piątek, 30 czerwca 2023

Książki. Božidar Jezernik o kawie, Agatha Christie... o tym co zwykle ;).

Konsekwentnie czytam kolejne książki o kawie. Tutaj (klik) opowiadałam o bardzo ciekawej pozycji dla kawoszy, a za jakiś czas będzie (mam nadzieję)  cały post "kawowy" - o metodach parzenia, o książkach, o sprzęcie i gadżetach, o kawie w ogóle. Ale to jeszcze chwilę potrwa. Tymczasem dzisiaj najnowsza pozycja z listy kawowej literatury.

  • BOžIDAR JEZERNIK - "Kawa". Wydawnictwo Czarne, 2021r, 248 stron



Niby esej. Tak przynajmniej zaznaczono na okładce, zabrałam się więc za czytanie z dużym entuzjazmem, tym bardziej, że w notce wydawniczej obiecano mi "barwną opowieść" o kawie. Ale entuzjazm opadł mi już w trakcie pierwszego rozdziału i później było już tylko gorzej. Bo jest to rzecz jest dość ciężka, napisana w dodatku bez literackiego polotu i osobistych refleksji autora, jak na esej przystało. Mnóstwo informacji, to prawda, ale sucho wyłożonych, trochę wymieszanych niestety i niezbyt dobrze zredagowanych. Sama długość (rozmiar solidnej powieści) i napakowanie informacjami skłania mnie bardziej do porównania tego dzieła z monografią, choć też nie do końca. Na pewno nie jest to krótka forma do przeczytania za jednym posiedzeniem, nawet dość długim. Ilustracje trochę bez związku z treścią, dużo fragmentów powtarza się, generalnie sporo chaosu. Zabrakło sprawnej redakcji i ciekawych anegdotek. Kompletnie mnie to nie porwało i nie wciągnęło. To wszystko sprawia, że czytanie tej książki nie jest przyjemne, żadna to "barwna opowieść", jak zapowiada wydawca. Jest jednak mnóstwo konkretnych informacji o historii czarnego napoju, o uprawach, zwyczajach itd. Spodziewałam się jednak czegoś innego - miłej i wciągającej lektury. Trójka z plusem - trójka za styl, a ten plus za ogrom wiedzy kulturowej i historycznej. Dla prawdziwych pasjonatów.


*****

No i kolejne tomy kryminałów pióra Agathy Christie, wszystkie wydane w ramach Kolekcji Jubileuszowej przez Wydawnictwo Dolnośląskie (seria ukazuje się od roku 2020). Tym razem wybrałam książki wcześniej zupełnie mi nieznane, ot tak, żeby sprawdzić, czy mistrzyni gatunku utrzymała w nich swój styl i poziom.

Jeśli chcecie poznać moje opinie o innych książkach królowej kryminału, to znajdziecie je tutaj:

http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2019/10/ksiazki-dawna-medycyna-jej-tajemnice-i.html

i tutaj:

http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2022/11/ksiazki-christie-ristujczina-empicka.html


  • AGATHA CHRISTIE - "Czarna kawa".   Wyd. Dolnośląskie, 2023r, 208 stron.


Jak by nie było - nie tylko moja ulubiona autorka kryminałów, ale i kawa w tytule ;).

No cóż... Z jakiegoś powodu jedne książki utrzymują się na szczycie list bestsellerów, wznawiają nakłady, rozchodzą się jak świeże bułeczki, a inne są ogółowi czytelników słabo znane. Albo nieznane zupełnie. O tej "Czarnej kawie" wcześniej jakoś nie słyszałam. 

Niestety jednak - od początku lektury miałam mieszane uczucia, źle mi się to czytało, nic mnie nie wciągało, coś było nie tak... Z jednej strony - intryga zapowiada się interesująco (otruty zostaje wynalazca niezwykle silnego materiału wybuchowego, w tle skomplikowane relacje rodzinne), z drugiej - wprowadzanie czytelnika w różne okoliczności i przedstawianie kolejnych postaci odbywa się w jakiś dziwnie toporny i sztuczny sposób, brakuje psychologicznej charakterystyki, pobocznych wątków i typowego dla Christie bogatego entourage'u. Poirot pokazany jako wyjątkowo irytujący bufon. Niektóre sytuacje opowiedziane niemal w punktach: X wszedł, Y wziął filiżankę, X stanął obok, sięgnął po filiżankę, Y postawił filiżankę na stoliku, Z podniosła filiżankę, Q się odwrócił trzymając filiżankę - i tak przez całą stronę. Jakaś masakra... Coś mnie w końcu tknęło i zrobiłam to, co zwykle czynię na początku, a tu jakoś pominęłam rytuał: obejrzałam zatem okładki, wklejki, stronę tytułową i tak dalej...

No i dopiero wtedy na stronie tytułowej tomiku przeczytałam, że jest to adaptacja Charlesa Osborne'a sztuki A. Christie "Black coffee". Szczerze mówiąc nie doczytałam też szczegółów na stronie księgarni internetowej... Ale (poniewczasie) zajrzałam, żeby sprawdzić, czy coś o tym było, czy nie... No i otóż na stronie Gandalfa ani słówka na temat adaptacji. Wzmianka takowa jest za to na stronie Empiku, czyli można. Generalnie wolę zamawiać w Gandalfie, ale wkurzają mnie te ich opisy, sklecone przez nieudolnego copywreitera, takie irytujące i nic nie mówiące blablabla. Na ogół czytam wcześniej recenzje na różnych portalach, zanim coś zamówię, ale tym razem niemal w ciemno wzięłam z rozmysłem mało znane tytuły, no i tym sposobem zaliczyłam dwa rozczarowania i wyrzuciłam kasę w błoto...

Jako autorka książki wymieniona jest Christie, więc do głowy mi nie przyszło, że tu może być taka niespodzianka. A już kilka razy nacięłam się na takie przeróbki i podróbki znanych pisarzy, po ostatnim razie obiecałam sobie, że nigdy więcej czegoś takiego nie wezmę do ręki. No i przegapiłam ten szczegół, stało się, kolejna nauczka.

W zasadzie autor adaptacji chyba niewiele wniósł do scenariusza, książka składa się głównie z dialogów i scenopisów, a to, co pan Osborne dopisał, jest marnym lepiszczem i niestety bardzo słabo oddaje styl pani Christie. A zatem: intryga - na tak, styl - nie bardzo. Powiedzmy trójka z plusem. Trója dla Osborne'a, plus dla Christie. A w sumie szkoda, że ona sama nie przerobiła tej sztuki na powieść. No i uważam za nieporozumienie, że ta pozycja została włączona do Jubileuszowej Kolekcji powieści Agathy Christie. Nie polecam.


  • AGATHA CHRISTIE - "Śmierć lorda Edgware'a" - Wyd. Dolnośląskie, 2023r, 270 str.



