Jak szybko wybyłam, tak szybko powracam. I jak szybko wskoczyłam "Na kanapę", tak szybko z niej zeskoczyłam.
Niektórzy z Was pewnie nawet nie zauważyli, że na krótki czas zawiesiłam blog (tzn. usunęłam możliwość zaglądania do niego), bo trwało to rzeczywiście niezbyt długo. A prawie już nosiłam się z zamiarem całkowitego zamknięcia bloga...
Zaraz to wszystko opiszę, ale najpierw zaprezentuję Wam dwie książki, o których niedawno tylko wspomniałam, podając linki do moich recenzji "Na kanapie". Z tą kanapą to był jednak niewypał, więc recenzje i wszelkie opowiastki o książkach wracają na blog ;).
- BERNARD WERBER - "Proroctwo pszczół". Wydawnictwo Sonia Draga, 2023r, stron 536.
- M. C. BEATON - "Lady Fortescue wkracza na scenę". Wydawnictwo "Świat Książki", 2024r, stron 192.
A teraz historia mojego krótkiego rozstania z blogiem, równie krótkiego romansu z "Kanapą" i nagłego powrotu do bloga. Najpierw zatem - dlaczego porzuciłam chwilowo blog? Po pierwsze - ostatnio więcej czytam, niż maluję, a do wpisów o książkach zagląda niewiele osób, natomiast nie ma sensu pisać tylko sobie a muzom. Po odkryciu serwisu "Na kanapie" przeniosłam więc wpisy książkowe tamże i trochę tam wsiąkłam. Czytałam i pisałam recenzje, trochę się włączyłam w niektóre dyskusje, planowałam przyłączenie się do jednego z wyzwań książkowych. Początkowo sądziłam, że to będzie odpowiednie miejsce do rozpisywania się o moich lekturach. Ale zderzyłam się z dziwną rzeczywistością i zaraz Wam o tym bardziej szczegółowo opowiem. Po drugie - pozostawienie na blogu wpisów tylko z moimi obrazkami też nie ma sensu, bo głównym problemem jest jakość zdjęć, z którymi nie bardzo sobie radzę, a które nijak się mają do faktycznego wyglądu obrazów. Kolory zupełnie nierzeczywiste, kontrasty i nasycenie całkiem od czapy. Nie ma sensu pokazywać czegoś, co zupełnie nie wygląda tak jak to, co faktycznie namalowałam. A na kursy obróbki zdjęć nie wybieram się, szkoda mi czasu, który mogę poświęcić na czytanie lub malowanie. Fotografia nigdy mnie nie pociągała, no cóż, coś za coś... Tak więc mało brakowało, a blog całkiem by zniknął.
Dość szybko okazało się jednak, że "Kanapa" nie jest tym, za co ją uważałam.
A było to tak... I tutaj nastąpi opowieść ze szczegółami, które zapewne nie wszystkich interesują, ale ponieważ mole książkowe też tutaj zaglądają, to właśnie dla nich głównie będzie ten wywód. Bo może ktoś też planuje zagnieździć się "Na kanapie"? Ja niewiele o niej wiedziałam i dokładnego researchu nie zrobiłam, tylko zachęcona przez inną blogerkę niemal od razu założyłam sobie tam konto. Wrzuciłam kilka nowych recenzji, dorzuciłam sporo starszych, które zamieszczałam już kiedyś tutaj, na blogu, z myślą, że będę je wszystkie miała teraz razem w jednym miejscu, łatwe do wyszukania. Do listy przeczytanych książek zaczęłam dopisywać swoje lektury, czytałam na bieżąco recenzje, włączyłam się w komentowanie.
