książkę, napisałam sporo własnych i dogłębnych spostrzeżeń i wniosków - nie dostąpił zaszczytu wyróżnienia. No niby nic dla mnie z tego wyróżnienia nie wynika, ale skoro jakiś system wyróżniania istnieje, to chciałabym wiedzieć - na czym się opiera. Jakie zatem są zasady dopuszczania recenzji do publikacji, a zwłaszcza - ich wyróżniania??? Na stronie głównej serwisu jest co prawda kilka artykułów omawiających zasady pisania recenzji, pod jednym nawet zadałam konkretne pytanie, z nadzieją na światłe wskazówki (chodziło o zasadność i możliwość dodawania linków do bloga, na którym wcześniej publikowałam niektóre z recenzji). Przez miesiąc nie doczekałam się odpowiedzi, czyli raczej nikt z redakcji tam nie zagląda. Nie znalazłam natomiast nigdzie konkretów co do jakiejś moderacji tego, co "kanapowicze" publikują. No i wkrótce okazało się, że działa to na zasadzie "róbta co chceta". Jest cała masa niby-recenzji, które w ogóle nie powinny się ukazać w szanującym się serwisie czytelniczym. Ukazują się m.in. teksty, które są de facto pobieżnymi streszczeniami książek, bez żadnych wniosków i opinii. Mnóstwo recenzji zawiera wyłącznie opinie typu "ach jaka cudowna lektura, nie mogłam się oderwać, jakie napięcie, wspaniali bohaterowie, dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania" i inne takie banały. Oczywiście jakoś tak się składa, że zwykle takie opinie dotyczą literatury typu lekka beletrystyka, popularne kryminałki, tzw. książki do pociągu itp. I jest ich najwięcej. I też bywają wyróżniane. Nawet jeśli - o zgrozo - napakowane są błędami stylistycznymi, gramatycznymi, a i ortograficzne wypatrzyłam!

Tak więc oczy robiły mi się coraz bardziej okrągłe w trakcie czytania tych rewelacji i zaczęłam się zastanawiać - co ja tutaj robię?! Oczywiście nie wszystko jest do bani, jest grupa recenzentów nie idących na łatwiznę, oczytanych, elokwentnych, interesująco omawiających książki, w dodatku często są to książki, które mnie bardziej ciekawią niż literatura lekka, łatwa i przyjemna, czyli na przykład beletrystyka klasyczna, literatura faktu, eseje i reportaże, historia, biografie, książki o sztuce itp. Taką grupę dość łatwo daje się wyłuskać z tłumu osób publikujących swoje recenzje i opinie, bo zaglądamy i komentujemy u siebie nawzajem, bierzemy udział w rozmaitych dyskusjach z tymi osobami. Widać jednak, że jest to garstka. No i nasuwa się myśl - o co w tym wszystkim chodzi? Czemu to miejsce ma służyć? Jakie są zasady, kto ustala reguły?

Pogrzebałam więc w różnych grupach na forum, przeczytałam wszystko, co dało się wyczytać o serwisie, no i niewiele z tego wynikło. Gdzieś tam ktoś zadał pytanie - czemu służą punkty, które są nam dopisywane za każdą aktywność (recenzję, opinię, komentarz, udział w wyzwaniu itp). Wiadomo, że trzeba zgromadzić ileś tam punktów, żeby zostać dopisanym do Klubu Recenzenta (co wiąże się głównie z możliwością otrzymywania od wydawnictw egzemplarzy do recenzji, ale szału z tym nie ma). Ale te punkty później też nam ciągle przyrastają i nic z tego nie wynika. No bo, jak się okazuje, one tak tylko sobie są i redakcja nic w zamian nie oferuje, nawet jakiegoś znaczka przy nicku dla tych bardziej "zasłużonych". Bez sensu. 

I słuchajcie, w tym momencie, kiedy ja tak to wszystko rozkminiam i coraz bardziej jestem zniesmaczona - głównie poziomem publikowanych recenzji i faktem, że nikt ich nie sprawdza, nie zatwierdza, nie poprawia ani nie każe poprawiać błędów i głupot... nagle ktoś z bardziej zasiedziałych kanapowiczów na forum porusza ten właśnie temat. No i się zrobiła mała dyskusyjka: że marny poziom, że kto to w ogóle ocenia i wyróżnia, dlaczego są dopuszczane recenzje - mówiąc wprost - intelektualnie denne i w dodatku z rażącymi błędami, ich autorzy też dostają etykietkę "wyróżnione przez redakcję", ktoś z czytelników to widzi, czyta, i może wierzy, że ma do czynienia z wysokich lotów tekstem. W dyskusji ktoś napisał, że ma wrażenie, iż "Na kanapie" wyróżnienia są czasem przyznawane "na zachętę", co jest krzywdzące dla innych recenzentów, bardziej angażujących się w pisanie profesjonalnych i wartościowych treści. Ktoś inny dodał, że czasem te wyróżnienia są chyba przydzielane osobom, które mają gust i poglądy zbieżne z tym tajemniczym kimś, kto te wyróżnienia przyznaje. Przyznam, że mam bardzo podobne wrażenie, niestety. Ale o czym to świadczy? Że - wbrew temu, co mi się wydawało - nie ma tutaj sztabu profesjonalistów, którzy przeprowadzają jakąś weryfikację recenzji, analizują, poddają korekcie, publikują po przepuszczeniu przez jakieś sito jasnych zasad i reguł. Nic takiego jednak nie ma miejsca. 