Och, jaka ulga po tej "Czarnej kawie"! - znowu Agatha Christie w swojej autentycznej, niezrównanej formie! Kolejny tomik zaczęłam czytać od razu po tamtej przeróbce Osborne'a i od razu zrobiło mi się lepiej. Jakaż to jednak ogromna przyjemność - zanurzyć się w świecie wykreowanym i opowiedzianym genialnie przez królową kryminału :). Zupełnie inna jakość! A więc: wspaniale odmalowane wizerunki postaci - zarówno te zewnętrzne, jak i psychologiczne, kolejne elementy skomplikowanej kryminalnej układanki wprowadzane do akcji nienachalnie, z elegancką finezją, do tego piękny literacki język... Tak, to jest prawdziwa Agatha Christie :). 

Z notki wydawniczej: "Jedna z najbardziej kontrowersyjnych powieści Agathy Christie z lat 30. dyskretnie dotyka ówczesnych tematów tabu: antysemityzmu i homoseksualizmu.". No, powiedziałabym, że baaardzo dyskretnie ;). Ale za to mamy wciągającą opowieść, w której napięcie rośnie bardzo powoli, wręcz niezauważalnie, aż gdzieś w 3/4 książki, kiedy w głowie wirują nam już szaleńczo splątane elementy układanki, przestajemy ogarniać cokolwiek i uświadamiamy sobie nagle, że intryga jest tak wielopiętrowa i wielowątkowa, że musimy przestać snuć domysły, bo oto jesteśmy w samym oku cyklonu, w najgłębszej czarnej dziurze i matni bez wyjścia. I pozostaje nam tylko podążać za Poirotem i czekać, aż genialny detektyw połączy wszystkie nitki i poda nam najmniej oczekiwane rozwiązanie zagadki na tacy. Fantastyczna powieść, szóstka z plusem!


  • AGATHA CHRISTIE - "Zerwane zaręczyny" - Wyd. Dolnośląskie, 2022r, 240 str.



Książka zaczyna się co prawda od krótkiej sceny w sądzie, gdzie młoda kobieta zostaje oskarżona o morderstwo, ale zaraz potem mamy długą retrospekcję w stylu sielsko-romantycznej historyjki. Akcja rozwija się powoli, spokojnie... Wraz z upływem czasu atmosfera zaczyna gęstnieć, pojawiają się mroczne sprawy, tajemnice, zranione serca, potem jedna nagła śmierć, zaraz po niej kolejna... Trzeba przyznać, że Christie potrafi niepostrzeżenie, ale konsekwentnie, budować napięcie i w miłą opowiastkę wplatać pełne grozy wydarzenia, w ślad za którymi ciągną się niewyjaśnione, ciemne historie... Oczywiście na końcu Poirot częstuje nas nieoczekiwanie zupełnie zaskakującym rozwiązaniem zagadki. Książka ciekawa, intryga odpowiednio zamotana, ale w sumie nieco słabsza niż wspomniana wyżej "Śmierć lorda Edgware'a". Mimo wszystko daję 5+. Pięknie opowiedziana historia, jest tajemnicze morderstwo, jest romans, wyraziste postaci. Miło się czyta.


  • "ŚMIERĆ NADCHODZI JESIENIĄ" - Wydawnictwo Dolnośląskie, 2022r, 400 stron.




To właściwie zbiór opowiadań, nieco mniej klasycznych niż inne kryminały Agathy Christie, za to zawierających sporą dawkę grozy i zjawisk nadprzyrodzonych. Jak pisze wydawca - tomik zawiera najbardziej przerażające i enigmatyczne sprawy Herkulesa Poirot i panny Marple. No cóż, tak jak w przypadku "Czarnej kawy" - nie doczytałam przed zamówieniem informacji, że to zbiór krótkich opowiadań, a nie pełnowymiarowa powieść. Zaciekawił mnie raczej nieznany mi tytuł i wrzuciłam książkę w ciemno do koszyka. Wspominałam w innym wpisie o książkach Christie, że nie przepadam za opowiadaniami i na przykład "Dwanaście prac Herkulesa" zupełnie nie przypadło mi do gustu, głównie za sprawą krótkiej formy. Ale, jak sama Christie mówiła, tamte opowiadania były "zapchajdziurą", która w kryzysowym momencie miała jej po prostu przynieść jakiś szybki dochód. Był to logiczny ciąg kolejnych spraw kryminalnych, rozwiązywanych przez nieocenionego Poirota według pewnego schematu, można więc uznać to za jednolitą powieść. Tutaj natomiast mamy zupełnie nie powiązane ze sobą króciutkie historyjki, z których czasem niewiele wynika. Czasem miałam wrażenie, że zabrakło jakiegoś sensownego zakończenia. Takie zapiski pomysłów, które byłyby dobrą bazą do napisania powieści, ale zamknięte w mocno okrojonej formie... Jestem na nie, ale znam osoby, którym podobała się właśnie ta krótka forma. No ale ja jednak nie tego szukam u Christie. Lubię te drobiazgowo opisane historie, szczegółowe przedstawienie bohaterów i innych okoliczności. W opowiadaniach po prostu brakuje na to miejsca.

*****
Podsumowując wrażenia z lektury tych czterech książek Agathy Christie... To miał być taki eksperyment, czytanie przypadkowych, nie znanych mi dotąd książek tej autorki. Na przyszłość jednak będę pamiętać, żeby kolejnych nie brać w ciemno, tylko starannie wybrać porządne kryminalne powieści, żadne tam opowiadania czy adaptacje!

A na Pintereście znalazłam taką ciekawostkę:


Taka księga to chyba tylko ciekawy gadżet dla fana Christie, bo czytać takiego kolosa to raczej ciężko by było :))).
*****

sobota, 24 czerwca 2023

Takie tam...

Żaden sensowny tytuł wpisu nie przyszedł mi do głowy, no bo jak nazwać takie coś? Może - kolaż geometryczny? Z pewnością jest to kolaż, a nawet dwa, a przewaga ułożonych w równych rzędach i kolumnach kwadratów i doklejonych do nich równie "porządnych" elementów zasługuje na skojarzenie z geometrią. W sumie to lubię takie proste, uporządkowane, nie przekombinowane formy, więc samo jakoś tak wyszło :).



Pierwotny pomysł był nieco inny, bardziej zwariowany, zarówno co do kształtów, jak i kolorów, ale szykując sobie warsztat pracy i materiały, natknęłam się na spory stosik kartoników w różnych kolorach i wizja projektu zaczęła ewoluować. Te kartoniki to dość sztywne przekładki do segregatorów, które kiedyś odłożyłam przy porządkowaniu starych dokumentów firmowych i kasowaniu niepotrzebnych papierów. Niektóre mają dodatkowo ciekawą fakturę, wyciskane esy-floresy, lekko satynowy połysk lub drobne prążki. Wówczas, chowając te przekładki, jeszcze nie miałam żadnego konkretnego pomysłu, co z nimi zrobię, ale jakoś szkoda było wyrzucić :). No i teraz jakoś tak kusząco do mnie przemówiły...




Obie prace są w podobnym układzie niemal lustrzanym, mają wymiary A3, czyli około 30x40cm. Wykorzystałam rzeczone przekładki w kolorach ciemnej i jasnej czerwieni oraz jasnym ecru (jak zwykle słabo widać na zdjęciach niuanse kolorystyczne), kawałek papieru czerpanego, grubszy karton w kolorze ciemnego piasku i w miodowym, złoty cieniutki sznureczek, jedną pociętą na kwadraty moją własną złotą mandalę wyrysowaną na czarnym papierze - z tego wpisu: http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/01/tak-powstaja-gwiazdy-i-pustynne-roze.html (najmniej mi się podobała, to poszła pod nóż), a za tło posłużyły kartki grubego papieru 300g, w kolorach jasnego piasku. 





