czwartek, 30 maja 2024

Łubin.

Po serii książkowych wpisów pora wrócić do pokazywania obrazków. Prezentuję Wam dzisiaj kolejny kwiatowy malunek, tworzony ze Swietłaną Rodionową (było już kilka wpisów na ten temat). Miałam  - jak zwykle, haha! - kłopot z uchwyceniem na zdjęciach w miarę realistycznej kolorystyki obrazu. Jest tam kilka odcieni fioletów, od niemal całkiem niebieskiego, przez wrzosowy i liliowy, aż do prawie czerwonego, na zdjęciu wyszło za bardzo niebiesko, no i nic nie umiem na to poradzić. Zresztą dużo zależy w tej materii od monitora - na komputerze widzę ten obrazek w niebieskościach, ale na smartfonie paleta barw jest bardziej urozmaicona, nawet dość realistycznie to wygląda. W sumie to właśnie te eksperymenty z mieszaniem różnych odcieni czerwieni i błękitów były głównym powodem podjęcia tego akurat tematu. W założeniu miała to być tylko etiuda, czyli malunek szkicowy, taka jakby wprawka na temat kontrastów fioletów i zieleni, łączenia błękitów z czerwieniami itd. W realu wyszło całkiem nieźle, ale przyznam się Wam, że z tego malowania z Rodionową najbardziej mi się do tej pory podobały floksy - tutaj można je obejrzeć: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2024/01/biae-na-biaym-floksy.html

Trochę się nakombinowałam, ale i tak żadne zdjęcie nie oddaje wiernie kolorów, bo mój aparat nie uznaje połączenia w jednym obiekcie chłodnych błękitów i ciepłych pasteli. No cóż, lepiej nie będzie. 

Zatem wersja w dziennym oświetleniu (na smartfonie widzę budyniową żółć, której tam nie ma):



Wersja w sztucznym świetle:


Obraz olejny na płycie pilśniowej, 40x50 cm.

Obrazek namalowałam na odwrocie przeznaczonej do kasacji wyblakłej reprodukcji - zwykła płyta pilśniowa (tzw. twarda) z powierzchnią wyciśniętą w charakterystyczną krateczkę, która od biedy może udawać fakturę grubego płótna. Wspominałam kiedyś, że lubię malować na twardym i stabilnym podłożu - w bardzo dawnych licealnych czasach, kiedy nie było gotowych podobrazi, a samodzielne przygotowanie wymagało sporego wysiłku, często malowałam właśnie na takich płytach, oczywiście odpowiednio zagruntowanych. Dzisiaj maluję już trochę inną techniką i takie podłoże okazało się jednak mało komfortowe. Tak więc był to raczej jednorazowy "wyczyn" :).

Detale w pierwszej wersji:


I w drugiej, po poprawkach, w dziennym świetle (znowu ten budyń!):



*****

Nadal udzielam się "Na kanapie", chociaż mój entuzjazm nieco ostygł, bo nie wszystko mi się tam podoba, no ale nikt nie obiecywał, że będzie idealnie. Na razie nie będę rozwijać wątku, przyglądam się, a na wnioski i podsumowania będzie jeszcze czas.

Moje najnowsze recenzje:


  • JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI - "Jelita".


Moja ocena: 8/10  , link do recenzji:

https://nakanapie.pl/recenzje/wspaniala-powiesc-herbowa-jelita



  • HENRYK WANIEK - "Finis Silesiae".


Moja ocena - 7/10, link do recenzji:

https://nakanapie.pl/recenzje/taki-byl-slask-finis-silesiae



  • THOMAS SCHLESSER - "Oczy Mony".


Moja ocena - 8/10, link do recenzji:

https://nakanapie.pl/recenzje/dla-pasjonatow-sztuki-oczy-mony


Aktualnie czytam książkę Hugh Eakina "Wojna o Picassa" - mnóstwo interesujących faktów o tym, jak sztuka nowoczesna trafiła z Europy do Ameryki.

*****

A tutaj są wszystkie recenzje, które dotychczas zamieściłam "Na kanapie" - https://nakanapie.pl/gosiaprive/recenzje . 

Wstawiam tam także stopniowo te dawniej napisane, które publikowałam już tutaj na blogu - bo chcę je wszystkie mieć w jednym miejscu. 

Natomiast na sztaludze kończy się kolejny obrazek z serii "rodionowej" ;).

EDIT:

Po krótkim pobycie w serwisie "Na kanapie" zrewidowałam swoje poglądy na temat tego serwisu. Opinią i wnioskami na ten temat dzielę się w następnym wpisie: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2024/06/wszedzie-dobrze-ale-na-blogu-najlepiej.html

*****


czwartek, 2 maja 2024

Jędrzej Fijałkowski "A dookoła nas rzeczy różne". Tanja Steinchner "Tancerka z Moulin Rouge".

Jako się rzekło (w poprzednim poście) - będzie więcej wpisów, za to nieco krótszych. Myślałam o tym, żeby posty z recenzjami/opiniami o książkach robić takie jednoksiążkowe, ale po odkryciu serwisu "Na kanapie", gdzie taka zasada obowiązuje, uznałam, że jednak tam będą konkretne i może czasem obszerniejsze recenzje, a tutaj czasem połączę w jednym wpisie kilka książek. Oczywiście posty z obrazkami też będą, ale chwilowo jestem pochłonięta organizowaniem swojego miejsca "Na kanapie", więc malunki muszą jeszcze poczekać. A zatem dzisiaj - dwie niedawno przeczytane pozycje:


  • JĘDRZEJ FIJAŁKOWSKI - "a dookoła nas rzeczy różne".
  • Wydawnictwo Ars Scripti-2, 2024r, 268 str., okładka miękka.



Gdzieś przeczytałam intrygującą recenzję tej książki. Zachęciła mnie. Kupiłam książeczkę, trochę poczytałam, średnio mi się podobało, odłożyłam trochę rozczarowana, za jakiś czas do niej wróciłam. I tak na raty, między innymi lekturami, w końcu ją całą "zaliczyłam". Wrażenia - mieszane.