Ale tutaj nastąpił niespodziewany moment, bowiem włączyła się administratorka. I napisała tak: Drodzy, z miłą chęcią zapraszam Was do wyróżniania recenzji. Może to być jeden dzień, w którym przeglądacie lub wyróżniacie, może to być kilka dni. Wspaniałe osoby, które robiły to do tej pory (...) mają też swoje prace i życie prywatne, w związku z tym chętnie przyjmiemy pomoc. Jeśli ktoś z Was chce zadeklarować, że w jakiś jeden dzień tygodnia, co tydzień będzie przeglądał recenzje pojawiające się w danym dniu i oznaczał te godne uwagi, zapraszam do kontaktu ze mną w wiadomości prywatnej.

Istne kuriozum! Kto chce, niech się zajmie czytaniem i wyróżnianiem recenzji! Bez żadnych warunków, ot tak, kto ma ochotę. Jak ktoś w odpowiedzi słusznie zauważył - osoba, która tworzy recenzje przy użyciu AI, albo sama robi błędy, będzie mogła oceniać innych - to jak dać zielone światło bylejakości! 

Po tym, jak odjęło mi mowę na taką wymianę zdań, próbowałam jeszcze zweryfikować wnioski, które wydawały się oczywiste. Odnalazłam informację kto należy do grupy redakcyjnej - zajrzałam na profile tych osób i okazało się, że w dużej części są to akurat bardzo mało aktywne w serwisie osoby, mają niewiele oznaczonych książek, znikome ilości napisanych recenzji i opinii (niektórzy - zero!), żadnej prawie aktywności na forach. Czyli - prawie ich nie ma, nie angażują się w życie serwisu. Zresztą po tekstach na stronie głównej widać, że jest problem z redakcją, bo artykuły wiszą tam tygodniami, rzadko pojawia się coś nowego. 

Chyba nie muszę już dalej wyjaśniać, dlaczego zrezygnowałam z kontynuowania aktywności "Na kanapie"? Trochę szkoda mi kilku fajnych, wartościowych znajomości, ale myślę, że znajdziemy się jeszcze gdzieś w książkowym świecie :).

Tak więc, moi Drodzy, blog nadal istnieje, a jak będzie wyglądał, to już może nie będę znowu planować, życie pokaże :).


czwartek, 30 maja 2024

Łubin.

Po serii książkowych wpisów pora wrócić do pokazywania obrazków. Prezentuję Wam dzisiaj kolejny kwiatowy malunek, tworzony ze Swietłaną Rodionową (było już kilka wpisów na ten temat). Miałam  - jak zwykle, haha! - kłopot z uchwyceniem na zdjęciach w miarę realistycznej kolorystyki obrazu. Jest tam kilka odcieni fioletów, od niemal całkiem niebieskiego, przez wrzosowy i liliowy, aż do prawie czerwonego, na zdjęciu wyszło za bardzo niebiesko, no i nic nie umiem na to poradzić. Zresztą dużo zależy w tej materii od monitora - na komputerze widzę ten obrazek w niebieskościach, ale na smartfonie paleta barw jest bardziej urozmaicona, nawet dość realistycznie to wygląda. W sumie to właśnie te eksperymenty z mieszaniem różnych odcieni czerwieni i błękitów były głównym powodem podjęcia tego akurat tematu. W założeniu miała to być tylko etiuda, czyli malunek szkicowy, taka jakby wprawka na temat kontrastów fioletów i zieleni, łączenia błękitów z czerwieniami itd. W realu wyszło całkiem nieźle, ale przyznam się Wam, że z tego malowania z Rodionową najbardziej mi się do tej pory podobały floksy - tutaj można je obejrzeć: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2024/01/biae-na-biaym-floksy.html

Trochę się nakombinowałam, ale i tak żadne zdjęcie nie oddaje wiernie kolorów, bo mój aparat nie uznaje połączenia w jednym obiekcie chłodnych błękitów i ciepłych pasteli. No cóż, lepiej nie będzie. 

Zatem wersja w dziennym oświetleniu (na smartfonie widzę budyniową żółć, której tam nie ma):



Wersja w sztucznym świetle:


Obraz olejny na płycie pilśniowej, 40x50 cm.