Wszystkie rysunkowe elementy wykonane są złotym żelopisem, co chyba też nie za bardzo jest widoczne na tych zdjęciach.

W sumie to sama nie wiem po co mi to, bo w domu raczej takich dekoracji nie powieszę, nie pasują. Pomyślałam, że z uwagi na te symbole kolorów kart mógłby to być prezent dla jakiegoś brydżysty czy innego karciarza... ale czy dzisiaj w ogóle ludzie grają w karty? Dawniej spotykano się na brydża, pamiętam jak rodzice mieli takie karciane wieczory ze znajomymi, a za moich lat licealnych grywało się (na wagarach!) w tysiąca i w jakieś proste gry typu makao, w każdym razie zawsze ktoś miał pod ręką talię kart. Moje dzieci miały już gry komputerowe i karty popadły w niełaskę... Chyba nawet żadnej talii w domu nie mamy... O tempora, o mores...!




Docelowo planuję jeszcze passe-partout, ale będzie potrzebne podwójne i o znacznej grubości, bo te naklejone elementy są jednak trochę wystające, a całość ma być pod szkłem. Tak więc udaję się na poszukiwania odpowiedniego materiału :).



*****

sobota, 27 maja 2023

Akcja renowacja.

Dzisiaj mam dla Was krótki wpis i coś z domowego archiwum. Ten pastel narysowałam wieki temu. No doooobra, przyznam się - od 40 lat co najmniej wisiał u moich rodziców... W słonecznym pokoju, choć nie w pełnym słońcu. Suche pastele są bardzo nietrwałe i wrażliwe na światło słoneczne, więc obrazek z czasem zaczął tracić kolory. Zabrałam go w końcu i postanowiłam odnowić, bo go lubię i szkoda by było rzucić na pożarcie płomieniom w kominku ;). Tutaj wersja po renowacji:




A tutaj przed (z jakimś refleksem i odbiciem w szybie, a w jakim stanie ramka, to każdy widzi):




Dawno temu uwielbiałam pastele, ale potem oddałam serce farbom olejnym i pastele poszły w odstawkę. Do dzisiaj jednak zachowało się pudło z kolorowymi pałeczkami sprzed kilku dekad - niezła firma i jakość, więc tak sobie leżały na półce między rysunkami, czekając na moją pastelową wenę... Wena nie nadchodziła, lata mijały, aż pojawiło się wyzwanie w postaci starego obrazka do uratowania. Pytanie jednak - czy po tylu latach pastele jeszcze się nadają do użytku? No i okazało się, że chociaż jakby nieco straciły swoją kredową miałkość i przyczepność, to wciąż dają radę :). Na potrzeby takiej ratunkowej akcji są w sam raz.

W trakcie pracy:




Nie chciałam obrazka całkiem przemalowywać, podkolorowałam tylko co nieco dla odświeżenia. Bardziej ucierpiała ramka, która się rozeschła, a dodatkowo w transporcie miała przygodę z gwałtownym hamowaniem i trzeba będzie ją posklejać. A w ogóle to może dam ten pastel do nowej oprawy, bo przydało by się passe-partout... Na razie leży luzem na szafie :).

Suche pastele, wymiary obrazka: 35 x 70 cm.




Pastelowe pałeczki firmy Dealer&Rowney mam od wielu lat, dostałam kiedyś, w czasach mojej wczesnomłodzieńczej aktywności twórczej, taki komplet 72 sztuk w tonacji portretowej. Było to naprawdę bardzo dawno temu, więc nie byłam pewna czy zachowały swoje właściwości po takim czasie. Okazało się, że "działają" prawie bez zmian, tak samo jak w czasach mojej i ich młodości :). 
Zestaw, jako się rzekło, był kolorystycznie przystosowany do rysowania portretów, a tych akurat niewiele rysowałam, więc "zeszły" mi raczej zielenie, błękity, szarości, fiolety, natomiast zostało sporo odcieni cielistych, beżowo-różowych, żółci i w kolorach włosów. Wykorzystałam zatem teraz to co miałam, nie widzę na razie sensu dokupienia brakujących kolorów, bo chwilowo nie przewiduję wznowienia rysowania pastelami. 




Kilka słów o technice. Degas, zapytany przez dociekliwego pasjonata pasteli o to, jak uzyskuje tak niesamowitą świetlistość barw w pastelach z tancerkami, odpowiedział: "Oczywiście, że martwym tonem, a co pan myślał?!". Oznaczało to używanie najpierw ciemniejszych, zgaszonych barw, a następnie na nich kolejne warstwy były nanoszone jasnymi pastelami. Natomiast żeby się to nie mieszało i nie brudziło, artysta utrwalał kolejne etapy specjalnym preparatem, co pozwalało mu na nakładanie na siebie wielu warstw pasteli. Nie wiem, jaki był skład tego preparatu, dzisiaj używamy fiksatywy, lub opcjonalnie znacznie tańszego lakieru do włosów, słyszałam też o wykorzystywaniu przez profesjonalnych pastelistów zwykłej wody z cukrem. Efekt podobny, to raczej kwestia wygody użycia i - nie da się ukryć - niebagatelnej różnicy w cenie.


Na ten sam pomysł wpadłam wiele lat temu zupełnie przez przypadek i pewnie wielu pastelistom takie "odkrycie" się przydarzyło. Otóż pewnego razu narysowany pastelami gotowy obrazek spryskałam fiksatywą, a że nigdy wcześniej jej nie używałam, nie wiedziałam, że spotka mnie pewna niespodzianka. Mianowicie ten specyfik ma to do siebie, że zmienia niektóre kolory - zazwyczaj je przyciemnia, ale w różnym stopniu, więc bywa nieprzewidywalny. Nie spodobał mi się wówczas ten efekt, bo obrazek stracił swoją wyrazistość. A więc poprawiłam rysunek. Wtedy właśnie zauważyłam, że znacznie lepiej nakłada mi się nową warstwę pasteli na powierzchnię pokrytą utrwalaczem, niż bezpośrednio na wcześniejszą warstwę pasteli. 




Pastelowego proszku nie można nakładać bez końca jeden na drugi - w pewnym momencie papier już nie przyjmuje kolejnej warstwy. Natomiast po utrwaleniu powierzchnia staje się znowu gotowa do nakładania kolejnych pasteli, robi się twarda i nieco szorstka, wcześniej naniesiony proszek nie osypuje się i można nakładać nowe kolory. Daje to rzeczywiście wspaniałe efekty, mimo że reakcję różnych kolorów na fiksatywę czasem trudno przewidzieć. Rysowanie pastelami w ten sposób jest więc w pewnym stopniu dziełem przypadku, który tylko trzeba umiejętnie wykorzystać. A jeśli chodzi o wykorzystanie szorstkości podłoża, to jako ciekawostkę dodam, że niektórzy pasteliści rysują po prostu na bardzo drobnym papierze ściernym. Papier, na którym powstał mój rysunek, to dedykowany właśnie pastelom specjalny rodzaj grubego papieru o dość szorstkiej powierzchni (w kolorze zbliżonym do grafitu).