Jędrzej Fijałkowski, z zawodu dziennikarz, z zamiłowania psychotronik, zebrał w tej pozycji zbiór ponad stu króciutkich, przeważnie dwustronicowych, refleksji na tematy najprzeróżniejsze. Ot, takie przemyślenia i przebłyski, które człowieka często nachodzą - w konsekwencji codziennych przypadkowych (lub nie) zdarzeń, czasem pod wpływem snów lub zasłyszanej gdzieś czyjejś wypowiedzi. Coś w rodzaju notatek na gorąco, krótko i syntetycznie, żeby nie umknęło. Dykteryjki, obrazki z życia, czasem króciutkie rozważania, wyciągnięte wnioski, niekiedy pytania bez odpowiedzi. Tematyka niezwykle szeroka, od zastanowienia nad praprzyczynami i dalekosiężnymi konsekwencjami zwyczajnych, codziennych czynności, przez obserwacje otaczającej przyrody, ulicznego tłumu i przemykających w nim intrygujących jednostek, po metafizyczne dywagacje i romantyczne marzenia. Myśli głębsze i płytsze, czasem stawiające na końcu celną puentę, kiedy indziej znak zapytania, żeby jeszcze sobie później podrążyć, jeszcze przemyśleć, może zweryfikować to, co się dotychczas myślało i robiło...

Nie wiem, jaką myśl miał autor, publikując to dziełko. Nie są to bowiem jakieś nadzwyczajne mądrości, ani szczególnie oryginalne obserwacje czy wnioski. Owszem, niektóre notki wywołały u mnie uśmiech, inne wzruszenie, kilka razy pokiwałam głową, w pełni zgadzając się z wyciągniętymi przez Fijałkowskiego wnioskami. Ale tak naprawdę to niczym szczególnym mnie nie zaskoczył, nie zadziwił, nie zaintrygował. Spodziewałam się jednak większego polotu, głębszych myśli, celniejszych puent. Miła książeczka do poczytania od czasu do czasu, ot tak, dla odpoczynku od codziennego pędu, uspokojenia umysłu, zamyślenia, rozważenia. Ale to jest tylko moja subiektywna opinia, bowiem ja sama mam dość refleksyjną naturę i znakomitą większość poruszonych w książce kwestii dawno przemyślałam, wyciągnęłam wnioski. Może jednak komuś innemu pomoże zatrzymać się w biegu, rozejrzeć, zastanowić. 

*****


  • TANJA STEINLECHNER - "Tancerka z Moulin Rouge".

  • Wydawnictwo "Marginesy", Warszawa 2024r, 400 str., okładka miękka.
Okładka książki z reprodukcją plakatu autorstwa Henri de Toulouse-Lautreca, na którym La Goulue tańczy kankana. Ten plakat przyniósł sławę Lautrecowi.


Beletryzowana opowieść o Louise Weber, znanej jako La Goulue, tancerce kankana, gwieździe Moulin Rouge, uwiecznionej na obrazach i plakatach przez Toulouse-Lautreca. Urodziła się w niezamożnej żydowskiej rodzinie, wychowywała ją matka. Kiedy Louise nieco podrosła, zaczęła pracować wraz z matką w pralni. Jej marzeniem był jednak taniec, scena i sława, chciała ubierać się w piękne stroje, tak jak te, które klientki przynosiły do pralni. Louise była prostolinijną, ale odważną i bezpruderyjną dziewczyną, podkradała więc koronkową bieliznę klientek i udawała się na szukanie przygód i lepszego życia na Montmartre, gdzie tętniło nocne życie, bawili się bogaci klienci, grała muzyka. Tam poznała Renoira, który umożliwił jej pozowanie do "rozbieranych" zdjęć - to był początek nowego etapu w życiu Louise. Została zaangażowana do występów w świeżo otwartym Moulin Rouge, gdzie zauważyli ją bywający tam artyści i bogaci bywalcy, którzy nie skąpili pieniędzy, żeby móc oglądać jej występy i niekiedy spędzać z nią czas. Bogactwo jednak nie szło w parze ze szczęśliwym życiem. Matka nie chciała jej wybaczyć wyboru hańbiącej drogi życiowej, nie układało jej się także w miłości - prawdopodobnie miała problem z nawiązaniem trwałej relacji, nie chciała być zależna od żadnego mężczyzny, próbowała związków z kobietami. Ostatecznie wyszła za mąż za jednego z przyjaciół, urodziła dziecko, ale z powodu nieudanego biznesu, w który zainwestowała większość pieniędzy, wcześniejszego pociągu do alkoholu i skłonności do depresji, popadła w kłopoty finansowe i zdrowotne. 

Książka początkowo wydawała mi się słaba, opisane początki życia i kariery Louise zbyt drobiazgowe, a jednocześnie mało przekonujące. W jednej ze scen Louise "pożycza" sobie bieliznę klientki - komplet dla siebie i drugi dla koleżanki, którą namawia na wspólną przygodę. Upycha to wszystko w torebce: dwa gorsety, pończochy i podwiązki. Za żadne skarby nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak można wcisnąć dwa XIX-wieczne, a więc dość spore i sztywne, gorsety do torebki! I wynieść ten cały majdan niepostrzeżenie z pralni, pod czujnym okiem szefowej. Prześladowało mnie to przez kilka rozdziałów. To jeden z przykładów, ale wiele innych rzeczy też mi się nie zgadzało, więc czytałam to ze sporą nieufnością. Louise, prosta dziewczyna, praczka, wyposażona jest przez autorkę w cechy osoby ze sporą ogładą, znajomością ludzkich charakterów, a jej rozmyślania świadczą o dużej inteligencji i wiedzy o życiu, a nawet ogólnym wykształceniu. Ostatecznie jednak cała historia mnie wciągnęła, i chociaż nie jestem przekonana, że tak to wszystko wyglądało, to uznaję książkę za interesującą i dobrze napisaną.


La Goulue u schyłku kariery na obrazie Toulouse-Lautreca


*****

środa, 24 kwietnia 2024

Angelo Longoni "Książę Modigliani".