Obrazek namalowałam na odwrocie przeznaczonej do kasacji wyblakłej reprodukcji - zwykła płyta pilśniowa (tzw. twarda) z powierzchnią wyciśniętą w charakterystyczną krateczkę, która od biedy może udawać fakturę grubego płótna. Wspominałam kiedyś, że lubię malować na twardym i stabilnym podłożu - w bardzo dawnych licealnych czasach, kiedy nie było gotowych podobrazi, a samodzielne przygotowanie wymagało sporego wysiłku, często malowałam właśnie na takich płytach, oczywiście odpowiednio zagruntowanych. Dzisiaj maluję już trochę inną techniką i takie podłoże okazało się jednak mało komfortowe. Tak więc był to raczej jednorazowy "wyczyn" :).

Detale w pierwszej wersji:


I w drugiej, po poprawkach, w dziennym świetle (znowu ten budyń!):



*****

Nadal udzielam się "Na kanapie", chociaż mój entuzjazm nieco ostygł, bo nie wszystko mi się tam podoba, no ale nikt nie obiecywał, że będzie idealnie. Na razie nie będę rozwijać wątku, przyglądam się, a na wnioski i podsumowania będzie jeszcze czas.

Moje najnowsze recenzje:


  • JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI - "Jelita".


Moja ocena: 8/10  , link do recenzji:

https://nakanapie.pl/recenzje/wspaniala-powiesc-herbowa-jelita



  • HENRYK WANIEK - "Finis Silesiae".


Moja ocena - 7/10, link do recenzji:

https://nakanapie.pl/recenzje/taki-byl-slask-finis-silesiae



  • THOMAS SCHLESSER - "Oczy Mony".


Moja ocena - 8/10, link do recenzji:

https://nakanapie.pl/recenzje/dla-pasjonatow-sztuki-oczy-mony


Aktualnie czytam książkę Hugh Eakina "Wojna o Picassa" - mnóstwo interesujących faktów o tym, jak sztuka nowoczesna trafiła z Europy do Ameryki.

*****

A tutaj są wszystkie recenzje, które dotychczas zamieściłam "Na kanapie" - https://nakanapie.pl/gosiaprive/recenzje . 

Wstawiam tam także stopniowo te dawniej napisane, które publikowałam już tutaj na blogu - bo chcę je wszystkie mieć w jednym miejscu. 

Natomiast na sztaludze kończy się kolejny obrazek z serii "rodionowej" ;).

EDIT:

Po krótkim pobycie w serwisie "Na kanapie" zrewidowałam swoje poglądy na temat tego serwisu. Opinią i wnioskami na ten temat dzielę się w następnym wpisie: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2024/06/wszedzie-dobrze-ale-na-blogu-najlepiej.html

*****


czwartek, 2 maja 2024

Jędrzej Fijałkowski "A dookoła nas rzeczy różne". Tanja Steinchner "Tancerka z Moulin Rouge".

Jako się rzekło (w poprzednim poście) - będzie więcej wpisów, za to nieco krótszych. Myślałam o tym, żeby posty z recenzjami/opiniami o książkach robić takie jednoksiążkowe, ale po odkryciu serwisu "Na kanapie", gdzie taka zasada obowiązuje, uznałam, że jednak tam będą konkretne i może czasem obszerniejsze recenzje, a tutaj czasem połączę w jednym wpisie kilka książek. Oczywiście posty z obrazkami też będą, ale chwilowo jestem pochłonięta organizowaniem swojego miejsca "Na kanapie", więc malunki muszą jeszcze poczekać. A zatem dzisiaj - dwie niedawno przeczytane pozycje:


  • JĘDRZEJ FIJAŁKOWSKI - "a dookoła nas rzeczy różne".
  • Wydawnictwo Ars Scripti-2, 2024r, 268 str., okładka miękka.



Gdzieś przeczytałam intrygującą recenzję tej książki. Zachęciła mnie. Kupiłam książeczkę, trochę poczytałam, średnio mi się podobało, odłożyłam trochę rozczarowana, za jakiś czas do niej wróciłam. I tak na raty, między innymi lekturami, w końcu ją całą "zaliczyłam". Wrażenia - mieszane.

Jędrzej Fijałkowski, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania psychotronik, zebrał w tej pozycji zbiór ponad stu króciutkich, przeważnie dwustronicowych, refleksji na tematy najprzeróżniejsze. Ot, takie przemyślenia i przebłyski, które człowieka często nachodzą - w konsekwencji codziennych przypadkowych (lub nie) zdarzeń, czasem pod wpływem snów lub zasłyszanej gdzieś czyjejś wypowiedzi. Coś w rodzaju notatek na gorąco, krótko i syntetycznie, żeby nie umknęło. Dykteryjki, obrazki z życia, czasem króciutkie rozważania, wyciągnięte wnioski, niekiedy pytania bez odpowiedzi. Tematyka niezwykle szeroka, od zastanowienia nad praprzyczynami i dalekosiężnymi konsekwencjami zwyczajnych, codziennych czynności, przez obserwacje otaczającej przyrody, ulicznego tłumu i przemykających w nim intrygujących jednostek, po metafizyczne dywagacje i romantyczne marzenia. Myśli głębsze i płytsze, czasem stawiające na końcu celną puentę, kiedy indziej znak zapytania, żeby jeszcze sobie później podrążyć, jeszcze przemyśleć, może zweryfikować to, co się dotychczas myślało i robiło...

