niedziela, 23 listopada 2025

Listopadowe świętowanie.

Nie, nie, nie będzie ani o Wszystkich Świętych ani o Święcie Niepodległości, ale... po kolei. Najpierw moje najnowsze i w dodatku niedokończone... ekhm... dzieło, ze znanego Wam już cyklu "tego obrazu nie będzie".

 


Kolory na zdjęciach, jak to u mnie, oczywiście od czapy, w realu mniej jaskrawe te czerwienie zwłaszcza. Miało być więcej szczególików, ale straciłam wenę i chyba już nic więcej z tym nie zrobię. To znaczy owszem, zrobię, ale mam na myśli utylizację bądź totalną przeróbkę. No i chyba jednak wrócę do malowania, bo trochę się zniechęciłam do tego typu prac plastycznych ;). Takie to tam, wiecie, wyklejanki. Coś w rodzaju kolażu, w którym główne role grają: mój ulubiony motyw mandali (niedokończony), krwisty kryształek, który chyba z dziesięć lat leżał sobie w szufladzie, a ja wciąż nie miałam na niego pomysłu, oraz żmija ulepiona z papier-mache. Całość powstała na podłożu malarskim 50x70 cm, które zostało mi po kilku nieudanych obrazach malowanych jeden na drugim. Wkurzyłam się po kolejnej porażce i uznałam, że skoro z malowaniem mi tutaj nie wyszło, to zrobię na tej płycie coś w całkiem innej technice. 




Jak zwykle zdjęcia przekłamują kolory, to wszystko jest bardziej stonowane, nie tak krzykliwe, no ale mój aparat nie radzi sobie z kontrastami (czerwień, złoto, grafitowe tło). Użyte zostały: farby akrylowe, klej wikol, ręczniki papierowe i inne papiery, folia aluminiowa, papier nacinany (z jakichś opakowań) jako żmijowa skóra, trochę tektury i drewniane rozpórki do blejtramów w roli elementów mandali, no i ten kryształek, od którego w zasadzie wszystko się zaczęło i dwie ozdobne szpilki z główkami jak ten kryształek, a z których powstały oczy żmii. Oraz moja wyobraźnia :). Tutaj szał tworzenia, czyli bałagan twórczy, z boku po prawej widać ten nacinany papier, który natchnął mnie do użycia w roli gadziej skóry:




Na początku miałam tylko ogólną koncepcję, szczegóły wymyślałam i dopracowywałam w trakcie pracy. Najwięcej kłopotu było ze skórą żmii - podobała mi się struktura tego papieru, ale problem był z pomalowaniem tego wodną farbą przy pomocy pędzla tak, żeby te fale-łuski nie oklapły. Musiałam to robić na raty, suszyć co chwila, znowu trochę podmalować itd. Mąż zapytał co to za mroczne klimaty wzięłam na tapet, trochę mnie zdziwił, bo co tu niby mrocznego, a on mówi - no ta żmija taka przepołowiona... Ekhm... no więc to miało stwarzać wrażenie, że żmija oplata ten obrazek i z jednej strony wychodzi na wierzch głowa, z drugiej koniec ogona, a reszta jest zawinięta za obrazem. No naprawdę... myślałam, że to jest oczywiste, a widocznie niezupełnie mi to wyszło zgodnie z planem :)))).

No w każdym razie pomysł był może ciekawy, w głowie miałam dość konkretną wizję, ale potem wszystko szło jak po grudzie. W związku z czym zabrakło mi już siły na dokończenie. Pokazuję jako ciekawostkę w temacie czym się bawię po pracy w długie jesienne wieczory ;).




*****

Na wielu blogach czytam narzekania, że pora roku do kitu, pogoda do kitu, nastrój do bani...  No bo listopad, późna jesień z chłodem, deszczem i długimi ciemnymi wieczorami i brak fajnych tradycji i popularnych świąt rozjaśniających mroki listopadowe. U mnie co prawda całkiem spoko, niewiele padało, całkiem ciepło do połowy miesiąca (do 15 stopni!), sporo słońca nawet. Tyle, że doba krótsza.

Jakiś czas temu pojawił się termin "jesieniara". Jesieniara to osoba, która uwielbia jesień, lub przynajmniej stara się ją oswoić - za pomocą relaksujących spacerów wśród kolorowych liści spadających z drzew, wieczorów spędzanych przy kominku, w zawoju z miękkiego kocyka, z kubkiem aromatycznej herbatki z przyprawami, w ciepłym przytulnym swetrze. Jak podaje AI - z czasem określenie nabrało głębszego znaczenia i oznacza kogoś, kto docenia zwolnienie tempa, komfort, domowe rytuały i jesienną, lekko melancholijną estetykę. 

Może nie określiłabym siebie jako jesieniarę, bo nie mam jakichś szczególnych rytuałów, nie celebruję przesadnie parzenia herbaty, zawijania się w kocyki i zapalania świec, ale tak zwyczajnie - lubię jesień, zarówno tę złotą polską jesień ze słońcem i szaleństwem kolorów opadających z drzew liści, jak i długie, ciemne wieczory listopada, mgły i pierwszy szron, deszcz i krakanie wron. Ale na jednym z zaprzyjaźnionych blogów była niedawno mowa o tradycjach i świętach w okresie pomiędzy Halloween a Bożym Narodzeniem - no fakt, jak tylko znikną z wystaw sklepowych dynie i sztuczne kościotrupy, to mamy już dekoracje bożonarodzeniowe, czasem nawet leci to równolegle, mikołajki i bombki, a obok szkieletory. Ale listopad ciemny, zimny - i brak powszechnych imprez doskwiera. Są rozmaite lokalne wydarzenia, branżowe święta, ale na ulicach i w domach nie widać pomysłu na ubarwienie i rozweselenie tego miesiąca, żadnych komercyjnych zalewów dekoracji. Posprawdzałam więc w kalendarzu co my tam mamy i czy przynajmniej znajdą się jakieś okazje do kameralnego świętowania, choćby z rodziną czy przyjaciółmi. Listopad już się zaraz skończy, ale parę dni jeszcze zostało, no i może się to przyda na przyszły rok. Tak więc - od początku:

Halloween w zasadzie przypada na 31 października, wchodzimy jednak w listopad z przytupem, bo dekoracje są dość powszechne, dynie, świece, bukiety wrzosów i chryzantem, ale też zjawy, kościotrupy i pająki (o ile ktoś lubi takie klimaty), w wielu domach odbywają się domówki zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci, z odpowiednio straszliwym entouragem oczywiście, przeciągające się aż do 1 listopada. Czyli całkiem niezły imprezowo początek. Pomijam już fakt, że w moim odczuciu same Zaduszki powinno się świętować w stylu meksykańskim, no ale chyba jestem jednak wciąż w mniejszości. Poszperałam w internetach - co też my tam dalej mamy...? 