Po raz kolejny wracam do blogowego świata z mocnym postanowieniem systematycznej aktywności. A byłam już bliska decyzji o likwidacji mojego zakątka internetu... Waham się też ciągle nad kwestią tematyki i profilu bloga. Jak wiecie - lubię pisać o książkach, maluję obrazki, mam koty. I o tym pisałam najczęściej. Mam jednak skłonność do systematyzacji i porządkowania rzeczywistości, więc od czasu do czasu nachodzi mnie myśl, że blog też trzeba jakoś poukładać, bo nie chcę, żeby był tutaj misz-masz, pamiętnik o wszystkim czy inny bałagan. Na ten moment koncepcja rysuje się zatem następująca: 

  • Posty o książkach będą nieco bardziej hmmm... recenzenckie (przynajmniej mam taką nadzieję) i na zasadzie: jeden post - jedna książka - jedna recenzja. Od dawna kusiło mnie pójście w tym kierunku, bo czytam sporo i zawsze o literaturze lubiłam pisać i rozmawiać. Zmobilizowałam się też w końcu i założyłam sobie konto na portalu "Na kanapie" i planuję przystąpienie do Klubu Recenzenta, co będzie się wiązało z większą aktywnością w tej dziedzinie, zarówno na portalu, jak na blogu i w innych literacko-recenzenckich miejscach. Na bocznym pasku bloga widać wklejkę z linkiem do mojego konta w serwisie "kanapowym" i moje książki, które dopiero zaczynam tam dopisywać, więc pewnie trochę potrwa, zanim będzie komplet ;).
  • Posty malarskie - tutaj w planie mam założenie konta na Instagramie (co też jeszcze chwilę potrwa, bo na razie jestem zaabsorbowana Kanapą), z nadzieją, że będę tam częściej, niż bywało to na blogu, zamieszczać moje obrazki. Na blogu więcej napiszę, tam więcej i częściej pokażę :). 
Tak więc plany są cudne, życie pokaże, co z tego wyjdzie. W każdym razie blog pozostaje, tutaj czasem dorzucę coś z życia, o kotach i innych takich historiach.

A dzisiaj opowiem Wam o takiej oto książce:



  • ANGELO LONGONI - "Książę Modigliani".
  • Wydawnictwo ARKADY, Warszawa 2023r, 520 str., okładka twarda lakierowana.


O Modiglianim, a właściwie o jego biografii pióra Pierre'a Sichela, pisałam już jakiś czas temu - kto ciekawy niech zajrzy pod ten link: "Książki o sztuce. Modigliani". Jest to biografia kompletna, szczegółowa, a ja czytałam (i mocno przeżywałam) ją wielokrotnie, mam więc utrwalony obraz artysty, jak i jego otoczenia. I dodać trzeba, że malarstwo Modiglianiego uwielbiam. Do każdej kolejnej książki o Modim podchodzę więc - mimowolnie - naładowana wiedzą zaczerpniętą z tej sichelowskiej biblii. I potem czepiam się szczegółów. Tak było z powieścią Sylwii Ziętek "Lunia i Modigliani", o której pisałam tutaj: "Książki. O Freudzie, o Garbo, o Modiglianim". Podobnie potraktowałam historię Modiego opisaną przez Longoniego - z pewną rezerwą i nieufnością ;). 

Książka jest dość potężnym, liczącym ponad 500 stron, tomiszczem. Kiedy więc po 60 stronach lektury moje rozczarowanie zaczęło rosnąć, obawiałam się, że nie dojadę do końca i prawie żałowałam zakupu. Ale po kawałku jednak brnęłam dalej i w końcu jakoś się do tej opowieści przekonałam. Co mnie tak rozczarowało i zniechęciło? Otóż książka, w moim mniemaniu, jest straszliwie przegadana. Jeśli przekartkuje się ją pobieżnie, to widać mnóstwo dialogów, często złożonych z krótkich zdań, bez słowa komentarza. Z kontekstu trzeba się domyślać kto i z kim rozmawia, o emocjach, mimice i innych okolicznościach nic nie wiemy, W zasadzie brak rozbudowanych wypowiedzi w trakcie rozmów i dyskusji, kilka słów rzucanych to przez jedną osobę, to przez drugą, niekiedy raptem kilka zdań w jednej wypowiedzi. Może niektórzy ludzie tak rozmawiają, ale raczej nie wszyscy. 




No i ja lubię opisy. Gdzieś w redakcyjnej notce wspomniano o wspaniałej scenografii. Ależ tam nie ma żadnej scenografii! Dobrze, że ja znam z innej literatury tę epokę, to wiele mogłam sobie dopowiedzieć, ale autor w tej kwestii raczej się nie popisał. Nie ma odautorskich komentarzy, rozbudowanych wprowadzeń do poszczególnych scen i wydarzeń. Niemal wszystkiego dowiadujemy się z dialogów lub monologów i listów różnych osób.

Ale przejdźmy do konkretów, bo jednak nie wszystko w tej książce jest złe.

Angelo Longoni zastosował ciekawy zabieg dla urozmaicenia swojej opowieści, a mianowicie podzielił książkę na dużą ilość króciutkich rozdziałów, z których każdy kolejny ma nieco inną formę. Mamy zatem - oprócz licznych wspomnianych już dialogów - wplecione, jako odrębne rozdziały, monologi pojawiających się postaci, czasem jakiś list Amadea do matki. Nie ma więc jednego narratora, całość nie jest opowieścią autora czy jednego bohatera, każdy rozdzialik ma inną formę literacką, inny styl, innego narratora... lub jego brak. Trochę to wprowadziło urozmaicenia, ale mnie ta kombinacja nie przekonała. W pewnym momencie wciągnęłam się w tę historię, przedstawioną z różnych punktów widzenia, ale do zachwytu było mi daleko. Przeszkadzało mi też odmienne od moich wyobrażeń przedstawienie głównych postaci i nadmiar fantazji w niektórych kwestiach. Oczywiście - to jednak nie jest biografia, a powieść i fikcja literacka, ale na przykład kontakty Modiego z Picassem w rzeczywistości nie miały aż tak intensywnego charakteru, miałam więc poczucie naciąganego nadmiaru. Oczywiście czystą fantazją są też szczegóły relacji z ważnymi dla Modiglianiego kobietami, tak naprawdę wiemy o nich niewiele, no ale takie jest prawo powieści, żeby to co nieznane - wymyślić i ubarwić.




No i cóż... może ja nie powinnam czytać powieści o autentycznych postaciach, zwłaszcza tych, których życiorysy dobrze przestudiowałam...? Trudno mi być obiektywną, denerwują mnie trochę różne historyczne nieścisłości. Ale - starając się jednak o obiektywizm - przyznaję, że Longoni wykonał kawał dobrej roboty, wyciągnął z biografii Modiego wszystkie istotne szczegóły, spróbował wejść w role - samego artysty, jego bliskich, przyjaciół, kochanek. Interesująca pozycja, na pewno może zafascynować kogoś zainteresowanego życiem niezwykłego artysty, księcia paryskiej bohemy, Amadeo Modiglianiego.