Nie wiem, jaką myśl miał autor, publikując to dziełko. Nie są to bowiem jakieś nadzwyczajne mądrości, ani szczególnie oryginalne obserwacje czy wnioski. Owszem, niektóre notki wywołały u mnie uśmiech, inne wzruszenie, kilka razy pokiwałam głową, w pełni zgadzając się z wyciągniętymi przez Fijałkowskiego wnioskami. Ale tak naprawdę to niczym szczególnym mnie nie zaskoczył, nie zadziwił, nie zaintrygował. Spodziewałam się jednak większego polotu, głębszych myśli, celniejszych puent. Miła książeczka do poczytania od czasu do czasu, ot tak, dla odpoczynku od codziennego pędu, uspokojenia umysłu, zamyślenia, rozważenia. Ale to jest tylko moja subiektywna opinia, bowiem ja sama mam dość refleksyjną naturę i znakomitą większość poruszonych w książce kwestii dawno przemyślałam, wyciągnęłam wnioski. Może jednak komuś innemu pomoże zatrzymać się w biegu, rozejrzeć, zastanowić. 

*****


  • TANJA STEINLECHNER - "Tancerka z Moulin Rouge".

  • Wydawnictwo "Marginesy", Warszawa 2024r, 400 str., okładka miękka.
Okładka książki z reprodukcją plakatu autorstwa Henri de Toulouse-Lautreca, na którym La Goulue tańczy kankana. Ten plakat przyniósł sławę Lautrecowi.


Beletryzowana opowieść o Louise Weber, znanej jako La Goulue, tancerce kankana, gwieździe Moulin Rouge, uwiecznionej na obrazach i plakatach przez Toulouse-Lautreca. Urodziła się w niezamożnej żydowskiej rodzinie, wychowywała ją matka. Kiedy Louise nieco podrosła, zaczęła pracować wraz z matką w pralni. Jej marzeniem był jednak taniec, scena i sława, chciała ubierać się w piękne stroje, tak jak te, które klientki przynosiły do pralni. Louise była prostolinijną, ale odważną i bezpruderyjną dziewczyną, podkradała więc koronkową bieliznę klientek i udawała się na szukanie przygód i lepszego życia na Montmartre, gdzie tętniło nocne życie, bawili się bogaci klienci, grała muzyka. Tam poznała Renoira, który umożliwił jej pozowanie do "rozbieranych" zdjęć - to był początek nowego etapu w życiu Louise. Została zaangażowana do występów w świeżo otwartym Moulin Rouge, gdzie zauważyli ją bywający tam artyści i bogaci bywalcy, którzy nie skąpili pieniędzy, żeby móc oglądać jej występy i niekiedy spędzać z nią czas. Bogactwo jednak nie szło w parze ze szczęśliwym życiem. Matka nie chciała jej wybaczyć wyboru hańbiącej drogi życiowej, nie układało jej się także w miłości - prawdopodobnie miała problem z nawiązaniem trwałej relacji, nie chciała być zależna od żadnego mężczyzny, próbowała związków z kobietami. Ostatecznie wyszła za mąż za jednego z przyjaciół, urodziła dziecko, ale z powodu nieudanego biznesu, w który zainwestowała większość pieniędzy, wcześniejszego pociągu do alkoholu i skłonności do depresji, popadła w kłopoty finansowe i zdrowotne. 

Książka początkowo wydawała mi się słaba, opisane początki życia i kariery Louise zbyt drobiazgowe, a jednocześnie mało przekonujące. W jednej ze scen Louise "pożycza" sobie bieliznę klientki - komplet dla siebie i drugi dla koleżanki, którą namawia na wspólną przygodę. Upycha to wszystko w torebce: dwa gorsety, pończochy i podwiązki. Za żadne skarby nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak można wcisnąć dwa XIX-wieczne, a więc dość spore i sztywne, gorsety do torebki! I wynieść ten cały majdan niepostrzeżenie z pralni, pod czujnym okiem szefowej. Prześladowało mnie to przez kilka rozdziałów. To jeden z przykładów, ale wiele innych rzeczy też mi się nie zgadzało, więc czytałam to ze sporą nieufnością. Louise, prosta dziewczyna, praczka, wyposażona jest przez autorkę w cechy osoby ze sporą ogładą, znajomością ludzkich charakterów, a jej rozmyślania świadczą o dużej inteligencji i wiedzy o życiu, a nawet ogólnym wykształceniu. Ostatecznie jednak cała historia mnie wciągnęła, i chociaż nie jestem przekonana, że tak to wszystko wyglądało, to uznaję książkę za interesującą i dobrze napisaną.


La Goulue u schyłku kariery na obrazie Toulouse-Lautreca


*****

środa, 24 kwietnia 2024

Angelo Longoni "Książę Modigliani".