Listopadowe nietypowe święta:

  • 1 listopada: Światowy Dzień Wegan
  • 3 listopada: Hubertus, czyli Święto Myśliwych
  • 3 listopada: Dzień Gospodyni Domowej
  • 3 listopada: Dzień Kanapki
  • 4 listopada: Dzień Taniego Wina
  • 5 listopada: Międzynarodowy Dzień Postaci z Bajek
  • 6 listopada: Dzień Saksofonu
  • 7 listopada: Dzień Kotleta Schabowego
  • 7 listopada: Światowy Dzień Feministek
  • 8 listopada: Europejski Dzień Zdrowego Jedzenia i Gotowania
  • 8 listopada: Dzień Cappuccino
  • 8 listopada: Dzień Zdrowego Śniadania
  • 9 listopada: Światowy Dzień Gry Wstępnej
  • 9 listopada: Międzynarodowy Dzień Łamańców Językowych
  • 10 listopada: Dzień Jeża
  • 11 listopada: Dzień Świętego Marcina (rogale!)
  • 11 listopada: Dzień Singli 
  • 12 listopada: Światowy Dzień Drwala 
  • 13 listopada: Dzień Placków Ziemniaczanych
  • 13 listopada: Światowy Dzień Dobroci
  • 13 listopada: Dzień Biznesmena
  • 14 listopada: Dzień Seniora
  • 15 listopada: Dzień Slipek
  • 16 listopada: Międzynarodowy Dzień Tolerancji
  • 16 listopada: Dzień Wiedźm
  • 17 listopada: Dzień Czarnego Kota
  • 17 listopada: Światowy Dzień Studenta
  • 17 listopada: Dzień Baklawy
  • 18 listopada: Dzień Myszki Miki
  • 18 listopada: Światowy Dzień Bicia Rekordów
  • 20 listopada: Światowy Dzień Rzucania Palenia Tytoniu (trzeci czwartek listopada)
  • 20 listopada: Dzień Absurdu
  • 20 listopada: Święto Wina Beaujolais Nouveau (trzeci czwartek listopada)
  • 21 listopada: Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień
  • 22 listopada: Dzień Kredki
  • 23 listopada: Dzień Espresso
  • 24 listopada: Dzień Buraka
  • 24 listopada: Dzień Morsa (zarówno morskiego ssaka jak i miłośników zimnych kąpieli)
  • 24 listopada: Dzień Sardynek
  • 24 listopada: Katarzynki
  • 25 listopada: Dzień Pluszowego Misia
  • 26 listopada: Dzień Ciasta
  • 26 listopada: Światowy Dzień Drzewa Oliwnego
  • 28 listopada: Dzień Bez Zakupów
  • 28 listopada: Dzień Pocałunków
  • 29 listopada: Andrzejki
  • 30 listopada: Dzień Białych Skarpetek
  • 30 listopada: Dzień Niebieskiej Czapki

Jest tego więcej, ale pominęłam większość świąt religijnych, branżowych, politycznych i temu podobnych. W każdym razie - świąt ci u nas dostatek, tyle tylko, że nie są powszechnie obchodzone. Dla mnie najfajniejsze to oczywiście te różne kulinarne, a zauważcie, że jest ich w listopadzie całkiem sporo. Dalej - Dzień Czarnego Kota, Dzień Kredki, Dzień Pluszowego Misia, Dzień Saksofonu (bo lubię) i tak dalej, świętować można niemal co dnia. 

W mojej okolicy od wielu lat całkiem hucznie obchodzony jest Hubertus. Na pobliskim zamku odbywają się rozmaite imprezy - kiermasze, rekonstrukcje walk rycerskich, zawody w strzelaniu z łuku, koncerty, jazdy i zawody konne, kulinarne szaleństwa z dziczyzną w roli głównej itp, ale jakoś tak ideologicznie mi z myśliwymi nie po drodze. Bywałam tam, jak synek w czasach szkolnych bawił się w rycerstwo, bo jak już uszyłam te siermiężne koszule i uplotłam z miliona metalowych kółek kolczugę, to trzeba było to zobaczyć w "boju" :).

Dzień Placków Ziemniaczanych uczciłam należycie, na Dzień Seniora upiekłam tartę tatin i z zaprzyjaźnionymi seniorami zostało odkorkowane do niej pyszne włoskie Fragolino,  potem było świętowanie z baklawą u znajomych Chorwatów (za samą baklawą w wersji bałkańskiej nie przepadam, ale nasi znajomi robią ją w wersji pod Polaków, mniej słodką, no i było też dużo innego chorwackiego jedzonka), beaujolais nouveau - no cóż, też nie jestem fanką, ale pół kieliszka pro forma można wypić na początek imprezy, a potem przejść do nieco ciekawszych win oraz innych trunków, z odpowiednią zakąską, ma się rozumieć. Co nam jeszcze zostało w kalendarzu? -  Dzień Buraka może nie brzmi interesująco, ale jakieś przyjątko z barszczykiem, sałatką buraczkową, sokiem z buraków i ćwikłą do dań mięsnych da się zorganizować, no i dzisiaj Dzień Espresso a potem Dzień Ciasta - to hohoho! ale będzie rozpusta! Że nie wspomnę o Andrzejkach czy Katarzynkach :). Nawet Dzień Sardynki czy Drzewa Oliwnego można przeobrazić w kulinarną imprezę i całkiem dobrze się bawić.

W grudniu postaram się wpaść tutaj na początku miesiąca i podrzucę Wam grudniowe propozycje z nietypowego kalendarium. No to - miłego świętowania! 

*****


piątek, 24 października 2025

Pikasiak.

Witajcie po rocznej przerwie... i po małym falstarcie ;). Wznowienie działania bloga miało być w rocznicę ostatniego wpisu, no ale się oczywiście pokićkało. Tuż po opublikowaniu posta (30 września br) chciałam jeszcze coś dopisać, ale po edycji "poprawkowej" coś się namieszało, chyba za szybko gdzieś poklikałam, musiałam to na spokojnie rozpracować. A akurat inne zajęcia weszły mi w paradę i trochę się wszystko przeciągnęło. Ale już chyba wracam na właściwe tory, ufff...

W ciągu tych minionych dwunastu (a doliczając falstart - trzynastu) miesięcy po raz kolejny byłam jednak bliska zamknięcia bloga. Od jakiegoś czasu obserwowałam licznik wyświetleń i zastanawiałam się, czy - mimo tego zastoju - prędzej wybije na nim okrągła liczba 200 tysięcy, czy też minie okrągły rok od ostatniego wpisu. No i prawie się to zbiegło. Jeśli chodzi o wyświetlenia bloga, to wiadomo, że trochę idzie ruchu sztucznego, ale w takim martwym okresie to nie ma tego wiele, natomiast o dziwo - zdarzały się czasem komentarze aktywnych czytelników, nawet do starszych postów, czyli ktoś tu jednak czasem zagląda i czyta. Więc zmobilizowana rocznicą i tą okrągłą liczbą zebrałam się w końcu i zadecydowałam, że jednak wracam na blog. Może nie zaraz tam z przytupem, ale powoli spróbuję się rozkręcić. 

*****

Znalazłam kamyk. Niewielki, około 6 na 6 centymetrów, płaski, niby nic takiego, ale wyobraźnia od razu podsunęła mi skojarzenia - najpierw ze słynnymi głowami z Wysp Wielkanocnych, a zaraz później z portretami pędzla Picassa, z jego najbardziej kubistycznego okresu.

Kamyk:


Moje skojarzenia i inspiracje:

Moai, posągi z tufu wulkanicznego, powstałe prawdopodobnie około 1000 lat temu, na Wyspach Wielkanocnych:

źródło


Portret Dory Maar (Pablo Picasso, obraz olejny, 1937r):

źródło

Zgromadziłam dodatki, pokombinowałam, no i tak wyszło:





Próby uchwycenia na zdjęciu tęczowego błysku kryształków i skrawka płyty CD, średnio udane:





No takie tam... Ostatnio mniej maluję, częściej bawię się takimi właśnie drobiazgami. tworzę cudaki z papier-mache i mandale z rozmaitych elementów, robię też zakładki - nie wiem po co, bo sama nie używam, po prostu malowanie i klejenie takich drobnostek sprawia mi frajdę, jest nieskomplikowaną odskocznią od pracy zawodowej wymagającej myślenia, nie zajmuje dużo czasu, nie wymaga jakichś specjalnych przygotowań. Zakładki i inne twory pokażę w kolejnych wpisach.

Myślę czasem o tym, żeby założyć sobie konto na jakiejś stronie sprzedającej rękodzieło, jak np. Pakamera, Art-Madam itp, bo mam w szufladach całe mnóstwo takich pierdółek, rysunków, malunków, haftów i innych dziwności gromadzonych przez lata. Takie tam, wiecie, tworki produkowane w wolnych chwilach, dla zajęcia rąk. Może już dawno bym to gdzieś wstawiła, ale jak czytam regulaminy, to nie do końca mi te warunki odpowiadają. Zwłaszcza konieczność posiadania firmy, bo ja swoją już właśnie chciałabym zamknąć, no i jako "stary" przedsiębiorca nie mogę korzystać z działalności nierejestrowanej bez ZUSu, czyli parę stów musiałabym co miesiąc oddawać na składkę zdrowotną i to już się robi trochę bez sensu, bo milionów raczej na tym rękodziele nie zarobię. No i tak sobie to wszystko leży, szuflady puchną, a ja ciągle tworzę i dopycham tam nowe drobiażdżki. 