*****


niedziela, 21 maja 2023

Trojaczki. (AKTUALIZACJA)

Info dla tych co już ten wpis czytali: aktualizacja jest na końcu posta.



Lubię czasem wracać do starych tematów, namalować coś, co już kiedyś było, ale w jakiś nowy sposób, w innym ujęciu, albo kolorystyce. Tym razem, szperając w starych obrazkach, znalazłam dwa "orientalne" i poczułam nagłą potrzebę namalowania dalszego ciągu. Chodziło mi to po głowie zresztą już jakiś czas temu i wiedziałam, kiedyś powstanie kolejny obrazek, nawiązujący do tych dwóch - dla przypomnienia, pokazywałam je tutaj "Powiew orientu znad Tamizy" i tutaj "Orientalnie po raz drugi"Opowiadałam tam o tym, skąd wziął się pomysł namalowania czegoś akurat w takich klimatach oraz trochę ciekawostek o mandalach i lotosach.

To są te dwa poprzednie (jak widać - wciąż nie oprawione, leżą sobie po prostu w teczce rysunkowej):



W zależności od tego, na jakim sprzęcie oglądacie ten wpis (komputer, telefon), zdjęcia zwykle są albo przejaskrawione, albo wyblakłe, a tak naprawdę to jest coś pomiędzy :).

Przez chwilę rozważałam inną kolorystykę, ale ostatecznie zdecydowałam się na kontynuację tej mini-serii tak jak było, w dwóch kolorach: ultramaryna i umbra. 



Trochę się jednak skomplikowało, bo w momencie jak usiadłam do malowania, to się okazało, że ultramaryna wzięła i "wyszła". Nie ma, zero, null. Oczywiście, jak to zwykle bywa - weekend, wieczorowa pora, nie ma skąd wziąć brakującej farbki, a ja muszę, bo się uduszę. No więc pokombinowałam z cyjanem i karminem, niezupełnie mi ta ultramaryna wyszła taka jak powinna, więc dodałam trochę cyjanu we wszystkich obrazkach, żeby je delikatnie ujednolicić kolorystycznie. Jak się nie pilnuje uzupełniania tubek z brakującymi kolorami, to trzeba potem kombinować. No i niestety, nie jestem zadowolona, trzeba było powstrzymać dzikie chęci natychmiastowego malowania, skoro się nie sprawdziło zawczasu czy potrzebne kolorki są. Ech...

No i szyja Buddy jakoś tak niechcący zniknęła w toku podmalowywania ;) - można co prawda wymywać akwarelę, ale jakoś straciłam zapał do tego obrazka i już nie chciałam więcej kombinować.



W tej sytuacji dalszego ciągu to już na pewno nie będzie ;). Temat jakiś pokrewny to i owszem, bo, jak wiecie - lubię mandale, one będą kiedyś jeszcze na pewno, lotosy się pojawiają od czasu do czasu, a joga też jest mi bliska, więc coś w tym duchu tak, ale inny styl, technika itd. Zresztą - czas pokaże.



Akwarela, cienkopis. Rozmiar A3 (około 30x40cm).

I powiem Wam, że jak miałam potrzebę oderwania się od recyklingowych kolaży i stąd się urodził pomysł na taki obrazek, tak teraz już tęsknię za tekturkowymi wyklejankami i coś czuję, że będzie ich więcej :). Rodzina znosi mi różne ciekawe pudełeczka, kartoniki i tekturki - już wiedzą, że szkoda wyrzucić, bo może się to przyda do dzieła sztuki :))).




Z wieści ogrodowych: Dżemik od jesieni przekopał dokładnie wszystkie rabatki... Hmmm... nie wiem tylko, dlaczego nie przerył zagonka pokrzyw, które się rozpleniły w okolicy hortensji? Pokrzywy zostały zatem wykarczowane przez człowieka i się suszą. Będziemy robić herbatki. Bo na robienie gnojówki do podlewania nie mam czasu, siły i ochoty. Herbatki będą też z kwiatostanów lilaka, może uda mi się przeprowadzić fermentację w tym tygodniu i zrobić fotorelację, to podam przepis.

Mówi się, że albo ma się psa, albo ogród. Ciężko to pogodzić, to fakt, zwłaszcza jak pies młody i rozsadza go energia. Tak więc nowych nasadzeń tej wiosny nie ma, żadnych delikatnych roślinek i ogrodowych rarytasów. Może kiedyś... Na razie cieszą mnie moje własne sadzonki lawendy, które wreszcie się przyjęły, po dwóch latach prób. Wyhodowane w skrzynkach na balkonie, poza zasięgiem Dżemikowych łapsk. Moja odmiana ma długie, przewieszające się pędy, kwitnie bardzo obficie i długo, po letnim cięciu drugi raz aż do przymrozków.  W sklepach takiej nie spotykam, więc chciałam rozmnożyć moje krzaczki, bo mają już ponad 20 lat i boję się, że jakiejś zimy nie przetrzymają i będzie klops... No więc cieszę się, że się udało i mam już lawendowe potomstwo :). 

A to jest moja największa radość i duma, królowa ogrodu - azalia pontyjska, ma już 25 lat i prawie 3 metry średnicy i wysokości. Kwitnie i pachnie niesamowicie, cała ulica otulona jest jej zapachem :). Ciężko było obfocić tak, żeby było widać ją w całości, bo trochę się wszystko wokół rozrosło i z każdej strony coś zasłania, więc te rozmiary nie bardzo widać... W tym roku zamierzam kilka krzaków w jej otoczeniu wykarczować, żeby miała więcej miejsca. A jak wsadzałam malutką sadzonkę, to nie wierzyłam, że to takie duże urośnie. Tak to jest w ogrodzie - najpierw nie możemy się doczekać, kiedy rośliny urosną, a potem jest problem, bo urosły aż za bardzo :). Obok rośnie też cis, posadzony w tym czasie co azalia, no i teraz to też potężna roślina, o tyle kłopotliwa, że wyłazi na ścieżkę no i wpycha się na azalię. No cóż, cisa nie wytnę, muszą więc jakoś koegzystować...




Azalia pontyjska jest najsilniej pachnącym gatunkiem azalii, jej miodowo-hiacyntowy zapach wyczuwa się z odległości aż 200m, a u osób wrażliwych może wywołać bóle i zawroty głowy. W okresie jej kwitnienia (około 3 tygodni) na noc zamykam okno w sypialni, bo krzew rośnie tuż koło domu, a zapach jest wręcz odurzający. Azalia pontyjska zwabia mnóstwo bzykaczy, ale nektar z jej kwiatów jest niestety dla ludzi trujący, więc w pobliżu nie powinny znajdować się pasieki, bo miód będzie niejadalny.