Po raz kolejny wracam do blogowego świata z mocnym postanowieniem systematycznej aktywności. A byłam już bliska decyzji o likwidacji mojego zakątka internetu... Waham się też ciągle nad kwestią tematyki i profilu bloga. Jak wiecie - lubię pisać o książkach, maluję obrazki, mam koty. I o tym pisałam najczęściej. Mam jednak skłonność do systematyzacji i porządkowania rzeczywistości, więc od czasu do czasu nachodzi mnie myśl, że blog też trzeba jakoś poukładać, bo nie chcę, żeby był tutaj misz-masz, pamiętnik o wszystkim czy inny bałagan. Na ten moment koncepcja rysuje się zatem następująca: 

  • Posty o książkach będą nieco bardziej hmmm... recenzenckie (przynajmniej mam taką nadzieję) i na zasadzie: jeden post - jedna książka - jedna recenzja. Od dawna kusiło mnie pójście w tym kierunku, bo czytam sporo i zawsze o literaturze lubiłam pisać i rozmawiać. Zmobilizowałam się też w końcu i założyłam sobie konto na portalu "Na kanapie" i planuję przystąpienie do Klubu Recenzenta, co będzie się wiązało z większą aktywnością w tej dziedzinie, zarówno na portalu, jak na blogu i w innych literacko-recenzenckich miejscach. Na bocznym pasku bloga widać wklejkę z linkiem do mojego konta w serwisie "kanapowym" i moje książki, które dopiero zaczynam tam dopisywać, więc pewnie trochę potrwa, zanim będzie komplet ;).
  • Posty malarskie - tutaj w planie mam założenie konta na Instagramie (co też jeszcze chwilę potrwa, bo na razie jestem zaabsorbowana Kanapą), z nadzieją, że będę tam częściej, niż bywało to na blogu, zamieszczać moje obrazki. Na blogu więcej napiszę, tam więcej i częściej pokażę :). 
Tak więc plany są cudne, życie pokaże, co z tego wyjdzie. W każdym razie blog pozostaje, tutaj czasem dorzucę coś z życia, o kotach i innych takich historiach.

A dzisiaj opowiem Wam o takiej oto książce:



  • ANGELO LONGONI - "Książę Modigliani".
  • Wydawnictwo ARKADY, Warszawa 2023r, 520 str., okładka twarda lakierowana.


O Modiglianim, a właściwie o jego biografii pióra Pierre'a Sichela, pisałam już jakiś czas temu - kto ciekawy niech zajrzy pod ten link: "Książki o sztuce. Modigliani". Jest to biografia kompletna, szczegółowa, a ja czytałam (i mocno przeżywałam) ją wielokrotnie, mam więc utrwalony obraz artysty, jak i jego otoczenia. I dodać trzeba, że malarstwo Modiglianiego uwielbiam. Do każdej kolejnej książki o Modim podchodzę więc - mimowolnie - naładowana wiedzą zaczerpniętą z tej sichelowskiej biblii. I potem czepiam się szczegółów. Tak było z powieścią Sylwii Ziętek "Lunia i Modigliani", o której pisałam tutaj: "Książki. O Freudzie, o Garbo, o Modiglianim". Podobnie potraktowałam historię Modiego opisaną przez Longoniego - z pewną rezerwą i nieufnością ;). 

Książka jest dość potężnym, liczącym ponad 500 stron, tomiszczem. Kiedy więc po 60 stronach lektury moje rozczarowanie zaczęło rosnąć, obawiałam się, że nie dojadę do końca i prawie żałowałam zakupu. Ale po kawałku jednak brnęłam dalej i w końcu jakoś się do tej opowieści przekonałam. Co mnie tak rozczarowało i zniechęciło? Otóż książka, w moim mniemaniu, jest straszliwie przegadana. Jeśli przekartkuje się ją pobieżnie, to widać mnóstwo dialogów, często złożonych z krótkich zdań, bez słowa komentarza. Z kontekstu trzeba się domyślać kto i z kim rozmawia, o emocjach, mimice i innych okolicznościach nic nie wiemy, W zasadzie brak rozbudowanych wypowiedzi w trakcie rozmów i dyskusji, kilka słów rzucanych to przez jedną osobę, to przez drugą, niekiedy raptem kilka zdań w jednej wypowiedzi. Może niektórzy ludzie tak rozmawiają, ale raczej nie wszyscy. 




No i ja lubię opisy. Gdzieś w redakcyjnej notce wspomniano o wspaniałej scenografii. Ależ tam nie ma żadnej scenografii! Dobrze, że ja znam z innej literatury tę epokę, to wiele mogłam sobie dopowiedzieć, ale autor w tej kwestii raczej się nie popisał. Nie ma odautorskich komentarzy, rozbudowanych wprowadzeń do poszczególnych scen i wydarzeń. Niemal wszystkiego dowiadujemy się z dialogów lub monologów i listów różnych osób.

Ale przejdźmy do konkretów, bo jednak nie wszystko w tej książce jest złe.