*****

Zabrałam się też za poprawianie niektórych starych obrazków. Te rysowane kredkami pokazywałam jakiś czas temu.

Obrazki te wisiały przez jakiś czas na ścianie i nieco wyblakły pod wpływem słońca, ale w zasadzie od początku były... blade, więc w końcu zdecydowałam, że trzeba im trochę "poprawić makijaż" ;). Niezbyt rozsądnie narysowałam je na papierze w kolorze piaskowym - sama nie wiem, co mnie podkusiło? Nie wyszło to dobrze, kolory byłyby bardziej wyraziste na białym podkładzie. Poza tym papier dość miękki, co nie pozwalało na mocne dociskanie kredek, ponieważ zostawałyby głębokie ślady. No ale po poprawkach jest odrobinę lepiej. Poniżej wersje przed:

piesio (był w tym wpisie: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/07/prawo-serii.html


... i myszolek 

(z tego wpisu:  https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/08/myszolek.html)



A tak to wygląda po zabiegach upiększających:










*****

Działam trochę w zapuszczonym przez ostatnie cztery lata ogródku. Te cztery lata to okres dziecięctwa i szalonej młodości Dżemika - dzikie galopady przez rabatki, rycie w trawniku, kopanie dziur wszędzie gdzie się da i gdzie się nie da, wylegiwanie się na świeżo posadzonych roślinkach... 


o mnie ta gadka?

Niektórzy mówią, że albo ma się psa, albo ogród. Razem to raczej nie wychodzi. Odpuściłam sobie próby ogarniania tego chaosu, trzeba było po prostu przeczekać. No i teraz roboty ogrom. Rzecz w tym, że ogród od pewnego czasu staramy się nieco przeorganizować, z bezobsługowego trawnikowo-iglakowo-bylinowego typowo miejskiego ogródka (bo na bardziej wymagający przy intensywnej pracy nie mieliśmy czasu) od paru lat staramy się zrobić sielsko-kwiatowo-owocowy zakątek. Wymaga to niestety sporo pracy i czasu, a ani ja, ani mąż, nie jesteśmy ogrodnikami z pasji i powołania, więc robimy to tak trochę z doskoku, w wolnych chwilach. Mąż szczęśliwie już od paru miesięcy na emeryturze, ja już prawie-prawie, jedną nogą, rzec można, bo lada moment zamykam firmę, więc czasu będziemy mieli dużo... za to sił pewnie nieco mniej ;). Ale jednak sama widzę, że jak codziennie coś tam się podziobie, to ogród zaczyna jakoś wyglądać. 

Osiem (?) lat temu zasadziliśmy drzewa i krzewy owocowe, trochę iglaków poszło pod topór, żeby zrobić miejsce na nasadzenia według nowej koncepcji. Niektóre rośliny mój mąż (z ADHD) spontanicznie sam kupował i wsadzał tam gdzie akurat było miejsce, po czym jednak okazywało się, że nie zawsze były to miejsca sensownie wybrane. No więc trzeba było to i owo poprzesadzać. Przede wszystkim niektóre rosną za gęsto, inne mają niewłaściwie dobrane stanowiska. Muszę rozdzielić te, które preferują glebę kwaśną, od tych, które na takiej źle rosną, podobnie z cieniolubnymi, które jakimś dziwnym zrządzeniem losu wylądowały na słonecznej rabacie, itd...

(fotki sprzed dwóch tygodni, niestety pierwsze przymrozki dokonały znacznych spustoszeń)





Moim tegorocznym kwiatowym odkryciem są dalie. Podziwiałam je w innych ogródkach i zawsze wydawało mi się, że są to kwiaty delikatne i wymagające. No nic z tych rzeczy, jak się okazało. Pod wpływem nagłego impulsu zamówiłam - już w pełni sezonu - karpy kilku odmian, tak na próbę. Przesyłka dotarła z małymi modyfikacjami, bo się okazało, że o tej porze dwie odmiany nie nadawały się już do sprzedaży i w zamian dostałam trzy inne plus gratis w postaci cebulek żółtych mieczyków. Mieczyki wyrosły, ale chyba coś je podgryzło, po nagle klapnęły i padły. Możliwe też, że pomógł im Dżemik, bo chyba je trochę podlał po swojemu. Natomiast dalie, dla bezpieczeństwa przed Dżemikiem, wsadziłam w skrzynkach na balkonie. No i pięknie wyrosły i doskonale się trzymają, co kwiatkom pod moją "opieką" nie zawsze się zdarza :).





Jestem zachwycona, bo przekonałam się, że są mało wymagające i świetnie się nadają na słoneczną rabatę, gdzie zaplanowałam docelowo je posadzić w przyszłym roku (na balkonie jest "patelnia"). Przetrwały nawet pierwszy październikowy przymrozek, niestety po kolejnym już się w większości poddały. Żałuję, że przed zapowiadanym oziębieniem nie pościnałam ich do wazonów, bo doskonale się do tego nadają i miałyby trochę przedłużony żywot. Oprócz tych, które już mam, w przyszłym roku dokupię jeszcze duże talerzowe i kaktusowe i pójdziemy bardziej w kierunku ciemnego różu i fioletu. Nie przepadam za żółtymi kwiatami, a tutaj akurat trochę żółci mi się trafiło (jedne zamówione, drugie to te "zastępcze").


kaktusowa, ale z tych mniejszych





Niektóre nawet po przekwitnięciu ślicznie wyglądają:





Był plan rozmaitych nasadzeń jesiennych, ale dopadło mnie przeziębienie, które zbiegło się z niesprzyjającą pogodą, no i na przełomie września i października odpuściłam sobie ogrodowanie w tych warunkach. Skupiam się teraz na rozmaitych logistyczno-organizacyjno-prawnych kwestiach związanych z planowanym (po raz kolejny zresztą, ale teraz to już nieodwołalnie) zamknięciem firmy. Na ogród będzie czas już po tym zamieszaniu, na wiosnę.



*****


O niektórych książkach, które przez ten rok przeczytałam, stopniowo Wam opowiem w kolejnych wpisach, bo sporo tego było i muszę to jakoś przebrać, wybrać i ogarnąć, dzisiaj natomiast tylko kilka zdań o najświeższej przeczytanej pozycji.
O "karkonoskiej serii kryminalnej" Sławka Gortycha tu i ówdzie słyszałam i czytałam, ale szczerze pisząc nie planowałam po nią sięgać. Nie moja tematyka. Z gór to ja tylko Bieszczady kocham, Karkonosze znam pobieżnie, bo to w końcu rzut kapciem ode mnie, więc parę razy gdzieś tam się zapuszczałam, od znajomych też różne karkonoskie opowieści słyszałam, ale żeby mnie to pociągało... nie, nie, nie. Kryminały jako gatunek - też hmmm... zasadniczo to nie jest tak, że jestem wielbicielką kryminałów, chociaż czytam po kolei całą Agatę Christie i czasem innych "kryminalistów", ale samo hasło "kryminał" zupełnie na mnie nie działa. Zapowiedź, że pojawiają się tam jakieś wątki z okresu II wojny światowej, też nie brzmi zachęcająco, bo ten rozdział przerobiłam za młodu bardzo intensywnie i jakoś mnie już nie kręci. Z recenzji książek Gortycha niewiele wynikało, nic mnie nie kusiło. To po co czytać? Ale los miał wobec mnie inne plany i wcisnął mi pierwszy tom za pośrednictwem męża, który przyniósł mi książkę od kogoś, kto bardzo polecał...