EDIT:

Słuchajcie, dałam tytuł posta TROJACZKI, a dopiero teraz mnie olśniło, że przecież to się akurat zbiegło z pojawieniem się TROJACZKÓW u Drevniego Kocurka! A tam jest już chyba tuzin kotków przygarniętych (straciłam rachubę, bo Kocurek co chwilę jakiegoś biedaka przygarnia). Trzeba pomóc, bo z najniższej krajowej, to wiecie, co sobie można... Tutaj jest link do zbiórki:

pomagam.pl/3miesiace

A tutaj można przeczytać o maleńkich kocich TROJACZKACH: 

https://kocia-focia.blogspot.com/2023/05/dzieje-sie-oj-ale-co-zrobic.html

Dorzućcie co-nieco do kociego koszyczka, dla maluszków i dla kocich staruszków, i dla chorowitków!


środa, 3 maja 2023

Pustynia z recyklingu.

No i jest drugi, obiecany kolaż (tutaj był pierwszy). Zgodnie z sugestią mojego syna miała być pustynia, egipskie skojarzenia, wielbłądy, piramidy, Sfinks. Kolory ciepłe - piasek, ugry, sepie, beże, ale też oranże, bursztyn, złoto, bo takie się podobają. Do dyspozycji: karton i tektura wielowarstwowa (z opakowań przeróżnych), farby akrylowe, klej Wikol, trochę rozmaitych śmieciowych przydasi (konkretnie włóczka i guzik), no i fantazja. 


Dwa ujęcia w różnym oświetleniu, a i tak nie widać realnych kolorów, tam jest więcej żółci, nie wszystko takie cynobrowe, ale aparat wie lepiej.



Uwielbiam sztukę starożytnego Wschodu, więc kusiło mnie, żeby wcisnąć w ten projekt jak najwięcej elementów z tamtej epoki. Poza piramidami i Sfinksem są zatem hieroglify (nie próbujcie ich odczytywać, bo to przypadkowy misz-masz :))) ), ale fragment kolumny staroegipskiej ostatecznie sobie odpuściłam, żeby nie przeładować kompozycji. Ale za to obowiązkowo jest karawana :). 



W fazie projektu karawana, dla przymiarek schematycznie narysowana na kartce, jeździła raz na dół, raz w górę obrazu... Palma, jako symbol oazy, to pojawiała się, to znikała, piramidy się przesuwały to tu to tam, sfinks raz był na tle piramid, raz z boku. Ciągle mi było mało miejsca na to wszystko, bo miał być jeszcze przecież bezmiar pustyni, a tu taki tłok! No ale jakoś to w końcu upakowałam, a całość ma rozmiar słuszny, więc przestrzeń też jest :).



W poprzednim kolażu zaszalałam twórczo z wytłoczką po jajkach wkomponowaną w pudełko po pizzy, tym razem zabrakło mi ciekawych pomysłów na temat wzbogacenia faktury dzieła... Przeszło mi przez myśl, żeby zrobić Wielkiego Sfinksa z papier-maché. Ostatecznie jednak porzuciłam ten zamiar, bo i tak musiałabym go mocno spłaszczyć, żeby mi za bardzo nie wystawał z całości, a po drugie chciałam zachować na całej kompozycji efekt gładkiej płaszczyzny, rozległej przestrzeni, pomimo wielu poutykanych elementów. No i ostatecznie Sfinks jest w ugrzecznionej wersji tekturkowej. Starałam się jednak, żeby nie był zbyt idealnie wystylizowany i przypominał jego obecną, zmasakrowaną nieco postać, którą najlepiej znamy. Bo oryginalne, starożytne oblicze, było upiększoną wersją podobizny faraona Chefrena, w dodatku pomalowaną w dość jaskrawe barwy. W sumie to pierwsza surowa, tekturkowa wersja wyszła mi najlepiej, ale podkusiło mnie, żeby ją podmalować, no i efekt nie jest do końca taki jak chciałam. Najzabawniej było, jak na pewnym etapie przeróbek Sfinksowi niechcący zrobiłam wytrzeszcz oczu, skierowany trochę po skosie, co wyglądało, jakby go ta karawana mocno zdziwiła i wkurzyła :)))). 



Natomiast co do piramid... Jak wiadomo, piramidy obecnie mają nierówną, schodkową powierzchnię, częściowo na skutek erozji, ale przede wszystkim - rabunku. Pierwotnie bowiem bloki kamienne (lub, jak mówią niektórzy badacze - odlane ze starożytnej odmiany betonu piaskowo-gliniano-wapienno-krzemowego, i mnie ta wersja jakoś bardziej pasuje) były pokryte polerowanym wapieniem, a szczyty - złotymi płytkami. Potężne ostrosłupy lśniły więc w słońcu pustyni oślepiającym biało-złotym blaskiem, co niewątpliwie robiło oszołamiające wrażenie. Oczywiście po wiekach okoliczni mieszkańcy uznali te budowle za doskonałe źródło materiału budowlanego, że o złocie nie wspomnę...

Żeby jakoś nawiązać do tego pierwotnego wyglądu - dodałam nieco złota tu i ówdzie. A w słońcu wykorzystałam patent z poprzedniego kolażu, tylko tam był bawełniany sznurek, a tutaj wiskozowa włóczka z lekkim połyskiem. Karawanę po prostu namalowałam, bo jednak wycinanie tych wielbłądzich nóżek trochę mnie przerosło ;). Palma za to jest trójwymiarowa, tzn. kilka liści z pomalowanego papieru wystaje z podłoża, reszta drzewa jest z tekturki odartej z tegoż papieru, ze dwa liście domalowałam. Nie wiem czy to widać, ale dwa liście odwijają się odstając całkiem od podłoża (i nie ma tam koloru błekitno-zielonego, to jakiś efekt mojego aparatu):



Rozmiary tego dzieła to około 70x100cm. A tutaj dla porównania kolaż pustynny z tym wcześniejszym, abstrakcyjnym, o połowę mniejszym:




No i wnioski mam takie: wycinanki i wyklejanki, których nie lubiłam w szkole, teraz uważam za świetną zabawę, podoba mi się ten recykling i pewnie wkrótce coś jeszcze wymyślę, ale pójdę raczej w kierunku abstrakcji. Chyba. Bo konieczność trzymania się jakiegoś realnego tematu trochę ogranicza moją kreatywność, za bardzo staram się oddać wiernie główny temat. Ale jeszcze zobaczymy... A na razie - na tapecie mam akwarelki :).

*****

Z życia moich kotów taka ciekawostka: okazało się, że Kocia, najbardziej wybredna spożywczo z całego stada, uwielbia słonecznik! Zostawiłam kiedyś na blacie w miseczce łuskane ziarna, Kocia zajrzała, spróbowała, myślałam, że na tym się skończy, a ona się na dobre przysiadła i wyjadła całkiem sporo. Zostawiłam w takim razie ziarenka, bo jednak po kocie jeść nie będę (chociaż zdarza się, że ja jem jajecznicę z jednej strony talerza, a kot z drugiej) - i po pewnym czasie Kocia znowu wcinała słonecznik, aż jej się uszka trzęsły :). Lubi też siorbać marynatę ze śledzi po wiejsku, czyli ocet z olejem, przyprawami i zapachem śledzia :))). A mięska surowego, którym pozostałe kociambry się zajadają, Kocia nawet nie tyka. No taka z niej dziwaczka i wegetarianka :))). Co się zresztą kotu dziwić, Dżemik z kolei potrafi za jednym zamachem zjeść pół torebki suszonych śliwek, następnie garść suszonej żurawiny i jeszcze zagryźć to arbuzem, winogronami albo gruszką. Podobno ludzie dają psom tartą marchew z jabłkiem, ale z żadnym z naszych psów to nie przeszło, one mają inne upodobania. Dżemik marchewką pluje, a jabłka najchętniej jada suszone, ewentualnie jak już są na naszej jabłonce, to zrywa sobie prosto z drzewka i zjada w całości. I tak to.