Angelo Longoni zastosował ciekawy zabieg dla urozmaicenia swojej opowieści, a mianowicie podzielił książkę na dużą ilość króciutkich rozdziałów, z których każdy kolejny ma nieco inną formę. Mamy zatem - oprócz licznych wspomnianych już dialogów - wplecione, jako odrębne rozdziały, monologi pojawiających się postaci, czasem jakiś list Amadea do matki. Nie ma więc jednego narratora, całość nie jest opowieścią autora czy jednego bohatera, każdy rozdzialik ma inną formę literacką, inny styl, innego narratora... lub jego brak. Trochę to wprowadziło urozmaicenia, ale mnie ta kombinacja nie przekonała. W pewnym momencie wciągnęłam się w tę historię, przedstawioną z różnych punktów widzenia, ale do zachwytu było mi daleko. Przeszkadzało mi też odmienne od moich wyobrażeń przedstawienie głównych postaci i nadmiar fantazji w niektórych kwestiach. Oczywiście - to jednak nie jest biografia, a powieść i fikcja literacka, ale na przykład kontakty Modiego z Picassem w rzeczywistości nie miały aż tak intensywnego charakteru, miałam więc poczucie naciąganego nadmiaru. Oczywiście czystą fantazją są też szczegóły relacji z ważnymi dla Modiglianiego kobietami, tak naprawdę wiemy o nich niewiele, no ale takie jest prawo powieści, żeby to co nieznane - wymyślić i ubarwić.




No i cóż... może ja nie powinnam czytać powieści o autentycznych postaciach, zwłaszcza tych, których życiorysy dobrze przestudiowałam...? Trudno mi być obiektywną, denerwują mnie trochę różne historyczne nieścisłości. Ale - starając się jednak o obiektywizm - przyznaję, że Longoni wykonał kawał dobrej roboty, wyciągnął z biografii Modiego wszystkie istotne szczegóły, spróbował wejść w role - samego artysty, jego bliskich, przyjaciół, kochanek. Interesująca pozycja, na pewno może zafascynować kogoś zainteresowanego życiem niezwykłego artysty, księcia paryskiej bohemy, Amadeo Modiglianiego.

Wielka szkoda, że nie ma w książce ilustracji, bo wiele obrazów jest opisanych i miło by było móc je od razu obejrzeć, zamiast szukać po internetach. Plus za piękną okładkę z obrazem Modiglianiego w tle (portret Jeanne Hebuterne, muzy i partnerki życiowej Modiego, matki jego córki), oraz Anouk Aimee, francuską aktorką, odgrywającą rolę Jeanne w filmie "Montparnasse 1919".




Jeśli zaciekawiła Was ta pozycja, to zapraszam do przeczytania nieco poszerzonej wersji tej recenzji w serwisie "Na kanapie" (tutaj).

*****


piątek, 23 lutego 2024

Książki. Ristujczina z Klimtem, Palikot z Leśmianem i Dehnel z Chopinem.

Dzisiaj jedna książka z mojej bajki, ale dwie pozostałe takie mniej oczywiste. Zobaczcie sami, co mi się trafiło...



*****


  • JANUSZ PALIKOT - "Nic-nic. Ontologia na marginesach Leśmiana". Wyd. Centrum Kultury w Lublinie, 2018r, 300 str., okładka miękka ze skrzydełkami i obwolutą.



Nie miałam nawet świadomości, że mamy tę książkę. Mąż dostał ją jakiś czas temu w prezencie, ale jakoś mu nie podeszła tak od razu do czytania, odstawił na półkę i zapomniał. Niedawno szperając w biblioteczce wygrzebał ją i dał mi, mówiąc - "chyba ci się spodoba, bo to taka intelektualna lektura". Hmm??? No dobra, zobaczmy, cóż to takiego. Przyznam szczerze, że mimo pewnej sympatii z dawniejszych czasów (nieco zweryfikowanej późniejszymi działaniami biznesowymi tego pana, ale w ten wątek nie będę się tutaj wdawać), jakoś specjalnie nie interesowała mnie pozapolityczna działalność pana Palikota. Wydawało mi się, że jego filozoficzne dywagacje wtrącane w rozmaitych wypowiedziach są jakimś marginalnym zjawiskiem, zupełnie nie znałam też jego twórczości literackiej, chociaż owszem, coś mi się tam o uszy obiło. Bardziej kojarzył mi się jednak z biznesem i piwem :). No więc trochę mnie ta książka zaskoczyła.



Jak określić jednym zdaniem to dzieło? Poza tym, oczywiście, że jest to dzieło z dziedziny ontologii, jak sam tytuł wskazuje. Mam z tym problem, bo jest to książka dość trudna, wymagająca. Trzeba się do niej trochę przygotować, przypomnieć sobie poezję Leśmiana, zanurzyć się najpierw w tej poezji, a potem, mając ją w sobie, spróbować podążać za tokiem rozważań Palikota, jego nowatorską interpretacją leśmianowskiej poezji. 