No i masz - nie chciałam, samo przyszło. Przekartkowałam, przeczytałam zakończenie, słowo od autora, dedykacje itd, no i zabrałam się do czytania lekko może już zaciekawiona, acz jeszcze nieufna. Pierwszą noc mocno zarwałam z powodu tej lektury, drugą też, ale już z sukcesem, bo skończyłam czytać. Świetna książka! Z pewnością sięgnę po kolejne tomy serii. Podobno można je czytać oddzielnie, ale pewne nawiązania do wcześniejszych tomów pomagają w lepszej orientacji co do osób, sytuacji, historii itd.


Opinie o książkach Gortycha są skrajnie różne. Można się przyczepiać do nieco naiwnie prowadzonych dialogów, krytycy serii twierdzą, że w realu nikt tak nie mówi, ale... ja wybaczam te niedociągnięcia, bo rozumiem, że autor chciał przede wszystkim wprowadzić czytelnika dokładnie w szczegóły, urozmaicając narrację rozbudowanymi monologami bohaterów. Wątek romansowy wciśnięty trochę na siłę, też można czepiać się szczegółów, ale to kwestia poboczna. No i - zależy, kto co lubi i czego w książkach szuka. Jeden mój kolega w podstawówce zapytany przez polonistkę jakie książki lubi czytać, odpowiedział: "takie, w których jest dużo dialogów i..... żeby się strzelali!" :)))). Mam wrażenie, że niektórzy recenzenci są na tym mniej więcej poziomie. Skupiają się na jednym aspekcie, na przykład krytykują dialogi, które może nie są mocną stroną książki, a nie dostrzegają zupełnie zalet i całokształtu, jak naładowana jest ciekawostkami górskimi i historycznymi faktami, jak interesująco poprowadzone są wątki z trzech okresów dziejowych, jak budowane jest napięcie. Nie jest to klasyczny krwawy kryminał, raczej tajemnicza historia splatająca losy wielu osób uwikłanych w niespokojne dzieje Ziem Odzyskanych. Dla mnie właśnie to było najciekawsze (a o moim zainteresowaniu "poniemieckim" pisałam przy okazji innych lektur, w tym poście: https://sztukawpapilotach.blogspot.com/2024/06/ksiazki-o-poniemieckim.html ).


W fabule "Schroniska, które przestało istnieć" przewijają się dwa główne wątki - historia pewnej niemieckiej "operacji" z końca wojny oraz współcześnie dziejące się rozmaite wydarzenia, które się ze sobą przeplatają, a czasem nawet okazuje się, że mają niespodziewane wspólne korzenie. Sprawy tajemnicze i ponure mieszają się z całkiem miłą codziennością, pojawiają się coraz to nowi bohaterowie, podejrzane typki i sympatyczni ludzie, a nawet... Duch Gór. Jest lekko zarysowany wątek romantyczny, jest mroczna tajemnica z przeszłości, a potem jeszcze druga i trzecia... Zaskakujące zwroty akcji, bogate tło historyczne oparte na autentycznych wydarzeniach, które miały miejsce w latach pod koniec wojny i tuż po jej zakończeniu. Autor ma tzw. lekkie pióro, więc czyta się to dość przyjemnie i szybko. Ja na pewno chętnie przeczytam kolejne tomy z tej serii. Na zachętę dodam, że "Schronisko, które przestało istnieć" uzyskało tytuł Książki Roku w kategorii Debiut na portalu Lubimyczytać.pl w roku 2022, a kolejne tomy zdobyły tytuł Książki Roku w latach 2023 i 2024. O czymś to świadczy. I jeszcze - zacytuję za Lubimyczytać.pl:


" Trzy tomy Karkonoskiej Serii Kryminalnej doceniono także tytułem Najlepszej Górskiej Książki Roku na Festiwalu Literatury Górskiej w Lądku-Zdroju w latach 2023 i 2024. W uzasadnieniu jury zaznaczyło, że powieści przełamują tabu dotyczące odkrywania powojennych dziejów Karkonoszy widzianych w perspektywie polsko-niemiecko-czeskiej historii ich mieszkańców.
Autor został również uhonorowany Karkonoską Nagrodą Literacką przyznawaną przez polsko-niemieckie jury za wybitne osiągnięcia w dziedzinie literatury, kultury i sztuki Śląska, które szczególnie służą duchowi humanizmu i porozumienia. "

*****

Czaiłam się na kolejny tom Maryli Szymiczkowej (Dehnel & Tarczyński) o śledztwach profesorowej Szczupaczyńskiej, i już-już miałam go zamówić w przedsprzedaży, ale okazało się, że zostanie wydany (w listopadzie) chyba tylko w nowej szacie graficznej, zastosowanej w drugim wydaniu pierwszych pięciu tomów. Przynajmniej tak to wygląda w zapowiedziach. Nie podoba mi się ta nowa kolorowa grafika na okładce, a poza tym chciałabym mieć na półce jakoś spójnie wyglądający rządek serii. Może wygląd na półce to nie jest priorytet, ale jestem mocno rozczarowana tą zmianą i na razie wstrzymałam się z zakupem.



*****

No i sprawy techniczne. Jakiś czas temu, przy blogowych porządkach, usunęłam sobie niechcący listę ulubionych blogów na bocznym pasku. Znaczy - chcący, ale miało być chwilowo, w celu uporządkowania, a okazało się, że to na amen i nieodwołalnie, przynajmniej w tym kształcie jaki był. Była to kiedyś fajna sprawa, widoczne nazwy blogów, ikonki i zajawki najnowszych wpisów. Niestety do tej pory nie udało mi się tego odtworzyć, mimo wielu podejść. Przy okazji zniknęła mi też część blogów z listy czytelniczej na panelu sterowania. Ostatnio dopisałam te z nich, które udało mi się już odnaleźć. Nie wszystkie nazwy i adresy pamiętam, ale sukcesywnie będę listę powiększać i mam nadzieję, że stopniowo da się to wszystko odtworzyć.

A zwierzaki mają wywalone i śpią na zapas.

Przykład daje Basiunia, największy śpioszek (i żarłoczek) w stadzie:


PS. stado w stanie niezmienionym od poprzedniego roku: owczarek niemiecki Dżemik (4 lata) i cztery kocie dziewczynki: Sabinka (9 lat) i siostrzyczki Balbinka, Basiunia i Kocia (po 6 lat). Zwierzaki nam się starzeją, tylko my wciąż młodzi ;).

*****

poniedziałek, 30 września 2024

...i po powodzi.


Blog porasta kurzem, więc zanim ogarnę poważniejszy temat, żeby nie zaniedbywać stałych czytelników - wpadam z krótkim przeglądem wydarzeń.



Kolejna powódź nowego tysiąclecia przetacza się przez Europę, zahaczyła też o moje miasto, ale - poza dużym zamieszaniem i apokaliptycznymi korkami w całym mieście - nie narobiła dużych szkód. Mimo, że rzekę mamy wcale nie z tych najmniejszych. Teren jednak pagórkowaty i rzeka zasadniczo płynie w wyraźnej dolinie, co w dużym stopniu zabezpiecza nas przed potopem. Woda podniosła pięciokrotnie (!) swój normalny poziom, przekroczyła znacznie stan alarmowy, ale utrzymała się minimalnie poniżej wcześniej notowanych stanów powodziowych. Chociaż... było blisko i przez kilka dni dość nerwowo kontrolowaliśmy stan na stronie HydroIMGW. Ucierpiało (nieznacznie) raptem kilka domów wybudowanych nieroztropnie na terenie zalewowym. 