Zaraz jakoś w pierwszych dniach okazało się, że kilka moich recenzji komuś wpadło w oko i zostały wyróżnione przez redakcję. Za jakiś czas znowu jakiś mój tekst został wyróżniony. W sumie w tej chwili na 39 moich opublikowanych recenzji aż 11 jest opatrzonych etykietką "wyróżnione przez redakcję". No owszem, miło, niby mi nie zależy, ale zawsze to przyjemnie być docenionym przez fachowców. Aaaale... nooo... hmmmm... właśnie... Otóż... Zaczęłam przyglądać się baczniej tym wyróżnieniom, bo trochę mnie zdziwiło, że na przykład została wyróżniona jedna moja recenzja taka raczej pobieżna, do której mało się przyłożyłam, która nie zawierała większości istotnych dla profesjonalnej recenzji punktów, no i nic specjalnie odkrywczego nie wnosiła. Natomiast inny mój tekst, z którego byłam dumna, bo dokładnie rozpracowałam książkę, napisałam sporo własnych i dogłębnych spostrzeżeń i wniosków - nie dostąpił zaszczytu wyróżnienia. No niby nic dla mnie z tego wyróżnienia nie wynika, ale skoro jakiś system wyróżniania istnieje, to chciałabym wiedzieć - na czym się opiera. Jakie zatem są zasady dopuszczania recenzji do publikacji, a zwłaszcza - ich wyróżniania??? Na stronie głównej serwisu jest co prawda kilka artykułów omawiających zasady pisania recenzji, pod jednym nawet zadałam konkretne pytanie, z nadzieją na światłe wskazówki (chodziło o zasadność i możliwość dodawania linków do bloga, na którym wcześniej publikowałam niektóre z recenzji). Przez miesiąc nie doczekałam się odpowiedzi, czyli raczej nikt z redakcji tam nie zagląda. Nie znalazłam natomiast nigdzie konkretów co do jakiejś moderacji tego, co "kanapowicze" publikują. No i wkrótce okazało się, że działa to na zasadzie "róbta co chceta". Jest cała masa niby-recenzji, które w ogóle nie powinny się ukazać w szanującym się serwisie czytelniczym. Ukazują się m.in. teksty, które są de facto pobieżnymi streszczeniami książek, bez żadnych wniosków i opinii. Mnóstwo recenzji zawiera wyłącznie opinie typu "ach jaka cudowna lektura, nie mogłam się oderwać, jakie napięcie, wspaniali bohaterowie, dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania" i inne takie banały. Oczywiście jakoś tak się składa, że zwykle takie opinie dotyczą literatury typu lekka beletrystyka, popularne kryminałki, tzw. książki do pociągu itp. I jest ich najwięcej. I też bywają wyróżniane. Nawet jeśli - o zgrozo - napakowane są błędami stylistycznymi, gramatycznymi, a i ortograficzne wypatrzyłam!
Tak więc oczy robiły mi się coraz bardziej okrągłe w trakcie czytania tych rewelacji i zaczęłam się zastanawiać - co ja tutaj robię?! Oczywiście nie wszystko jest do bani, jest grupa recenzentów nie idących na łatwiznę, oczytanych, elokwentnych, interesująco omawiających książki, w dodatku często są to książki, które mnie bardziej ciekawią niż literatura lekka, łatwa i przyjemna, czyli na przykład beletrystyka klasyczna, literatura faktu, eseje i reportaże, historia, biografie, książki o sztuce itp. Taką grupę dość łatwo daje się wyłuskać z tłumu osób publikujących swoje recenzje i opinie, bo zaglądamy i komentujemy u siebie nawzajem, bierzemy udział w rozmaitych dyskusjach z tymi osobami. Widać jednak, że jest to garstka. No i nasuwa się myśl - o co w tym wszystkim chodzi? Czemu to miejsce ma służyć? Jakie są zasady, kto ustala reguły?
Pogrzebałam więc w różnych grupach na forum, przeczytałam wszystko, co dało się wyczytać o serwisie, no i niewiele z tego wynikło. Gdzieś tam ktoś zadał pytanie - czemu służą punkty, które są nam dopisywane za każdą aktywność (recenzję, opinię, komentarz, udział w wyzwaniu itp). Wiadomo, że trzeba zgromadzić ileś tam punktów, żeby zostać dopisanym do Klubu Recenzenta (co wiąże się głównie z możliwością otrzymywania od wydawnictw egzemplarzy do recenzji, ale szału z tym nie ma). Ale te punkty później też nam ciągle przyrastają i nic z tego nie wynika. No bo, jak się okazuje, one tak tylko sobie są i redakcja nic w zamian nie oferuje, nawet jakiegoś znaczka przy nicku dla tych bardziej "zasłużonych". Bez sensu.