*****

Moi mili, ostatnio blogger robi mi nieprzyjemne psikusy, a mianowicie wrzuca niektóre komentarze do spamu. Dlaczego? - tego pewnie nie wiedzą nawet twórcy tej beznadziejnej nowej wersji, reguły nie ma w tym żadnej. Ale za to potrafi przepuścić do publikacji prawdziwy spam (wielokrotnie od tego samego spamera), muszę więc być czujna i wywalać to ręcznie. W każdym razie jeśli się zdarzy, że nie zobaczycie od razu swojego komentarza, to widocznie zadziałał porąbany algorytm bloggera, ale ja każdy komentarz na pewno wyłowię ze spamu i "uaktywnię", tyle tylko że może to potrwać dzień lub dwa, bo nie codziennie zaglądam na blog. 

W poprzedniej wersji spam był dla mnie widoczny od razu, w osobnej zakładce komentarzy na panelu sterowania. Teraz wszystkie są razem, te opublikowane i te uznane za spam, niczym nie wyróżnione, a ja zauważam różnicę dopiero jak chcę odpowiedzieć na komentarz i nie ma go pod postem na blogu. Wtedy wracam do listy komentarzy, najeżdżam na ikonki z boku, widoczne właśnie dopiero po najechaniu kursorem, i odhaczam "nie spam", potem jeszcze muszę odpowiedzieć na głupie pytanie czy na pewno chcę opublikować. Te wszystkie nowinki są zapewne po to, żeby zniechęcić użytkowników do korzystania z bloggera. 

A już zupełnie mnie zdołowała informacja Amyszki, że blogger-świnia zablokował jej niewinny post o drapaku dla kotków! Jak mniemam, to wina twórców algorytmu odsiewającego niepożądane treści, bo - jak mawia mój informatyk - samo się nie zrobiło, bo samo to się tylko błyska i grzmi! Co człowiek zaprogramuje, to system/program informatyczny wykona. 

I to by było na tyle, chciałam się w związku z powyższym rozpisać na temat sztucznej inteligencji i co ja myślę o tworach informatyków, istot jakby nie było niedoskonałych, ale darujmy sobie te nerwy.



*****

niedziela, 23 kwietnia 2023

Książki. O Freudzie, o Garbo, o Modiglianim.

Dzisiaj jest Dzień Książki i Praw Autorskich, zatem będzie o książkach.




Od pewnego czasu czytam głównie biografie, natomiast zupełnie nie pociąga mnie beletrystyka. Oczywiście nie zawsze tak było, a nawet, powiedziałabym, że było wręcz odwrotnie :). Nie, żebym teraz celowo obrała sobie za punkt honoru przeczytanie wszystkich możliwych biografii, ale tak się jakoś składa, że od dłuższego czasu w księgarni moje oko przyciągają pozycje zawierające interesujące życiorysy wybitnych postaci. Najczęściej są to artyści w szerokim znaczeniu tego słowa - malarze, rzeźbiarze, pisarze, czasem aktorzy itd, ale też ludzie biznesu, naukowcy, znacznie rzadziej na przykład politycy (właściwie to trafiło mi się w czytaniu chyba tylko dwóch, z czego jeden był jednocześnie artystą). Czasem jakąś książkę poleci ktoś w recenzji, innym razem elektryzuje mnie po prostu zauważone na okładce nazwisko głównego bohatera. 

Trzy książki, o których chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, znajdziecie w księgarni na półce z biografiami, ale - przynajmniej w dwóch przypadkach - nie są to biografie w pełnym tego słowa znaczeniu, traktują bowiem wybiórczo jedynie o pewnych aspektach życia głównych postaci. Ale lećmy po kolei...

DAVID COHEN - "Ucieczka Sigmunda Freuda".

Wydawnictwo ZYSK i Spółka, Poznań 2022, 390 stron, okładka miękka ze skrzydełkami.

To dość specyficzna książka i zdecydowanie nie dla każdego. Naszpikowana faktami i nazwiskami, wymieszanymi niekiedy w dość dziwnym porządku, w dodatku w dużej części przedstawionymi raczej sucho, bez literackiego lepiszcza. Te fragmenty przeplatane są całkiem sprawnie napisanymi dłuższymi opowieściami. Poziom i styl nierówny, co trochę utrudniało mi czytanie, zwłaszcza pierwszej połowy książki, a teraz sprawia, że ocena całości nie jest sprawą prostą i jednoznaczną. Trudno zaprzeczyć, że autor wykonał potężną robotę, przekopując się przez rozmaite archiwa rozsiane po całym świecie, dodatkowo weryfikując część z nich w konfrontacji z niektórymi świadkami ówczesnych wydarzeń. Zabrakło mu jednak polotu w przekazaniu tego wszystkiego w zgrabnej formie zwykłemu czytelnikowi. Może zresztą nie miał takiego zamysłu...? Może książka w zamyśle została przeznaczona dla wąskiej grupy czytelników?




Tematem przewodnim opracowania jest wyjaśnienie okoliczności ucieczki Zygmunta Freuda z nazistowskiej Austrii. Tytuł intrygujący, ale to chyba zabieg celowy, bo tak naprawdę jest to taka specyficzna biografia Freuda, w której autor przebiega przez cały życiorys swojego bohatera, ale skupia się głownie na okresie okołowojennym. Do meritum dochodzimy więc wyboistą drogą przez pierwszą połowę książki, w której autor sięga zarówno do dziejów całej rozgałęzionej i tzw. patchworkowej rodziny Freudów, pisze o okolicznościach towarzyszących dojściu do władzy Hitlera, a także nawiązuje do kontaktów Freuda z innymi psychoanalitykami, ich sporów i współpracy. Całość jest udokumentowaniem pracy badawczej autora, który jednak, przyznajmy, nie jest literatem, więc podaje nam suche fakty, wyjaśniając skrupulatnie ich pochodzenie i jego własne wątpliwości lub komentarze, jednak brakuje w tym wszystkim płynnej fabuły, a nawet, mam wrażenie, że i sensownego planu. Niejednokrotnie w jednym akapicie mamy wrzucone nie powiązane ze sobą zdania wyrwane z różnych kontekstów. Historie o kłopotach przyrodnich braci, zdanie z listu Freuda o jakiejś błahostce dotyczącej osobistych zakupów, i do tego jakaś uwaga o sporze z innym psychoanalitykiem, bez związku ze zdaniami poprzedzającymi - to wszystko w jednym akapicie. Odnoszę wrażenie, że takie (dość liczne) fragmenty książki są żywcem wklejonymi roboczymi notatkami autora powstałymi w trakcie wertowania listów i dokumentów, przez nieuwagę nie dopracowane przed publikacją. Trochę ciężko się to czyta, co jakiś czas trzeba się "zawiesić" i samemu rozebrać na czynniki taki zlepek, dopasować poszczególne zdania do wcześniejszych i późniejszych wątków. Ktoś z lżejszym piórem mógłby z tego materiału zrobić pasjonującą biograficzną perełkę, panu Cohenowi ta sztuka się jednak nie udała. Zaznaczam jednak, że jestem być może specyficznym czytelnikiem, dla którego niezwykle istotny jest język wypowiedzi. Lubię czytać książki napakowane treścią, ale jednocześnie napisane lekko, składnie, z pewną elegancją. Tutaj trochę się potykałam o brak spójności i jednolitego stylu, o składnię i sens.