Natomiast uliczne korki trwały trzy doby na skutek profilaktycznego zamykania mostów łączących prawo- i lewobrzeżną część metropolii (przy stanie wody pół metra poniżej poziomu jezdni). Jednego dnia nie było ani jednej czynnej przeprawy, później uruchomiono jeden most, akurat nie ten główny, więc zamieszanie było straszne. Potem woda zaczęła minimalnie opadać i w końcu mosty otwarto. A już było groźnie - wkurzeni ulicznym galimatiasem mieszkańcy odgrażali się dokonaniem samosądu na władzach miasta. Brak informacji o konkretnych działaniach, o zastępczych trasach miejskich autobusów jeżdżących objazdami, w pierwszym dniu brak policjantów kierujących ruchem itd... Ja mam na szczęście zdrowe nogi, więc w momencie, kiedy działał tylko ten jeden most i całe zmotoryzowane miasto stało godzinami w drogowym klinczu, szłam sobie spacerkiem do i z pracy dłuższą niż zwykle drogą, bo nie przez "mój" zamknięty most, tylko przez ten drugi, nadkładając jakiś kilometr, ale - jak się okazywało - było to i tak szybciej, niż samochodem! Słoneczko świeciło, całkiem przyjemny spacer :).

Tak więc deszcz przestał padać, woda w końcu opadła, no i mamy wreszcie (co prawda, według prognoz - tylko chwilowo) przepiękną, złotą polską jesień :). Lato było za gorące na intensywne prace polowe, toteż ze zdwojoną energią nadrabiam teraz ogrodowe zaległości. W gruncie rzeczy nie wiadomo w co najpierw ręce włożyć, tyle się tego nazbierało... Przekwitają, a właściwie to na razie zmieniają kolor hortensje - z białego na różowy. Wolę je białe, no ale i tak pięknie wyglądają. Zamierzam je trochę przeorganizować, bo były za gęsto posadzone, więc kilka zostanie przeniesionych na nowe miejsce. Na pewno dwie ogrodowe, które mąż kiedyś wsadził "na chwilę" między bukietowymi :).





To nowe miejsce to trójkątny kawałek po drugiej stronie domu, gdzie był taki niemal leśny zakątek, trochę już przez lata zapuszczony. Nadszedł czas na jego uporządkowanie. Wyrosły tam wielkie świerki i daglezje - czubki mają ponad dachem domu. Rozrosły się szeroko cisy i żywotniki, między nimi ogromna azalia pontyjska, berberys, a dołem gąszcz irgi i bluszczu. Na południowym skrawku tego trójkąta rośnie nasze najstarsze drzewo - 35-letnia brzoza, a u jej stóp - mahonie, pigwowce i barwinek. Między te drzewa doprowadzony jest odpływ z jednej z rynien i teraz planuję zrobić tam wyłożony granitową kostką okrąg, takie odpływowe oczko wodne. Może jakąś pluskawkę też się tam zainstaluje... i żabę z piaskowca ;). Dookoła będą rosły paprocie, parzydło i takie tam, jeszcze się rozglądam za odpowiednimi roślinkami. Może ławeczkę się dostawi, do posiedzenia w cieniu w kolejne gorące lato... Na razie jest dzicz i bałagan. Jak to ogarnę, to przyjdzie czas na obfocenie.

*****

Wspominałam w poprzednim wpisie o pracach remontowych w naszym domu. Remont może nie kapitalny, ale zakres prac jest spory, bo wiele czasu minęło od poprzedniego, a chcemy jak najwięcej zrobić u progu emerytury, żeby mieć spokój na stare lata. Priorytetem był remont głównej łazienki i schodów zewnętrznych i to zostało zrobione w pierwszej kolejności. W tak zwanym międzyczasie (jak schły jakieś fugi czy coś) został zrobiony ocieplony sufit w ogrodzie zimowym - i to chyba najbardziej mnie cieszy. Dom jest na planie litery L otwartej na południe, ogród zimowy wypełnia miejsce między ramionami tej "elki", ma kształt kwadratu 5 na 5 metrów i dach z półprzezroczystego poliwęglanu - co było dobre w starym klimacie, a od paru lat niestety powodowało, że pomieszczenie latem zamieniało się w przegrzaną szklarnię. Kombinacje z podwieszaniem zacieniającej siatki ogrodniczej były raczej słabym półśrodkiem. Ostatnio była to więc już tylko zwyczajna graciarnia i nocna sypialnia Dżemika. Wypełnienie sufitu między krokwiami wełną mineralną i pokrycie płytą gipsową dało nadspodziewanie dobry efekt i nareszcie będzie tutaj fajne miejsce do wypoczynku, z widokami z obu stron na zieloną ścianę drzew i krzewów. Jestem w trakcie urządzania i dopieszczania.

Teraz planujemy wymianę schodów do ogrodu. Schodków jest tylko sześć, ale temat rozszerzy się o wymianę balustrady na przyległym tarasie i dodanie jej przy tych schodkach. Stara balustrada jest drewniana, nieco rozchwiana i trochę już nadgryziona zębem czasu oraz kocimi pazurami, nowa ma być kuta, podobnie jak jest zrobiona balustrada na balkonie piętro wyżej. W międzyczasie drobne malowanko w środku domu, a w planie jeszcze wyrównanie, podniesienie i poszerzenie podjazdu od strony ogrodu, bo korzenie potężnego świerka (który w momencie sadzenia był małą doniczkową choinką, a teraz ma jakieś 15 metrów wysokości i ze sześć średnicy) wysadzają nam kostkę brukową, a w innych miejscach nieco się zapadło i ogólnie kiepsko to wygląda, więc trzeba w końcu coś z tym zrobić, zanim ktoś nogę złamie.

No i na koniec tej remontowej historii czeka nas kolejne spore wyzwanie, a mianowicie likwidacja drugiej małej łazienki na dole, dzięki czemu powiększy się kuchnia, natomiast nowa łazienka powstanie kosztem dużego przedpokoju. Czyli znowu całkiem spory armageddon. No i potem oczywiście remont tej powiększonej kuchni. Ja w sumie bym tego nie ruszała, ale mąż się uparł, gada o tym od pięciu lat, kasę na to odłożył, no dobra, niech będzie... Zresztą ten temat to już chyba w przyszłym roku ruszymy, może się coś w planach pozmienia. Część prac wykonuje nasz syn (sam albo z rzeczonym majstrem), bo chociaż inżynier, to lubi tak zwyczajnie majsterkować, spawać, piłować, przykręcać, dokręcać itd, a kiedyś miał krótki epizod z pracą w roli tzw. kafelkarza w dużej firmie, gdzie odbył porządne przeszkolenie, czego efektem jest wykonany samodzielnie remont mieszkania po dziadku i nasza łazienka. Ma przy tym dużo cierpliwości do dopracowywania drobiazgów, w czym zresztą dorównuje mu nasz majster, więc prace idą może niezbyt szybko, ale za to porządnie. Prawdopodobnie jednak ta nowa łazienka i kuchnia to pieśń przyszłości, czyli raczej następnego roku. 


*****

Zdjęcie nie na temat, ale akurat ten zwierz dał się sfotografować (bo spał!) - nasza największa śpioszka, żarłoczka i pieszczoszka, Basiunia:

BASIUNIA


Miałam nie pisać tym razem o moich zwierzakach, bo wydawało mi się, że ostatnio opowiedziałam co ciekawsze historie, ale po przejrzeniu wcześniejszych wpisów nie znalazłam ważnej informacji o zmianie liczebności stada. Otóż ubył nam jeden kot, czarny Grubcio. Zniknął, zdematerializował się. Szczerze pisząc - nawet jakoś bardzo nie rozpaczamy, bo jesteśmy przekonani, że Grubcio po prostu wrócił na swoje stare mieszkanie. No i właśnie byłam przekonana, że ja o tym wszystkim już pisałam, ale nie znalazłam takiego wpisu. Podobno ostatnio Blogger usuwa ludziom różne treści, wedle swojej nie do końca przejrzystej polityki i z nieujawnianych blogerom powodów, ale do licha chyba nie usunął mi historii kota?! Tak więc chyba wpis miał być, na pewno go pisałam, ale może coś sama usunęłam, zdarza mi się czasem wywalić jakiś niedokończony post.