Wielka szkoda, że nie ma w książce ilustracji, bo wiele obrazów jest opisanych i miło by było móc je od razu obejrzeć, zamiast szukać po internetach. Plus za piękną okładkę z obrazem Modiglianiego w tle (portret Jeanne Hebuterne, muzy i partnerki życiowej Modiego, matki jego córki), oraz Anouk Aimee, francuską aktorką, odgrywającą rolę Jeanne w filmie "Montparnasse 1919".




Jeśli zaciekawiła Was ta pozycja, to zapraszam do przeczytania nieco poszerzonej wersji tej recenzji w serwisie "Na kanapie" (tutaj).

*****


piątek, 23 lutego 2024

Książki. Ristujczina z Klimtem, Palikot z Leśmianem i Dehnel z Chopinem.

Dzisiaj jedna książka z mojej bajki, ale dwie pozostałe takie mniej oczywiste. Zobaczcie sami, co mi się trafiło...



*****


  • JANUSZ PALIKOT - "Nic-nic. Ontologia na marginesach Leśmiana". Wyd. Centrum Kultury w Lublinie, 2018r, 300 str., okładka miękka ze skrzydełkami i obwolutą.



Nie miałam nawet świadomości, że mamy tę książkę. Mąż dostał ją jakiś czas temu w prezencie, ale jakoś mu nie podeszła tak od razu do czytania, odstawił na półkę i zapomniał. Niedawno szperając w biblioteczce wygrzebał ją i dał mi, mówiąc - "chyba ci się spodoba, bo to taka intelektualna lektura". Hmm??? No dobra, zobaczmy, cóż to takiego. Przyznam szczerze, że mimo pewnej sympatii z dawniejszych czasów (nieco zweryfikowanej późniejszymi działaniami biznesowymi tego pana, ale w ten wątek nie będę się tutaj wdawać), jakoś specjalnie nie interesowała mnie pozapolityczna działalność pana Palikota. Wydawało mi się, że jego filozoficzne dywagacje wtrącane w rozmaitych wypowiedziach są jakimś marginalnym zjawiskiem, zupełnie nie znałam też jego twórczości literackiej, chociaż owszem, coś mi się tam o uszy obiło. Bardziej kojarzył mi się jednak z biznesem i piwem :). No więc trochę mnie ta książka zaskoczyła.



Jak określić jednym zdaniem to dzieło? Poza tym, oczywiście, że jest to dzieło z dziedziny ontologii, jak sam tytuł wskazuje. Mam z tym problem, bo jest to książka dość trudna, wymagająca. Trzeba się do niej trochę przygotować, przypomnieć sobie poezję Leśmiana, zanurzyć się najpierw w tej poezji, a potem, mając ją w sobie, spróbować podążać za tokiem rozważań Palikota, jego nowatorską interpretacją leśmianowskiej poezji. 

Może posłużę się cytatem z obwoluty, autorstwa Piotra Augustyniaka, żeby zobrazować Wam lepiej, z czym mamy do czynienia:

Janusz Palikot pisał tę książkę nie tylko, jak głosi jej tytuł, na marginesach Leśmianowych wierszy. Pisał ja transowo między ich wersami, słowami i sylabami, odsłaniając przed sobą i nami świat w jego fascynującej nieoczywistości. Palikot objawia się tu szerszemu kręgowi czytelników jako myśliciel drapieżny, bezkompromisowy, dogłębny, ostry. Rozcinając przy pomocy brzytwy aforyzmu naskórek rzeczywistości, narosły ze zdroworozsądkowych banałów i obiegowych półprawd,, zapada się w otchłań jej paradoksów i nierozstrzygalności. Być może ktoś mógłby napisać podobną książkę bez wierszy Leśmiana. Pisząc ją jednak z Leśmianem i przy Leśmianie Janusz Palikot przywraca jego poezji należne miejsce w polskiej literaturze jako twórczości na wskroś metafizycznej, a nawet - jak mógłby się wyrazić Cezary Wodziński - trans-metafizycznej.

A co to w ogóle jest ontologia? Dawno temu, w czasach licealnych, interesowałam się filozofią, czytałam dość sporo na ten temat, ale to było wieki temu, dzisiaj mnie to tak nie wciąga, a i wiele teorii wyleciało mi zupełnie z głowy. Coś mi więc dzwoniło, ale tak żeby komuś to wyjaśniać, to już nie bardzo... Więc cytując za Wikipedią:

Ontologia – dział filozofii dotyczący bytu; zajmuje się strukturą rzeczywistości oraz pojęciami istoty, istnienia, jego sposobów, przedmiotu i jego własności, przyczynowości, czasu, przestrzeni oraz możliwości i konieczności; w analizie ostatnich dwóch pojęć korzysta z logik modalnych Ontologię czasem utożsamia się z metafizyką, jednak niektórzy rozdzielają te dyscypliny; przykładowo robi to tradycja fenomenologiczna.

 




O tej książce można opowiadać długo, rozbierać ją na czynniki pierwsze bez końca, ale powstałaby z tego kolejna książka. Autor snuje rozważania filozoficzno-obyczajowo-kulturowe, zagłębia się zarówno w porównania podobnych wątków u innych twórców, jak i przekłada je na własne obserwacje życiowe. Jeśli interesuje Was poezja, Leśmiana zwłaszcza, a może przeciwnie - mieliście w latach szkolnych problem z jej odbiorem - warto przeczytać tę ontologię, spojrzeć inaczej na Leśmiana, a może przy okazji - także na Palikota.




Dodatkowym atutem książki jest duża ilość niezwykle interesująco dobranych ilustracji, cytatów - nie tylko z Leśmiana, ale też nawiązań do innych znanych dzieł wielkich mistrzów i rozmaite inne smaczki i dygresje. Rzecz wielowątkowa i wielowarstwowa, do przemyśleń. 

Akurat trafiłam na wpis R.A.Ciężkiej o książkach filozoficznych i filozofujących, pod wartym zacytowania tytułem: "Jeśli nie wiesz, czy coś jest mądre, czy dziwne, to zapewne było filozoficzne". Jeśli lubicie takie klimaty, zajrzyjcie też pod ten link, jest tam wymienionych kilka pozycji w tym duchu.


*****


  • JACEK DEHNEL - " Serce Chopina". Wyd. Biuro Literackie, Stronie Śląskie, 2018r, 38 str., okładka miękka.