Może posłużę się cytatem z obwoluty, autorstwa Piotra Augustyniaka, żeby zobrazować Wam lepiej, z czym mamy do czynienia:

Janusz Palikot pisał tę książkę nie tylko, jak głosi jej tytuł, na marginesach Leśmianowych wierszy. Pisał ja transowo między ich wersami, słowami i sylabami, odsłaniając przed sobą i nami świat w jego fascynującej nieoczywistości. Palikot objawia się tu szerszemu kręgowi czytelników jako myśliciel drapieżny, bezkompromisowy, dogłębny, ostry. Rozcinając przy pomocy brzytwy aforyzmu naskórek rzeczywistości, narosły ze zdroworozsądkowych banałów i obiegowych półprawd,, zapada się w otchłań jej paradoksów i nierozstrzygalności. Być może ktoś mógłby napisać podobną książkę bez wierszy Leśmiana. Pisząc ją jednak z Leśmianem i przy Leśmianie Janusz Palikot przywraca jego poezji należne miejsce w polskiej literaturze jako twórczości na wskroś metafizycznej, a nawet - jak mógłby się wyrazić Cezary Wodziński - trans-metafizycznej.

A co to w ogóle jest ontologia? Dawno temu, w czasach licealnych, interesowałam się filozofią, czytałam dość sporo na ten temat, ale to było wieki temu, dzisiaj mnie to tak nie wciąga, a i wiele teorii wyleciało mi zupełnie z głowy. Coś mi więc dzwoniło, ale tak żeby komuś to wyjaśniać, to już nie bardzo... Więc cytując za Wikipedią:

Ontologia – dział filozofii dotyczący bytu; zajmuje się strukturą rzeczywistości oraz pojęciami istoty, istnienia, jego sposobów, przedmiotu i jego własności, przyczynowości, czasu, przestrzeni oraz możliwości i konieczności; w analizie ostatnich dwóch pojęć korzysta z logik modalnych Ontologię czasem utożsamia się z metafizyką, jednak niektórzy rozdzielają te dyscypliny; przykładowo robi to tradycja fenomenologiczna.

 




O tej książce można opowiadać długo, rozbierać ją na czynniki pierwsze bez końca, ale powstałaby z tego kolejna książka. Autor snuje rozważania filozoficzno-obyczajowo-kulturowe, zagłębia się zarówno w porównania podobnych wątków u innych twórców, jak i przekłada je na własne obserwacje życiowe. Jeśli interesuje Was poezja, Leśmiana zwłaszcza, a może przeciwnie - mieliście w latach szkolnych problem z jej odbiorem - warto przeczytać tę ontologię, spojrzeć inaczej na Leśmiana, a może przy okazji - także na Palikota.




Dodatkowym atutem książki jest duża ilość niezwykle interesująco dobranych ilustracji, cytatów - nie tylko z Leśmiana, ale też nawiązań do innych znanych dzieł wielkich mistrzów i rozmaite inne smaczki i dygresje. Rzecz wielowątkowa i wielowarstwowa, do przemyśleń. 

Akurat trafiłam na wpis R.A.Ciężkiej o książkach filozoficznych i filozofujących, pod wartym zacytowania tytułem: "Jeśli nie wiesz, czy coś jest mądre, czy dziwne, to zapewne było filozoficzne". Jeśli lubicie takie klimaty, zajrzyjcie też pod ten link, jest tam wymienionych kilka pozycji w tym duchu.


*****


  • JACEK DEHNEL - " Serce Chopina". Wyd. Biuro Literackie, Stronie Śląskie, 2018r, 38 str., okładka miękka.



Kupiłam tę książeczkę jakiś czas temu, przy okazji zamawiania któregoś tomu opowieści o śledztwach profesorowej Szczupaczyńskiej. Autorami tej serii, pod pseudonimem Maryla Szymiczkowa, są Piotr Tarczyński i Jacek Dehnel. A że panów kojarzę raczej słabo, jeśli chodzi o literaturę, to pomyślałam sobie, że warto się zapoznać z ich inną twórczością, skoro kryminały ze Szczupaczyńską tak bardzo przypadły mi do gustu. Poezja nie jest, co prawda, moim ulubionym gatunkiem, ale przeczytałam gdzieś intrygującą recenzję tomików Dehnela, zatem sięgnęłam po pierwszy z brzegu, jaki znalazłam w internetowej księgarni. W pierwszym podejściu i po pobieżnym przekartkowaniu "Serca Chopina" raczej nie byłam oczarowana, ale odłożyłam sobie książeczkę na jakiś wolny wieczór. I się okazało, że przy odpowiednim nastawieniu czyta się świetnie, w końcu to rzecz na pół godzinki raptem, wliczając w to odpłynięcia myślami w nurcie poezji i rozważania własne.