Zatem, wracając do Grubcia... Przypomnę może najpierw, skąd się Grubcio u nas wziął. Otóż zaczął do nas przychodzić jakieś trzy lata temu. Różne koty czasem zachodzą do naszego ogrodu, zwykle jakieś młode kocurki szukające przygód, ale one wpadają tak na krótkie wizyty, a Grubcio wyraźnie sobie upodobał nas, albo nasz ogród, natomiast mój mąż zachwycił się wielkim, dostojnym, czarnym kocurem i zaczął go ugaszczać. Przynosił mu smakołyki, a Grubcio z godnością te dary przyjmował. Z czasem zaczął pojawiać się regularnie około godziny osiemnastej, najwyraźniej oczekując kolacji. No więc mąż szykował mu jedzonko, a ja któregoś razu zdjęłam kotu przeciwpchelną obróżkę, bo miał ją jakoś tak mocno zaciśniętą, a że miał też wielkie, jakby trochę wybałuszone oczy, to wyglądał, jakby się w tej obróżce dusił. Tak więc kot został ugoszczony i uwolniony z chomąta i chyba mu się to wszystko spodobało, bo zaczął wchodzić do domu. Za pierwszą wizytą obszedł całe domostwo, zrobił siku elegancko do kuwety i chyba postanowił, że będzie tutaj mieszkał. Tak też zrobił. Przez całe lato i jesień sypiał w altance, przychodził do domu na jedzonko, ale często znikał na dzień czy dwa, tak więc podejrzewaliśmy, że ma jednak jakiś swój pierwszy dom, do którego wraca. Ostatecznie jednak w mroźne noce zaczęliśmy wpuszczać go do domu. Polubili się z Dżemikiem i w związku z tym sypiali razem w ogrodzie zimowym. 

Pańcio wieczorami chodził z psem na długie spacery i Grubcio zaczął się do nich przyłączać. Zdarzało się przy tym niekiedy, że Grubcio odłączał się od ekipy i skręcał w nieodległą od naszego domu uliczkę i znikał w zaroślach. Zjawiał się potem wieczorem, albo na drugi dzień, albo czasem nawet po dwóch dniach. Wcale nie głodny zresztą, tak więc krzywda mu się nie działa, ktoś go dokarmiał. I pewnego dnia taka oto historia... Mąż z Dżemikiem i Grubciem wracają z wieczornej przebieżki, a ulicą idzie jakiś chłopak, przygląda się i w końcu pyta: "a ten kot to pana? bo nam kiedyś taki sam zginął..." Mąż opowiedział mu historię Grubcia, ale chłopak jakoś nie domagał się zwrotu kota czy coś, poszedł w swoją stronę. Myśleliśmy, że opowie w domu i może za kilka dni ktoś się zjawi w sprawie identyfikacji i ewentualnych negocjacji co do przeprowadzki Grubcia, ale nikt się nie odezwał. Może się pogodzili ze stratą kota, może mają już innego, może uznali, że po dwóch latach kot ma już stałe, wybrane przez siebie miejsce, to nie ma sensu robić zamieszania... Tak więc Grubcio mieszkał u nas i był już całkiem naszym kotem. 

Aż razu któregoś, podczas wieczornej przechadzki z pańciem i Dżemikiem, Grubcio zboczył z trasy i udał się w sobie wiadome chaszcze, tam gdzie zwykle to robił. Z tym że tym razem już się u nas nie pojawił. Ani tego wieczoru, ani następnego ranka, ani... No nie wrócił i już. Mamy przeświadczenie, że on gdzieś tam miał jakąś swoją drugą miejscówkę, a może wrócił do swojego starego domu? Kot moich znajomych kiedyś zginął... i wrócił po dwóch latach. Tak po prostu. Dlatego nie szukaliśmy Grubcia jakoś intensywnie. Zniknął w miejscu, gdzie nic złego nie powinno mu się stać, więc to była raczej kwestia jego wyboru.


GRUBCIO


Zostały cztery koteczki i pies. Szczerze mówiąc, przy tej świadomości, że prawdopodobnie nie stała mu się żadna krzywda, nawet jestem zadowolona, bo jest znacznie mniej zamieszania. Grubcio z dziewczynami miał zawsze na pieńku i trzeba było pilnować, żeby ich gdzieś razem nie zamknąć, osobno karmić, regulować ruch kotów przy wchodzeniu i wychodzeniu z domu i między pokojami. Fajny był, ale wybrał inne życie.





*****



sobota, 14 września 2024

Fiński poziom absurdu, humoru i horroru.

Jak widać po ciszy na blogu - miałam wakacje :). No, przyznam, że były to głównie wakacje od bloga, bo jakichś wyjazdowo-urlopowych ekscesów nie było - te są zaplanowane na późnojesienne tygodnie. Od kiedy nie wiążą nas wakacje dzieci w wieku szkolnym - wypady urlopowe odbywamy zwykle wiosną, jesienią, czasem zimą. Lato to co najwyżej wczasy pod własną gruszą, a raczej czereśnią, ewentualnie jedno-dwudniowe wypady. 

Klimat tego lata zdecydowanie nie sprzyjał jakiejkolwiek mojej aktywności, bo ja jestem z zimnolubnych i upały mnie wykańczają (w dodatku takie na zmianę z oberwaniami chmury i temu podobnymi zawirowaniami aury). Niewiele malowałam, w ogrodzie coś tam ledwo podziubałam, ale bez szału, ruszyliśmy tylko trochę z remontem ponad 30-letniego domu... No ale jednak obrazków parę się nazbierało od tego ostatnio pokazywanego, więc powoli będę je tu zamieszczać, na zmianę z wpisami książkowymi, bo mam kilka przygotowanych - i od tego zacznę, czyli dzisiaj będzie głównie o książkach.




Opowiem Wam o kryminalnej trylogii pióra fińskiego autora, którego rodacy okrzyknęli najbardziej inteligentnym spośród fińskich pisarzy. Ekhm... Chyba miałam lepsze wyobrażenie o inteligencji Finów ;). Nie, żeby Antti Tuomainen sprawiał wrażenie mało inteligentnego, ale po takich rekomendacjach spodziewałam się tam jakiegoś niesamowitego polotu, a szczerze mówiąc, poza różnymi wtrąceniami z paru poważnych dziedzin (filozofia, matematyka itp) szału nie ma. Ale zaraz Wam to wszystko szczegółowo wyłuszczę.

Już nie pamiętam, co mnie skłoniło do zapisania sobie książek autorstwa Antti Tuomainena na liście "na później" w Empiku - na pewno czyjaś recenzja, ale teraz już widzę, że za bardzo jej nie sprawdziłam w innych źródłach i jakoś tak bezrefleksyjnie wrzuciłam niedawno trzy tomy do koszyka. Potrzebna mi była lektura lekka i przyjemna, a jednocześnie inteligentna, w jakimś ciekawym stylu, taki przerywnik w poważniejszych książkach, którymi się ostatnio obkładam. No i ciekawa byłam nowych kryminałów, nieznanych mi dotąd autorów. Tuomainen określany jest jako jeden z najlepszych towarów eksportowych Finlandii, zdobywał w swoim kraju liczne laury i nagrody, blurby zapowiadają zabawną i ekscytującą przygodę czytelniczą, zatem z dużą nadzieją sięgnęłam po te książki. Poniewczasie wczytałam się jednak bardziej wnikliwie w recenzje na moim ulubionym portalu "Lubimy czytać" i okazało się, że jednak polscy czytelnicy nie podzielają zachwytu rodaków pana Tuomainena... Widocznie trochę inaczej pojmujemy humor oraz inteligencję ;). No i dla mnie kolejna nauczka, żeby nie rzucać się od razu na trylogie, tylko zacząć od pojedynczej pozycji... No ale dobra, kupiłam, więc jakoś przez to przebrnęłam, nie było najgorzej, chociaż uczucia miałam mieszane...

A zatem:

  • ANTTI TUOMAINEN - " Czynnik królika". Wydawnictwo Albatros, 2023r, str.383.