Kupiłam tę książeczkę jakiś czas temu, przy okazji zamawiania któregoś tomu opowieści o śledztwach profesorowej Szczupaczyńskiej. Autorami tej serii, pod pseudonimem Maryla Szymiczkowa, są Piotr Tarczyński i Jacek Dehnel. A że panów kojarzę raczej słabo, jeśli chodzi o literaturę, to pomyślałam sobie, że warto się zapoznać z ich inną twórczością, skoro kryminały ze Szczupaczyńską tak bardzo przypadły mi do gustu. Poezja nie jest, co prawda, moim ulubionym gatunkiem, ale przeczytałam gdzieś intrygującą recenzję tomików Dehnela, zatem sięgnęłam po pierwszy z brzegu, jaki znalazłam w internetowej księgarni. W pierwszym podejściu i po pobieżnym przekartkowaniu "Serca Chopina" raczej nie byłam oczarowana, ale odłożyłam sobie książeczkę na jakiś wolny wieczór. I się okazało, że przy odpowiednim nastawieniu czyta się świetnie, w końcu to rzecz na pół godzinki raptem, wliczając w to odpłynięcia myślami w nurcie poezji i rozważania własne.




Okładka i układ tomiku (strona A, strona B) imitują płytę winylową, a konstrukcja wiersza nawiązuje do muzyki Chopina, stanowiąc jeden długi utwór, w którym zmieniają się tonacje i nastroje, natężenie dźwięków, tempo i rytm. Zaczynamy od wspomnienia Chopina i jego serca, które odbyło długą drogę do polskiej ziemi, potem zaglądamy do domów mieszkańców Warszawy, zwykłych ludzi, wnikamy w ich emocje, przeżycia, tęsknoty, nadzieje, wędrujemy z nimi po Europie, szukając ukojenia i spełnienia. Utwór wciągający emocjonalnie, wielowymiarowy, wzruszający i poruszający, zmuszający do przemyśleń.

*****


  • LUBA RISTUJCZINA - "Gustaw Klimt. Twórca złotej secesji". Wydawnictwo SBM, 240 str., okładka twarda.


Moja ulubiona ostatnio autorka książek o sztuce - Luba Ristujczina i jej książka/album o Klimcie. Opowiadałam już wcześniej o innych książkach tej autorki, historyczki sztuki: "Stanisław Wyspiański. Artysta i wizjoner" (tutaj)"Józef Mehoffer. Geniusz polskiej secesji" (tutaj)"Wojciech Kossak. Najwybitniejszy batalista" (tutaj)

Po tym ostatnim tekście odezwała się do mnie pani Luba , pisząc w mailu o tym, że taki pozytywny odbiór motywuje ją do dalszej pracy i pisania kolejnych książek, oraz dołączyła podziękowanie za miłą recenzję. Oczywiście bardzo mnie ucieszył ten sympatyczny gest, świadczący o tym, że autorka rzeczywiście myśli o swoich czytelnikach. Skłoniło mnie to też do pewnych przemyśleń na temat tych moich opinii/recenzji o książkach. Recenzjami trudno je nazwać, w każdym razie nie spełniają podstawowych wymagań dla recenzji profesjonalnych. Piszę raczej skrótowo o osobistych refleksjach związanych z przeczytaną książką, nie zawsze jestem obiektywna. Od pewnego czasu poprawiłam się tylko na tyle, że zamieszczam metryczki, czyli informacje "techniczne" o samej książce (ilość stron, rok wydania, wydawnictwo, okładka). A z drugiej strony - lubię książki czytać i o nich pisać. Więc może powinnam pisać bardziej profesjonalnie? Na moim blogu jest pewien misz-masz, trochę o książkach, trochę o moich obrazkach, czasem wstawki z życia moich zwierzaków czy z ogrodu. Od pewnego czasu chodziło mi po głowie, żeby trochę to ogarnąć, skupić się tylko na książkach i obrazkach, no i jeśli chodzi o tematykę, to tak powoli zaczyna to wyglądać. Nie mam jednak ambicji prowadzenia profesjonalnego bloga recenzenckiego, to wymagałoby porządnego przyłożenia się do pracy, dogłębnej i wszechstronnej analizy ocenianego dzieła itd. Ale na to brakuje mi po prostu czasu.  Zatem - lecimy po staremu, czyli będę się tutaj z Wami dzielić moimi skrótowo ujętymi refleksjami po lekturze.






Album o Klimcie to wspaniale opracowane kompendium wiedzy o tym znanym artyście, w przepięknej szacie graficznej. Poznajemy życie malarza na tle interesująco zarysowanej epoki i jego twórczość w zestawieniu z malarstwem innych artystów tamtych czasów. Jaki był Klimt? Pracowity, perfekcyjny i zdyscyplinowany, niezbyt towarzyski, a przecież uznany za skandalistę belle epoque i guru Wiedeńskiej Secesji. Na początku artystycznej drogi zajmował się wykonywaniem dekoracji dla teatrów, malowaniem konwencjonalnych portretów na zamówienie i szeregiem innych zajęć. które pomagały mu podreperować wątły budżet. Ostatecznie jednak stał się twórcą niezależnym, którego sztuka jednych gorszyła, innych przyciągała. Najbardziej nam znane obrazy ze "złotego" okresu zostały namalowane u schyłku nurtu art nouveau, w związku z czym wkrótce zostały uznane za przestarzałe i niemodne. Dopiero w latach 60tych XX wieku odżyło zainteresowanie twórczością Klimta. W 2006r jego obraz "Portret Adele Bloch-Bauer" został sprzedany za 135 milionów dolarów, a niemal wszędzie na świecie w sklepach z pamiątkami i bibelotami można kupić porcelanę i inne drobiazgi ozdobione motywami z obrazów Klimta.






Wspaniale opracowana pozycja, ogrom wiedzy przy jednoczesnej oszołamiająco bogatej ikonografii. Polecam gorąco, rzecz warta swojej ceny, a nawet, powiedziałabym, w cenie okazyjnej, Często bywa tak, że za ciężkie pieniądze dostajemy album w grubej lakierowanej okładce, z modnym nazwiskiem twórcy, ale z mizerną treścią i niewielką liczbą ilustracji. W przypadku książek/albumów Ristujczyny czytelnik otrzymuje naprawdę niemal kompletne opracowanie o życiu i twórczości artysty, a także o innych towarzyszących okolicznościach i tle historycznym, w dodatku z ogromną ilością świetnych ilustracji - reprodukcji obrazów i zdjęć z epoki.

*****


środa, 31 stycznia 2024

Tego obrazu nie będzie.