I słuchajcie, w tym momencie, kiedy ja tak to wszystko rozkminiam i coraz bardziej jestem zniesmaczona - głównie poziomem publikowanych recenzji i faktem, że nikt ich nie sprawdza, nie zatwierdza, nie poprawia ani nie każe poprawiać błędów i głupot... nagle ktoś z bardziej zasiedziałych kanapowiczów na forum porusza ten właśnie temat. No i się zrobiła mała dyskusyjka: że marny poziom, że kto to w ogóle ocenia i wyróżnia, dlaczego są dopuszczane recenzje - mówiąc wprost - intelektualnie denne i w dodatku z rażącymi błędami, ich autorzy też dostają etykietkę "wyróżnione przez redakcję", ktoś z czytelników to widzi, czyta, i może wierzy, że ma do czynienia z wysokich lotów tekstem. W dyskusji ktoś napisał, że ma wrażenie, iż "Na kanapie" wyróżnienia są czasem przyznawane "na zachętę", co jest krzywdzące dla innych recenzentów, bardziej angażujących się w pisanie profesjonalnych i wartościowych treści. Ktoś inny dodał, że czasem te wyróżnienia są chyba przydzielane osobom, które mają gust i poglądy zbieżne z tym tajemniczym kimś, kto te wyróżnienia przyznaje. Przyznam, że mam bardzo podobne wrażenie, niestety. Ale o czym to świadczy? Że - wbrew temu, co mi się wydawało - nie ma tutaj sztabu profesjonalistów, którzy przeprowadzają jakąś weryfikację recenzji, analizują, poddają korekcie, publikują po przepuszczeniu przez jakieś sito jasnych zasad i reguł. Nic takiego jednak nie ma miejsca.
Ale tutaj nastąpił niespodziewany moment, bowiem włączyła się administratorka. I napisała tak: Drodzy, z miłą chęcią zapraszam Was do wyróżniania recenzji. Może to być jeden dzień, w którym przeglądacie lub wyróżniacie, może to być kilka dni. Wspaniałe osoby, które robiły to do tej pory (...) mają też swoje prace i życie prywatne, w związku z tym chętnie przyjmiemy pomoc. Jeśli ktoś z Was chce zadeklarować, że w jakiś jeden dzień tygodnia, co tydzień będzie przeglądał recenzje pojawiające się w danym dniu i oznaczał te godne uwagi, zapraszam do kontaktu ze mną w wiadomości prywatnej.
Istne kuriozum! Kto chce, niech się zajmie czytaniem i wyróżnianiem recenzji! Bez żadnych warunków, ot tak, kto ma ochotę. Jak ktoś w odpowiedzi słusznie zauważył - osoba, która tworzy recenzje przy użyciu AI, albo sama robi błędy, będzie mogła oceniać innych - to jak dać zielone światło bylejakości!
Po tym, jak odjęło mi mowę na taką wymianę zdań, próbowałam jeszcze zweryfikować wnioski, które wydawały się oczywiste. Odnalazłam informację kto należy do grupy redakcyjnej - zajrzałam na profile tych osób i okazało się, że w dużej części są to akurat bardzo mało aktywne w serwisie osoby, mają niewiele oznaczonych książek, znikome ilości napisanych recenzji i opinii (niektórzy - zero!), żadnej prawie aktywności na forach. Czyli - prawie ich nie ma, nie angażują się w życie serwisu. Zresztą po tekstach na stronie głównej widać, że jest problem z redakcją, bo artykuły wiszą tam tygodniami, rzadko pojawia się coś nowego.
Chyba nie muszę już dalej wyjaśniać, dlaczego zrezygnowałam z kontynuowania aktywności "Na kanapie"? Trochę szkoda mi kilku fajnych, wartościowych znajomości, ale myślę, że znajdziemy się jeszcze gdzieś w książkowym świecie :).
Tak więc, moi Drodzy, blog nadal istnieje, a jak będzie wyglądał, to już może nie będę znowu planować, życie pokaże :).


