Bohaterem jest tracący właśnie posadę aktuariusz firmy ubezpieczeniowej, matematyk z krwi i kości, z zawodu i pasji, Henri Koskinen. Chwilę później dowiaduje się, że zmarł jego brat (z którym utrzymywał raczej luźne kontakty), pozostawiając mu w spadku park przygody (nie - rozrywki, jak zawsze powtarza), a także, co ujawnia się kolejną chwilę później, spore długi, co gorsza - zaciągnięte w podejrzanych miejscach. W całej tej historii jest sporo krwawych wątków i mrożących krew w żyłach sytuacji, mamy paru nieboszczyków i zamachy na życie, pościgi i ucieczki, ale... opisane są w taki sposób, że czytelnik zupełnie nie czuje emocji. Doprawdy, bardziej przerażające są opisy zbrodni u staroświeckiej Agathy Christie. Brakuje mi w tej książce opisu wrażeń i przeżyć, emocjonalnych napięć. Ale tak po prawdzie - takie jest chyba założenie autora. Mamy wczuć się w sposób myślenia narratora, który jest jednocześnie głównym bohaterem opowieści. A jest to człowiek wykazujący cechy autystyczne, nieco oderwany od tzw. normalnego życia, przyzwyczajony do szacowania ryzyka w każdej sytuacji, myślący liczbami i wykresami, przeliczający wszystko zgodnie z zasadami statystycznymi i wzorami matematycznymi. Dlatego też tok narracji jest nieco beznamiętny, mamy po prostu krok po kroku szczegółowy zapis suchych faktów.

W pierwszym tomie poznajemy zasady funkcjonowania parku przygody, którego właścicielem i zarządcą stał się niespodziewanie ten oryginalny człowiek. Prawie natychmiast zaczynają się dziać przedziwne rzeczy, nasz bohater wprost z zacisza firmy ubezpieczeniowej, w której spokojnie opracowywał swoje tabelki i wykresy, wpada w wir krwawych porachunków i podejrzanych transakcji, w końcu niechcący sam staje się przestępcą... A wszystko to dzieje się w scenerii gigantycznych urządzeń zabawowych, olbrzymich królików, labiryntów i zjeżdżalni, wśród których szaleją nienasycone dzieciaki. Prawdopodobnie chodziło o kontrastową absurdalność sytuacji, ale jakoś mnie to nie przekonało.

Dość nietypowy jest wspomniany zabieg autora, polegający na beznamiętnym wyliczaniu kolejnych zdarzeń, w zasadzie bez emocjonalnej oceny, tak abyśmy mogli "wejść w skórę" aktuariusza znającego się na liczbach i rachunku prawdopodobieństwa, a nie mającego pojęcia o uczuciach, na przykład o miłości. Bo i taki wątek się pojawia.

Z jednej strony - fabuła przypomina nieco żenujące, słabej klasy absurdalne komedie amerykańskie, ale z drugiej - w pewnym momencie zaczyna to czytelnika wciągać. Zastanawiamy się, jak ten biedak z tego wszystkiego wybrnie, jak poradzi sobie z kłopotami, w które się wpakował i z osaczającymi go przestępcami... A radzi sobie nadspodziewanie dobrze, może trochę dzięki swoim autystycznym cechom i znajomości reguł matematycznych i statystycznych.

Przyznaję, że trochę mnie ta książka zmęczyła, bo to jednak nie moje klimaty. Brak finezji, cała intryga grubymi nićmi szyta... Ale sam przypadek głównego bohatera był na tyle intrygujący, że dałam radę przeczytać do końca.



Moja ocena: 6/10.

*****


  • ANTTI TUOMAINEN - "Paradoks łosia". Wydawnictwo Albatros, 2023r, str.383.



Dalsze dzieje Henriego Koskinena i kolejne kłopoty związane z parkiem przygody i krążącymi wokół przestępcami. O dziwo, drugi tom bardziej mi się spodobał, jakby autor zaczął trochę poważniej traktować czytelnika. Pierwszy tom miał chyba zanęcić, zaintrygować, w drugim mamy mniej wariackich akcji, za to bliżej poznajemy rozmaite problemy organizacyjne, kadrowe, finansowe itd., związane z funkcjonowaniem parku przygody jako przedsiębiorstwa. Długi, problemy z dostawami sprzętu, nieuczciwa konkurencja, kłopoty z pracownikami, do tego mieszający szyki "zmartwychwstały" brat Henriego. Pojawia się wątek rodzinny, nasz bohater (zakochany już pod koniec pierwszego tomu) próbuje ułożyć sobie życie prywatne, a jednocześnie walczy o miejsce firmy na rynku, o odzyskanie zaufania pracowników, przejmuje się kłopotami brata, wpada w kolejne konflikty ze światem przestępczym. Ten tom czytało mi się znacznie lepiej, mniej było słabego absurdu, więcej przemyślanych akcji. Nadal jednak nie wiem, dlaczego uważa się te książki za komediowe. Przy każdym tomie zdarzyło mi się tylko jeden raz roześmiać się na moment. Lubię komizm sytuacyjny i słowny, ale inteligentny. Sam fakt, że narzędziem zbrodni staje się fragment plastikowego zwierzaka, nie bawi mnie ani trochę.

Moja ocena: 7/10

*****


  • ANTTI TUOMAINEN - "Teoria bobra". Wydawnictwo Albatros, 2024r, str.350.



No i tom trzeci przygód aktuariusza w roli właściciela parku przygody. Rozwija się wątek rodzinny, ale oczywiście mamy kolejnego nieboszczyka, walkę z konkurencją, szpiegostwo, rozmaite podchody i pościgi. Strasznie to wszystko rozwlekłe, bohater-narrator drobiazgowo relacjonuje kolejne czynności: wspominając o myciu zębów przed wyjściem z domu, szczegółowo wymienia szczotkowanie trzonowców, siekaczy, dziąseł i tak dalej, czynność po czynności. Mamy dzięki temu zrozumieć psychikę autystycznego aktuariusza, wierzącego w potęgę matematyki, logiki i statystyki. Od czasu do czasu autor wtrąca rozważania o filozoficznych teoriach Schopenhauera i Leibniza, nieustannie mamy do czynienia z rachunkiem prawdopodobieństwa, ekonomią behawioralną i temu podobnymi pojęciami, które stanowią istotny aspekt działań Henriego. Równolegle jednak aktuariusz próbuje być członkiem rodziny, angażuje się w rozmaite szkolne przedsięwzięcia wynikające z podjętej opieki nad pociechami partnerki, w których początkowo nie potrafi się odnaleźć, z czasem jednak zaczyna mu się podobać nowa rola i ludzie, których przy okazji poznaje.


Moja ocena: 7/10.

*****

Próbki stylu "najinteligentniejszego i jednego z najzabawniejszych" pisarzy Finlandii:



Podsumowanie:

Rozumiem pomysł autora na sylwetkę głównego bohatera, te wszystkie dłużyzny, drobiazgowe opisy kolejno wykonywanych czynności, oszczędne operowanie emocjami, ale... mimo wszystko uważam, że lepiej by to wyglądało skompresowane do jednego tomu. Wiele scen trochę przeskakiwałam, bo doprawdy nie mam ochoty czytać o zmianie biegów w samochodzie na każdym skrzyżowaniu w trakcie pościgu po ulicach miasta, czy za każdym razem jak bohater wychodzi z domu - opis wkładania kolejno kurtki, czapki, szalika itd. Poza tym pomysł co do tych szczególnych cech bohatera (autyzm? asperger?) jest interesujący, a intryga kryminalna ciekawa i dość nietypowa, chociaż niektóre momenty były nieco infantylne. Może miały być zabawne - dla mnie nie były. W sumie - dość dobry kryminał lekkiej kategorii, nietypowy, acz nieco nazbyt rozciągnięty na te trzy tomy. I - pomimo tych wtrąconych tu i ówdzie filozoficznych rozważań i rzucanych obficie finansowo-matematycznych terminów, (aspirujących zapewne do miana literatury wyższych lotów) - raczej dla mało wymagających czytelników.