Chwilowo jest, więc pokazuję, póki istnieje, ale zaraz zostanie unicestwiony i nawet mam konkretny pomysł, co z niego będzie. Miałam nie pokazywać, ale co tam, zobaczcie, co mi się nie udało i nie zamierzam tego poprawiać w nieskończoność :).




Miał być wpis z dalszego ciągu malowania białego na białym, ale musiałam się w końcu rozprawić z tym oto obrazkiem, który stał od paru miesięcy niedokończony, jak wyrzut sumienia... Zaczęty wieki temu, porzucony z braku chęci i natchnienia, i prawie już skazany na zapomnienie. Najpierw stał na sztaludze, potem odstawiłam go do kąta, bo i tak praca nad nim zupełnie mi nie szła. Przez dłuższy czas niemal go nie zauważałam, zajmowałam się innymi rzeczami i omijałam go wzrokiem i myślą. Ale w końcu trzeba było podjąć jakąś decyzję, dokończyć, całkiem przemalować, albo wyrzucić w cholerę. No nie, szkoda podobrazia, coś bym na nim zrobiła, jakiś kolaż może... Ostatecznie jednak zabrałam się za malowanie, przy czym z pierwotnej wersji niewiele zostało. Tutaj wersja przedostatnia, wcześniejszych niestety nie uwieczniłam:




Obraz ma wymiary 50x60cm, namalowany jest farbami olejnymi na podobraziu płytowym z naciągniętym płótnem.

Zredukowałam większość tego, co było na początku i w moim pierwotnym zamyśle. Nie jestem zadowolona z tego obrazka ani trochę i dlatego jego los został już przesądzony, zostanie poddany totalnemu recyklingowi.

Ja wiem, że zaraz kilka osób napisze, że jest ok, całkiem dobry obraz, a ja jestem zbyt krytyczna wobec siebie ;). Tylko że ja po prostu miałam zupełnie inną wizję, ale jakoś nie bardzo potrafiłam to namalować. Już nie wspomnę o przekłamaniach kolorystycznych na zdjęciach...

Jeszcze raz wersja aktualna (przed unicestwieniem):




Sam motyw uwielbiam i podeszłam do niego już po raz trzeci. Inspiracją było zdjęcie w książce o stadninie koni w Janowie. Po raz pierwszy, wiele lat temu, narysowałam tę scenkę tuszem, tzw. piórkiem czyli artystyczną stalówką (bo były to czasy przedcienkopisowe) i to chyba była najbardziej udana wersja. Rysunek powędrował do kolegi jako upominek imieninowy. Jakiś czas później książka ponownie wpadła mi w ręce, przypomniało mi się to zdjęcie i tym razem namalowałam obrazek z tymże motywem - farbami olejnymi. To jest właśnie ta poprzednia wersja - kolorystyka dość monochromatyczna, sepiowo-oliwkowa, rozmiar A3 (zdjęcie przejaskrawione):



Średnio byłam jednak z niego zadowolona, więc od pewnego czasu myślałam nad kolejną wersją. Miałam nadal zdjęcie-inspirację i dość jasną wizję jak chcę to tym razem namalować, w trochę innym stylu. Najważniejsze miało być słoneczne światło wpadające szeroką falą do ciemnego wnętrza, tworzące kolorowe załamania jak w kalejdoskopie, taki zalew słońca i barw. Najpierw było za bardzo kolorowo i jasno, potem, w kolejnej wersji, trochę jakby ktoś fajerwerki odpalił, w końcu stopniowo zamalowałam większość tych kolorowych refleksów. W rzeczywistości jest tam jednak nieco więcej niuansów i cieplejszych tonów, ale mój aparat nie potrafi zbalansować błękitów i żółciami i czerwieniami, wybiera co mu tam pasuje.


Jak widać - główny motyw niemal nie zmieniony, chodziło mi w zasadzie tylko o tło, żeby była większa przestrzeń i podkreślone wrażenie światła wpadającego do ciemnego wnętrza. 

A to jest wspomniane zdjęcie:




Kilka słów o źródle inspiracji, czyli książce z tymże zdjęciem. 

Jest to bardzo interesująco napisana historia stadniny w Janowie do początku lat 80-tych, a przy okazji sporo ciekawostek o koniach w ogóle, o arabach w szczególności. Obszerniej pisałam już o tej książce w tym wpisie, więc nie będę tego tutaj kopiować. Jeśli kogoś temat ciekawi, to proszę zajrzeć pod ten link, książkę bardzo polecam wszystkim miłośnikom koni.

Niedawno widziałam na stronie janowskiej stadniny informację, że jest tam 480 koni, z czego 340 czystej krwi arabskiej, sporo jest także angloarabów. Nie będę się rozpisywać o najnowszych dziejach stadniny, kto się interesuje ten wie, jakie skandale i kontrowersje miały miejsce w okresie tzw. dobrej zmiany, jak niemal doprowadzono do bankructwa nasz skarb narodowy, jak skutecznie odstraszono bogatych hodowców od kupowania u nas koni, jak przepychanki i karuzela kolejnych prezesów, robiących karierę ale nie mających odpowiednich kompetencji i doświadczenia, w dodatku nie akceptowanych przez załogę i nie radzących sobie z podstawowymi problemami, wymazała z czołówki światowych stadnin nazwę Janów Podlaski. Nie zaszkodziły stadninie wojny i komuna, po niemal 200 latach prosperity rozłożyła ją na łopatki dobra zmiana. Mam nadzieję, że teraz już idzie ku lepszemu.


*****

Na malowanie nie mam ostatnio zbyt wiele czasu, bo zawsze coś... Sporo czytam, ale też brakuje czasu na pisanie recenzji, może wkrótce coś uda się naskrobać, garść poksiążkowych refleksji... Dziergam, szyję. Aktualnie robię na drutach sweter dla dziecka, a że dziecko jest dużym starym koniem, to trochę tego dziergania jest. Oczywiście jak pytałam jesienią, czy nie potrzebuje porządnego ciepłego swetra, to nie. Teraz nagle tak. A sweter będzie ciepły, dość gruby, mięciutki i milutki, bo z wełny merino, czyli najlepszej na świecie, bo nie gryzącej :). Wzór najmniej skomplikowany, bo dżersej po całości, dziecko tak chciało. Robię od góry na okrągło z rękawami reglanowymi, bez szycia. No ale brak komplikacji ze wzorem niekoniecznie jest zaletą, bo jak jest jakiś wzór do liczenia i pilnowania oczek, to jakoś szybciej z tą robótką czas leci, a tu ocean prawych oczek, nuuuda.... Mam nadzieję, że dziecko będzie zadowolone, to następny sweter zrobię już z jakimiś wariacjami typu wzór strukturalny, warkoczyk, czy bardziej ozdobne ściągacze. I może porwę się na jakąś bardziej ekskluzywną włóczkę, z Malabrigo dawno nic nie robiłam, marzy mi się :). Na zdjęciu niedawno zrobiony mój sweterek (poszalałam z warkoczykami), jeszcze nie zblokowany, a w tle synkowy w trakcie dziergania, oba z Big Merino Dropsa. Włóczka taka trochę sznurkowa, ale jednak merino, no i miało być grubo i ciepło :). Robienie z tej samej włóczki ma swoje zalety, bo wiadomo już, jakie druty się najlepiej sprawdzą, jaka próbka i jak się to zachowa w użyciu i po praniu.