Niemniej jednak, jeśli kiedykolwiek ciekawiła Was psychoanaliza i nazwisko Freuda nie jest Wam obce, książka może się okazać interesująca, jako próba wyjaśnienia skomplikowanych okoliczności związanych z ucieczką Freuda z nazistowskich kleszczy i udziałem w tym przedsięwzięciu pewnego... nazisty. Ot, takie zaskakujące fragmenty ówczesnej rzeczywistości, realia funkcjonowania w tym wszystkim żydowskiej społeczności i ludzka twarz niejednego wroga. Życie.

Dla mnie książka zrobiła się ciekawa gdzieś w połowie. Spora dawka szczegółów związanych z realiami życia w nazistowskiej części Europy, pierwsze ataki na żydowską kulturę i biznesy, karkołomne sposoby, do jakich uciekali się Żydzi, aby ocalić życie i majątek, a jednocześnie jakoś w miarę normalnie funkcjonować w coraz bardziej nieprzyjaznej rzeczywistości. Pojawiają się nawiązania do freudowskich koncepcji analitycznych, sprawy środowiska psychoanalityków, są liczne wzmianki o publikacjach, osiągnięciach, sporach itd. I trochę humoru. Rozbawiła mnie anegdotka o córce psychoanalityczki współczesnej Freudowi, z którą rozmawiał autor książki. Po wielu latach spędzonych wśród psychoanalityków naszła ją refleksja, że rozmowa i dobry rosół są równie skuteczne jak skomplikowane metody psychoanalityczne. No coś w tym jest :))). W tej drugiej części książki rozdziały stają się łatwiejsze do przyswojenia, autor odchodzi od wklejania roboczych notatek i wpada w tryb całkiem zgrabnej opowieści. Interesująco opowiada o Anschlussie, codziennym życiu Freuda i jego najbliższych, sytuacji analityków w okresie okołowojennym. Tytułowa ucieczka w gruncie rzeczy zawiera się w dwóch czy trzech krótkich rozdziałach, mimo iż była operacją karkołomną w obliczu obowiązujących wówczas procedur i licznych zakazów, dotyczących zwłaszcza Żydów. Nie będę zdradzać więcej szczegółów, a książkę rekomenduję czytelnikom w jakimś stopniu zorientowanym w psychoanalizie, lub przynajmniej - gotowym na sporą dawkę szczegółów dotyczących problemów i prac ówczesnych analityków.


ROBERT GOTTLIEB - "Garbo. Najbardziej tajemnicza gwiazda Hollywood".

Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK, Kraków 2022, 560 stron, okładka twarda.




Szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś innego, większej dawki ciekawie opowiedzianych szczegółów z życia, zwłaszcza prywatnego, Grety Garbo. Tymczasem szkopuł polega na tym, że biografowie mają trudny orzech do zgryzienia, zabierając się za jej życiorys, ponieważ Garbo bardzo dbała o swoją prywatność, nie była osobą towarzyską, wręcz unikała - nie tylko paparazzi - ale w ogóle ludzi. Owszem, bywała na różnych spotkaniach, znała wiele osób, miała też krąg swoich przyjaciół, jednak niewiele zachowało się wiarygodnych wspomnień jej znajomych, a jeszcze mniej dokumentów, listów itp.

Jest to jednak, jak zapowiada notka wydawnicza, must read każdego kinomana, z najpiękniejszymi zdjęciami zjawiskowej Garbo, a więc przede wszystkim opowieść o aktorce i o jej filmach. Muszę się przyznać, że raczej nie zaliczam się do grona fanów kina, jestem w grupie całkiem przeciętnych odbiorców filmów. Garbo kojarzę z dawnych fotosów z okresu mojej wczesnej młodości, kiedy wciąż jeszcze mówiło się o niej jako jednej z największych gwiazd filmowych, a także bardziej z życiorysów innych, współczesnych jej postaci, choćby Marleny Dietrich (jakiś czas temu pisałam na blogu o biografii MD - tutaj). W zasadzie właśnie historia Dietrich zachęciła mnie do sięgnięcia po książkę o Garbo. Z filmów z jej udziałem pamiętam jedynie (być może najlepszą w jej dorobku) "Damę kameliową". Trudno mi przypomnieć sobie jakiś inny konkretny film z Gretą Garbo, który obejrzałam od początku do końca. Powinnam chyba obejrzeć "Ninoczkę", nie pamiętam, żebym ją widziała, a to podobno drugi (a może nawet pierwszy) świetny film w jej karierze. W każdym razie nie pamiętam innych jej ról, poza rozmaitymi przeglądami filmowymi, jedynie z fragmentami filmów.





Autorem tej biografii jest Robert Gottlieb, znany miłośnik kina tzw. złotej ery Hollywood, zatem książka przypadnie do gustu szczególnie kinomanom. Oprócz życiorysu Grety Garbo znajdziemy tutaj przede wszystkim bardzo szczegółowo omówione wszystkie produkcje, w jakich brała udział. Fenomenem jest fakt, że pochodząca ze Szwecji młoda gwiazda nie nagrała tych filmów jakoś specjalnie dużo (karierę zakończyła nagle, mając zaledwie 36 lat), a w większości nie zyskały one powodzenia za sprawą dobrego scenariusza, czy innych zalet sztuki filmowej, lecz jedynie dzięki jej udziałowi. Książka jest zatem próbą rozwiązania zagadki fenomenu Garbo. 

Żeby Was jednak zachęcić, mimo tego mojego marudzenia, zacytuję tutaj obszerne fragmenty z noty redakcyjnej:

"Nie lubiła ludzi, ale swoim spojrzeniem uwodziła miliony. Zarabiała astronomiczne sumy i jednocześnie była legendarnie skąpa. Mimo szafy pełnej zjawiskowych sukien chodziła głównie w męskich spodniach i nie zawsze czystych swetrach. Mężczyźni się o nią zabijali, ale najdłuższy związek stworzyła z kobietą. Choć chorobliwie strzegła swojej prywatności i uciekała fotoreporterom, aż do śmierci elektryzowała tłumy. (...) Jak wstydliwej Szwedce z robotniczej rodziny udało się podbić Hollywood? Czy karierę zawdzięczała wpływowym kochankom, których umiejętnie dobierała sobie już jako nastolatka? Czy ta niebywale piękna kobieta tak naprawdę czuła się mężczyzną? I dlaczego będąc u szczytu sławy, nagle zakończyła karierę?".