Podobno ma być nakręcony (albo już jest, nie wiem) film na podstawie tych książek. Raczej nie obejrzę.

*****


A teraz newsy z życia domowego. Jak wspomniałam, przerwa w blogowaniu spowodowana była głównie zamieszaniem remontowym. Wiecie - ciągłe sprzątanie, przestawianie sprzętów, latanie po sklepach, bo jednak to czy tamto nie pasuje i nagle trzeba coś dokupić, wybrać, zadecydować czy to damy tutaj, czy jednak tam, panom majstrom picie donieść w upale itd. A remont mamy totalny, to znaczy w różnych pomieszczeniach i również na zewnątrz domu, ale dzieje się to nie naraz, tylko po kolei, bo główny majster jest jeden i się nie rozerwie, a my też nie mamy siły na totalny armageddon i zdecydowaliśmy się na taki rozwleczony nieco, ale dość spokojny, harmonogram prac. Majster znajomy i sprawdzony, więc tym bardziej nie narzekamy. 

Ostatni poważny remont był ćwierć wieku temu, więc nie dało się pewnych rzeczy dalej odwlekać, no i w sumie uzbierało się tego trochę. Tak więc mamy już za sobą remont większej łazienki: wymiana głównych urządzeń i przy okazji trochę kombinacji z uzupełnianiem kafelków, które ogólnie rzecz biorąc były w świetnej formie i szkoda było skuwać, ale tu i ówdzie trochę się zmieniło położenie wanny czy rozmiar brodzika i coś tam się jeszcze ukruszyło w ferworze. Na szczęście mieliśmy zachomikowany mały zapas płytek sprzed ćwierć wieku, kiedy to łazienka była robiona, więc udało się artystycznie połatać powstałe braki. Efekt świetny, chociaż może nie jest to łazienka marzeń i raczej niezupełnie w myśl aktualnych trendów wnętrzarskich (da się wyczuć klimat lat 90-tych ubiegłego wieku, hehehe...), ale mimo wszystko pachnie i lśni nowością, no i koszt wyszedł nadspodziewanie dużo mniejszy, niż zakładaliśmy, co pozwoli na inne szaleństwa remontowe :). 

Następnie zrobione zostały od nowa schody zewnętrzne, a trochę ich jest, bo dom na skarpie. Poprzednie płytki z jakiegoś pięknego, ale nieprzystosowanego do naszego klimatu, hiszpańskiego klinkieru, rozwarstwiły się i pokruszyły przez te lata i swoim wyglądem wołały o pomstę do nieba. Teraz mamy granit, którego żadna zima nie ruszy. Przy okazji zmieniono położenie furtki, co zwiększyło obszar patrolowany przez Dżemika i dało mu lepszy punkt widokowy na ulicę. Oczywiście nie to było głównym celem przeróbki, tylko nasza wygoda, ale przy okazji pies też zadowolony :). 



Dżemik zresztą aktywnie uczestniczył w pracach budowlanych, pilnował pana majstra i nawet osobiście sprawdził czy zasechł już lepik położony w ramach renowacji na dachu garażu (z uwagi na usytuowanie na skarpie, dostęp do tego dachu jest bardzo łatwy z poziomu ogrodu i górnego spocznika schodów - taki rodzaj nieużywanego tarasu)... Ekhm... No tak, to była katastrofa! - albowiem lepik jednak nie zastygł (miał być przykryty jeszcze papą), a piesek z całą swoją radosną energią i 40-kilogramową masą przecwałował wzdłuż i wszerz zasmarowanej połaci... Wcześniej koty też próbowały, ale jako bardziej inteligentne stworzonka tylko nieufnie pomacały to śmierdzące i lepkie czarne i szybko się wycofały... Było jednak konieczne smarowanie kocich łapek masłem, wycieranie, a i tak zdążyły trochę śladów w domu zostawić, na szczęście tylko na płytkach i panelach podłogowych, co dało się łatwo usunąć. Z psem była gorsza przeprawa - najpierw przebiegł jeszcze po świeżo położonych stopniach z jasnego granitu, zostawiając czarne smołowe odbitki łap, a potem uciekał przed pańciem po całym ogrodzie, czego efektem było obklejenie tych zalepikowanych łap trawą i ziemią. Wyglądał, jakby miał puchate kapcie na wszystkich łapach :). No i tym sposobem mieliśmy wszyscy zajęcie na całe popołudnie: syn czyścił benzyną ekstrakcyjną schody, a my z mężem mieliśmy zabawę z myciem Dżemikowych łap (moczenie w oleju, wydłubywanie spomiędzy palców zlepionej smołą trawy i ziemi, wycieranie ręcznikami papierowymi, mycie płynem do naczyń, płukanie, wycieranie... i tak dwa razy, a i tak pies został na noc na dworze, żeby nie upaprał całej chaty z kanapą na czele... Takie to mamy czasem rozrywki.


Balbinka, zwana również Króliczkiem


Z innych atrakcji - zaobserwowaliśmy w tym roku, że nasza księżniczka i największa domatorka, Kocia, jest niestety kotką łowną. I nie interesuje jej drobnica. Sabinka przynosiła za młodu myszy i małe ptaki - rudziki, sikorki itp, ale Kocię interesuje tylko gruba zwierzyna. A więc na przykład - razu pewnego przytaszczyła mi do pokoju (na pierwszym piętrze) żywą srokę. Jak ona z tym sporym ptakiem wtarabaniła się z ogrodu przez dwa pokoje i schody na górę, to nie mam pojęcia. Sroka prawdopodobnie wpadła do ogrodu zimowego, który w lecie pootwierany jest na wszystkie strony i czasem tam jakiś ptak wleci, a z powrotem to już bywa gorzej. Ptak przytargany przez Kocię był nieco zdezorientowany, ale cały i sprawny, bo jak po wyplątaniu go z firanki otworzyłam szerzej okno, to natychmiast wyleciał w kierunku pobliskich drzew.

Inną razą Kocia przyniosła mi na górę rybę z naszego oczka wodnego, takiego czerwono-białego ozdobnego karasia. Ryba była może nie jakaś mega, ale większa od mojej dłoni, więc też trzeba było się trochę wysilić, żeby ją wyłowić z wody i przytaszczyć pańci do pokoju. Ryba jeszcze żyła i nie była jakoś mocno pokiereszowana, więc z balkonu na pierwszym piętrze wykonała - przy mojej pomocy - skok do wody. Chyba przeżyła, bo nie wypłynęła.

Kochane zwierzaki dbają o nasz komfort psychiczny i dostarczają nam nieustannie rozmaitych rozrywek.

Tak więc dzieje się, do tego ogród sam się sobą nie zajmie... To znaczy - jak najbardziej zajmie, ale niezupełnie zgodnie z moją wizją! Ostatnio trzeba było podjąć decyzję o wycięciu dwóch ciężko chorujących drzew (śliwa i jeden lilak), rozpanoszyły się też pod koniec lata choroby grzybowe (moja ukochana 25-letnia azalia pontyjska!) i mączniak (ogromny, chyba 20-letni wiciokrzew japoński!), więc dałam sobie spokój z ekologią i zabrałam się za solidne opryski, no i intensywne wzmacnianie roślin, co wiąże się z nadprogramowymi pracami ogrodniczymi. A jak jeszcze dochodziły te wszystkie zawirowania pogodowe, raz wściekły upał, raz gradobicie i inne atrakcje, to nie miałam już siły ani na malowanie obrazków tak często jak sobie planowałam, ani nawet na blogowanie. Na szczęście to upalne lato już się na dobre skończyło, najpierw nastał przyjemny chłodek, a teraz mamy osławiony niż genueński i deszcz od dwóch dni, więc stopniowo wróciła mi chęć do życia, tworzenia i blogowania :).

*****