Zdrówka Wam życzę, Kochani, Waszym zwierzątkom takoż. Moje stado zdrowe, a ja się od jesieni impregnuję propolisem i miksturą czosnkową (tutaj przepis) i jakoś choróbska mnie omijają, póki co. Oby tak dalej :).

*****


sobota, 6 stycznia 2024

Białe na białym - floksy.

To kolejny obrazek malowany równolegle ze Switełaną Rodionową - pisałam o tej mojej najnowszej  inspiracji w poprzednim poście "Malowanie na ekranie" - tutaj. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym obrazkiem idzie mi coraz lepiej, maluje mi się w każdym razie swobodniej i pewniej, chociaż oczywiście do pełnego zadowolenia droga jeszcze daleka :).

Rodionowa w kilku filmach na YT pokazała jak malować białe kwiaty na białym tle. Na pierwszy raz wybrałam obraz z bukietem floksów. Filmy Rodionowej głównie oglądam, do słuchania jest niewiele, artystka mało mówi i w dodatku nie wszystko dokładnie rozumiem (bo po rosyjsku i niezbyt wyraźnie), ale zwróciłam uwagę na moment, kiedy pokazywała i omawiała jak różne są odcienie bieli na tym obrazie i jakimi kolorami trzeba ją namalować. Do bieli na obrazie z floksami użyłam więc - oprócz bieli tytanowej i cynkowej - drugie tyle: czerni, ultramaryny, ochry, umbry, sieny i po odrobinie czegoś tam jeszcze. Bieli w stanie czystym, nie zmieszanym z innymi kolorami, użyłam zaledwie punktowo w samych kwiatkach, na filiżance i w blikach na wazonie. A przecież w ustawionym w pracowni "modelu" prawie wszystko było białe: płatki kwiatów, ściana, obrus, filiżanka. Przeźroczysty szklany wazon i tylko zielone łodygi i listki floksów.  

Jak zwykle moje zdjęcia pozostawiają sporo do życzenia, a przede wszystkim nie oddają wiernie barw:



Malowanie bieli jest ciekawym doświadczeniem. W naturze czysta, nieskazitelna biel niemal nie występuje, ponieważ biel zawsze odbija światło oraz inne kolory. Wystarczy położyć na białej kartce cytrynę, a na drugiej - pomidora. Jak się przyjrzymy, to dostrzeżemy różnicę w kolorze obu kartek. Ta z cytryną będzie odbijała kolor żółty i będzie się nam wydawała nieco żółtawa, ta z pomidorem będzie miała lekkie zabarwienie czerwienią. Albo popatrzmy na białą ścianę w różnym oświetleniu: zupełnie inaczej będzie wyglądała w ciemnym kącie, inaczej przy oświetleniu tradycyjną żarówką, halogenem, wreszcie - gdy padnie na nią promień słońca. Że nie wspomnę o kolorze abażuru, który odbije się na tej - wciąż białej przecież - ścianie. Jak abażur będzie zielony, to ściana będzie się wydawała zielona, to oczywiste. W nocy będzie czarna - nie ma światła, nie ma czego odbić, bieli nie ma. A przecież tak naprawdę wiemy, że ta ściana jest wciąż biała, bo taką farba ją pomalowaliśmy, prawda? Ot, taki optyczny psikus :). To taka wiedza chyba jeszcze ze szkoły podstawowej, o ile dobrze pamiętam. Osobom zainteresowanym tematem polecam bardzo ciekawy i obszerny artykuł o różnych podejściach do kwestii barw  pt. "Teoria koloru" (tutaj).

I jeszcze przytoczę Wam jeszcze takie ciekawe fragmenty z innego artykułu Czy czarny i biały to kolory?, tym razem konkretnie o czerni i bieli:

Jak można zauważyć w tęczy, czerń nie znajduje się w widmie widzialnych kolorów. Z wyjątkiem czerni wszystkie inne kolory są odbiciem światła. Czarny to brak światła. W przeciwieństwie do bieli i innych barw czysta czerń może istnieć w naturze bez obecności żadnego światła.

Niektórzy uważają, że biel jest kolorem, ponieważ białe światło zawiera wszystkie barwy w widmie światła widzialnego. Z kolei wiele osób uważa czerń za kolor, gdyż trzeba połączyć inne pigmenty, aby utworzyć ten kolor na papierze. Jednak w sensie technicznym czerń i biel nie są kolorami, ale odcieniami. Uzupełniają one kolory. „A jednak działają jak kolory. Wywołują uczucia. Mogą być ulubionym kolorem dziecka.” — mówi projektant grafiki Jimmy Presler.

W nauce kolor czarny to brak światła. A kolor jest zjawiskiem światła. Ale czarny obiekt lub czarne obrazy wydrukowane na białym papierze są tworzone z pigmentu, a nie ze światła. Artyści muszą więc używać najciemniejszego koloru farby dla przybliżonej czerni.

To, co widzisz jako pigment o czarnym kolorze lub światło o białym kolorze, w rzeczywistości składa się z różnych jasnych lub ciemnych kolorów. Nic nie może być czystą bielą lub czystą czernią, z wyjątkiem niefiltrowanego światła słonecznego lub głębi czarnej dziury.