Okładka i układ tomiku (strona A, strona B) imitują płytę winylową, a konstrukcja wiersza nawiązuje do muzyki Chopina, stanowiąc jeden długi utwór, w którym zmieniają się tonacje i nastroje, natężenie dźwięków, tempo i rytm. Zaczynamy od wspomnienia Chopina i jego serca, które odbyło długą drogę do polskiej ziemi, potem zaglądamy do domów mieszkańców Warszawy, zwykłych ludzi, wnikamy w ich emocje, przeżycia, tęsknoty, nadzieje, wędrujemy z nimi po Europie, szukając ukojenia i spełnienia. Utwór wciągający emocjonalnie, wielowymiarowy, wzruszający i poruszający, zmuszający do przemyśleń.

*****


  • LUBA RISTUJCZINA - "Gustaw Klimt. Twórca złotej secesji". Wydawnictwo SBM, 240 str., okładka twarda.


Moja ulubiona ostatnio autorka książek o sztuce - Luba Ristujczina i jej książka/album o Klimcie. Opowiadałam już wcześniej o innych książkach tej autorki, historyczki sztuki: "Stanisław Wyspiański. Artysta i wizjoner" (tutaj)"Józef Mehoffer. Geniusz polskiej secesji" (tutaj)"Wojciech Kossak. Najwybitniejszy batalista" (tutaj)

Po tym ostatnim tekście odezwała się do mnie pani Luba , pisząc w mailu o tym, że taki pozytywny odbiór motywuje ją do dalszej pracy i pisania kolejnych książek, oraz dołączyła podziękowanie za miłą recenzję. Oczywiście bardzo mnie ucieszył ten sympatyczny gest, świadczący o tym, że autorka rzeczywiście myśli o swoich czytelnikach. Skłoniło mnie to też do pewnych przemyśleń na temat tych moich opinii/recenzji o książkach. Recenzjami trudno je nazwać, w każdym razie nie spełniają podstawowych wymagań dla recenzji profesjonalnych. Piszę raczej skrótowo o osobistych refleksjach związanych z przeczytaną książką, nie zawsze jestem obiektywna. Od pewnego czasu poprawiłam się tylko na tyle, że zamieszczam metryczki, czyli informacje "techniczne" o samej książce (ilość stron, rok wydania, wydawnictwo, okładka). A z drugiej strony - lubię książki czytać i o nich pisać. Więc może powinnam pisać bardziej profesjonalnie? Na moim blogu jest pewien misz-masz, trochę o książkach, trochę o moich obrazkach, czasem wstawki z życia moich zwierzaków czy z ogrodu. Od pewnego czasu chodziło mi po głowie, żeby trochę to ogarnąć, skupić się tylko na książkach i obrazkach, no i jeśli chodzi o tematykę, to tak powoli zaczyna to wyglądać. Nie mam jednak ambicji prowadzenia profesjonalnego bloga recenzenckiego, to wymagałoby porządnego przyłożenia się do pracy, dogłębnej i wszechstronnej analizy ocenianego dzieła itd. Ale na to brakuje mi po prostu czasu.  Zatem - lecimy po staremu, czyli będę się tutaj z Wami dzielić moimi skrótowo ujętymi refleksjami po lekturze.






Album o Klimcie to wspaniale opracowane kompendium wiedzy o tym znanym artyście, w przepięknej szacie graficznej. Poznajemy życie malarza na tle interesująco zarysowanej epoki i jego twórczość w zestawieniu z malarstwem innych artystów tamtych czasów. Jaki był Klimt? Pracowity, perfekcyjny i zdyscyplinowany, niezbyt towarzyski, a przecież uznany za skandalistę belle epoque i guru Wiedeńskiej Secesji. Na początku artystycznej drogi zajmował się wykonywaniem dekoracji dla teatrów, malowaniem konwencjonalnych portretów na zamówienie i szeregiem innych zajęć. które pomagały mu podreperować wątły budżet. Ostatecznie jednak stał się twórcą niezależnym, którego sztuka jednych gorszyła, innych przyciągała. Najbardziej nam znane obrazy ze "złotego" okresu zostały namalowane u schyłku nurtu art nouveau, w związku z czym wkrótce zostały uznane za przestarzałe i niemodne. Dopiero w latach 60tych XX wieku odżyło zainteresowanie twórczością Klimta. W 2006r jego obraz "Portret Adele Bloch-Bauer" został sprzedany za 135 milionów dolarów, a niemal wszędzie na świecie w sklepach z pamiątkami i bibelotami można kupić porcelanę i inne drobiazgi ozdobione motywami z obrazów Klimta.






Wspaniale opracowana pozycja, ogrom wiedzy przy jednoczesnej oszołamiająco bogatej ikonografii. Polecam gorąco, rzecz warta swojej ceny, a nawet, powiedziałabym, w cenie okazyjnej, Często bywa tak, że za ciężkie pieniądze dostajemy album w grubej lakierowanej okładce, z modnym nazwiskiem twórcy, ale z mizerną treścią i niewielką liczbą ilustracji. W przypadku książek/albumów Ristujczyny czytelnik otrzymuje naprawdę niemal kompletne opracowanie o życiu i twórczości artysty, a także o innych towarzyszących okolicznościach i tle historycznym, w dodatku z ogromną ilością świetnych ilustracji - reprodukcji obrazów i zdjęć z epoki.

*****