A czy wiecie, jaki kolor ma futro niedźwiedzia polarnego? Otóż wcale nie jest ono białe. Taki polarny misio skórę ma całkiem czarną, co jest logiczne, ponieważ kolor czarny najlepiej "trzyma" ciepło, którego pod biegunem raczej brakuje. Natomiast futro jest bezbarwne i przeźroczyste. Poszczególne włosy są wypełnione powietrzem, co daje doskonałe właściwości izolacyjne, a jednocześnie ich powierzchnia nie jest gładka, wręcz przeciwnie - pokryta jest rozmaitymi wypustkami i nierównościami, które mają za zadanie załamywanie i odbijanie światła. Do tego dochodzi kolejna sztuczka, mianowicie niedźwiedzie włosy w czasie nieustannych kąpieli nasiąkają minerałami morskimi - a połączenie tych wszystkich czynników powoduje zmianę długości fali promieni ultrafioletowych i powstanie zjawiska luminescencji. Czyli miś odbija światło i świeci bielą. Ciekawy artykuł na ten temat - tutaj.

Ale porzućmy te fascynujące rozważania o bieli i wróćmy do obrazka. Wyżej było zdjęcie zrobione w świetle dziennym, tutaj jest w oświetleniu sztucznym światłem ciepłym:



W temacie bieli przypomniał mi się epizod z książki "Burza kolorów", o której pisałam tutaj (klik). Rzecz dzieje się w Wenecji w XVI wieku, ale w rozmowie o kolorach Giorgione rzuca przypuszczenie, że może ktoś kiedyś wpadnie na niezwykły pomysł i namaluje biały kwadrat na białym tle. To oczywiście nawiązanie do słynnego obrazu Kazimierza Malewicza z 1918 roku "Białe na białym", przedstawiającego właśnie biały kwadrat na białym tle (link dla zainteresowanych: Kompozycja suprematyczna).

No i jeszcze raz obrazek, tym razem w oświetleniu sztucznym białym/zimnym. Na monitorze mojego komputera ta wersja jest najbardziej zbliżona do oryginału:




Obraz olejny 40x50cm, płótno na blejtramie.

*****


niedziela, 10 grudnia 2023

Malowanie na ekranie.

Nigdy nie byłam fanką sztuki zaangażowanej, niosącej jakieś przesłanie. Dzieło sztuki ma mi się podobać, tak zwyczajnie, wizualnie, bez podtekstów i domysłów co autor miał na myśli. A jeśli nawet nie trzeba się domyślać, bo jasno i wprost z samego dzieła wynika, na jaki problem artysta chciał zwrócić naszą uwagę, to w moich kategoriach jest to tzw. sztuka użytkowa, jak meble, tkaniny, plakaty itd. Kilka razy zdarzyło mi się stworzyć jakąś grafikę okolicznościową czy plakat, ale to było w czasach szkolnych, kiedy musieliśmy robić takie rzeczy w ramach lekcji. Sama dla siebie maluję/rysuję tematy, które są według mnie po prostu ładne. Maluję konie, ptaki, pejzaże. Jakoś nigdy nie namalowałam kota... hmmm... w sumie nie wiem dlaczego, chyba trzeba będzie nadrobić to niedopatrzenie. Nie maluję portretów, bo przy mojej prozopagnozji wszystkie twarze byłyby takie same, a w każdym razie niepodobne do modela :). Nie maluję wedut - kilka razy coś tam się trafiło, Kraków zwłaszcza, bo to moje ukochane miasto, ale generalnie jakoś mi ten temat nie leży. Żadnych martwych natur, budynków, ulic, tłumów, pojedynczych postaci. Mało maluję kwiatów, bo średnio mi wychodzą, a przecież bardzo lubię oglądać obrazy z kwiatami. No więc postanowiłam wyjść ze swojej strefy komfortu, jak to się teraz modnie mówi, i poćwiczyć trochę malowanie kwiatków.

Niedawno natrafiłam na YT na filmiki malarki Swietłany Rodionowej, na których można prześledzić cały proces malowania przez artystkę poszczególnych obrazów. Dominującym tematem są u niej właśnie kwiaty. Same obrazy może nie są jakoś szczególnie w moim typie, ale zaciekawił mnie proces malarski. No bo ja w zasadzie nie mam solidnego przygotowania artystycznego, jestem samoukiem, więc staram się korzystać z takich lekcji na YT. Pooglądałam, poprzyglądałam się, jak pani Swietłana buduje obraz od ogółu do szczegółu, jak dobiera kolory, zaciekawiły mnie niektóre gesty, pociągnięcia pędzla... Jakim ruchem maluje elementy tła, a jakim poszczególne listki. Nie mogę wyzbyć się maniery trzymania pędzla tak jak ołówek czy pióro, co niestety prowadzi do zbyt precyzyjnej, nieco "sztywnej" pracy. Na to też zwróciłam uwagę - Radionowa trzyma pędzel luźno, za końcówkę trzonka, i paćka tym pędzlem plamy, z których wyłania się kształt. Ja tak nie potrafię, chcę się nauczyć. 

Szczególnie spodobały mi się obrazy w cyklu "białe na białym", czyli białe kwiaty na białym tle, i pomyślałam sobie, że warto spróbować takiego malowania razem z nią. Ale na pierwszy rzut wzięłam sobie za wzór bardziej kolorowe bukiety. Pokażę Wam dzisiaj dwa moje obrazki z tych "lekcji". 

Bukiet z różami i peoniami. No i tak to wyszło, pokazuję w dwóch wersjach oświetlenia, a oczywiście w realu wygląda to jeszcze inaczej, coś pomiędzy :)





Obraz olejny, płótno na blejtramie, 40x50cm.

A tutaj jest filmik i obraz Swietłany Rodionowej:


Oczywiście widać tę przepaść między nami :))). U niej bukiet jak żywy, u mnie wyszło trochę... laurkowo ;). Ale nic to, uczę się, mam teraz więcej czasu, ćwiczenie czyni mistrzem, będzie lepiej!

Ja mam niestety skłonność do wygłaskiwania i dziubania szczególików, więc ten mój obrazek jest taki bardziej wymęczony, ale właśnie to malowanie równolegle do filmiku miało mi pomóc trochę zwalczyć te niepożądane nawyki. 

I drugi obrazek, chryzantemki, też w realu coś pomiędzy tymi dwiema wersjami:




Obraz olejny, płótno na blejtramie, 40x50cm.

A tak to wyglądało u artystki:




Z tych chryzantem jestem bardziej zadowolona, zwłaszcza że namalowałam je znacznie szybciej i swobodniej, w zasadzie w tempie Rodionowej. Pierwszy bukiet trochę mnie zmęczył i pewnie za jakiś czas namaluję go od nowa. Chciałabym też jeszcze kilka obrazków z tą artystką namalować, mam nadzieję, że będzie mi szło coraz lepiej :).

*****