Obszerną część książki stanowią fragmenty z różnych artykułów, książek, filmów, a nawet piosenek, w których przewija się nazwisko (a właściwie - pseudonim) Garbo. Wstęp do polskiego wydania napisał Tomasz Raczek. I wisienka na torcie - mnóstwo wspaniałych zdjęć aktorki, zarówno prywatnych, jak i najpiękniejszych filmowych fotosów.


SYLWIA ZIENTEK - "Lunia i Modigliani".

Wydawnictwo Agora, Warszawa 2022, 543 strony, okładka miękka ze skrzydełkami.


Zdjęcie na okładce to kompilacja autoportretu Modiglianiego oraz namalowanego przez niego portretu Luni Czechowskiej


Nie pamiętam, gdzie natknęłam się na recenzję tej książki. Pewnie gdyby nie owa recenzja, to nie sięgnęłabym po tę książkę, bo biografię Modiego pióra Pierra Sichela uważam za genialną i kompletną, ale z recenzji wynikało, że pani Ziętek ma nieco inne spojrzenie, lub wiedzę, na niektóre aspekty życiorysu mojego ukochanego artysty. Zaintrygowana postanowiłam więc zapoznać się z tymi rewelacjami. No i przed zamówieniem nie zwróciłam uwagi na fakt, że jest to nie biografia, lecz powieść. Trzeba jednak przyznać, że w zasadzie fikcji literackiej nie ma jakoś specjalnie dużo, autorka bowiem dość ściśle trzyma się faktów.

Głównym fikcyjnym aspektem jest poziom zażyłości Luni Czechowskiej i Amadeo Modiglianiego, ponieważ tak naprawdę nie ma zbyt wielu dowodów na to, jak tam naprawdę układały się ich relacje. Książka napisana jest w pierwszej osobie, w formie wspomnień Luni. Nie przepadam za taką formułą, ale dość szybko przyswoiłam sobie pomysł autorki i dałam się uwieść romantycznej historii modelki i jednego z najwybitniejszych artystów. Opowieść napisana jest całkiem zgrabnie, choć niektóre naciągane fakty nieco mnie raziły, ale - powtarzam - mam głowę nabitą szczegółową biografią Modiglianiego autorstwa Sichela, więc trochę się (podświadomie) czepiałam szczegółów. 

Sylwia Zientek sama przyznaje, że do napisania tej książki natchnęła ją praca nad inną pozycją - "Kobiety na Montparnasse", o której opowiadałam Wam tutaj. Mając więc bazę w postaci przygotowanego bogatego materiału o kręgach sztuki w Paryżu przełomu XIX i XX wieku, mogła przystąpić do nieco fantazyjnego opisania jednego z ciekawych wątków z udziałem wyjątkowego malarza. W historię Luni Czechowskiej wplecione są więc ciekawe opowieści o innych ówczesnych artystach, marszandach, modelkach i innych barwnych postaciach. 

Jeśli lubicie sztukę, jeśli lubicie Paryż, a zwłaszcza - jeśli lubicie obrazy Modiglianiego, koniecznie sięgnijcie po tę opowieść. A o najbardziej rzetelnej i drobiazgowej biografii Modiego możecie przeczytać w moim wpisie tutaj.



*****

niedziela, 16 kwietnia 2023

Kolaże miały być dwa, ale najpierw jeden.

Potrzebowałam odskoczni po dość realistycznych lotosach, które pokazywałam Wam w poprzednim wpisie. Lubię zmieniać tematy, techniki. Jakaś abstrakcja totalna za mną chodziła, geometryczne układanki albo jakieś mazaje do niczego nie podobne... Tak żeby zająć ręce, ale nie spinać się, że to ma coś konkretnego przedstawiać. Akurat przyszedł synek, pokazałam mu tamten lotosowy obrazek, ustawiony na gzymsie nad schodami, a obok stał niby-mandalowy kolaż, który popełniłam jakiś czas temu (tutaj był prezentowany). Tak sobie gawędziliśmy i synek powiedział, że bardzo mu się podoba tamta recyklingowa trójwymiarowa kompozycja. 



Ha! W tym momencie doznałam olśnienia na temat kolejnego arcydzieła, jakie wyjdzie spod moich rwących się do tworzenia rąk :). Bo ja lubię robić coś (malować, rysować, pisać itd) na zadany temat. Czasem nawet im temat jest trudniejszy, tym bardziej się angażuję i wychodzą mi całkiem fajne rzeczy. 

A miałam uzbieranych już trochę, odkładanych przy różnych okazjach, tekturek i innych przydasi, chodziły mi po głowie mgliste pomysły co do ich wykorzystania, ale wciąż brakowało konkretnej wizji. No więc mówię do synka: rzucaj pomysły, zainspiruj mnie, mów, co Ci się podoba, kolory, motywy itd. Synek zdecydowanie wybrał paletę barw pustynnych - piasek, beż, złoto, bursztyn. Klimaty pustynne, skojarzenia z Egiptem na przykład... Tutaj mnie zaskoczył, bo jest zdeklarowanym wielbicielem Meksyku, w którym to kraju nawet był i jeszcze być zamierza, w przeciwieństwie do Egiptu, a w mieszkaniu gromadzi rośliny, które kojarzą mu się z dżunglą (duże okazy, skórzaste liście itp). No, ale dobra, odrzućmy uprzedzenia, jest wyzwanie pustynne - działam!




Miałam od dawna przygotowane dwa spore podkłady tekturowe pod te kolaże, a oprócz tego element, który koniecznie chciałam gdzieś w jakiejś instalacji artystycznej wykorzystać. Wytłoczka po jajkach i pudełko po pizzy, które idealnie pasowało jako ramka do tego jajkowego pojemnika :). Okrągły otwór wycięłam dawno temu, wytłoczkę włożyłam do środka i tak to czekało na moje natchnienie. 

Wstępne układanki:



Ponieważ synek chciał motywy egipsko-pustynne (pustynia, sawanna, sfinks, piramidy, wielbłądy itp.), a jajkowa wytłoczka jakoś mi w ten projekt nie wchodziła, to od razu postanowiłam, że - trzymając się zbliżonej kolorystyki - zrobię za jednym zamachem dwa kolaże: pustynny i wytłoczkowo-jajeczny, czyli abstrakcyjny :). Na egipską pustynię nie miałam jeszcze konkretnego pomysłu, zatem w ramach rozgrzewki najpierw powstała wytłoczkowa abstrakcja, z nadzieją, że w trakcie pracy wena mnie natchnie jakąś egipską wizją.


no naprawdę, te kolory w rzeczywistości są mocniejsze i cieplejsze


Oprócz tekturek różnej grubości użyłam farb akrylowych, w tym metalicznej złotej (nareszcie jakieś sensowne zastosowanie dla akryli, którymi nie lubię malować obrazów, ale tutaj świetnie się sprawdziły), pisaków, guzików i sznurka.




Kolejny kolaż (ten co to miał być pustynny bardziej) baaardzo powoli nabiera kształtów, ale koncepcja zaczęła się zmieniać w trakcie pracy i jeszcze nie wiadomo, co z tego wyniknie ;). Ja bym chyba najchętniej poszła w starożytne motywy, staroegipskie hieroglify i tak dalej, ale muszę to jeszcze przemyśleć. A może zachód słońca nad pustynią i karawana na horyzoncie? Hmmm... Zobaczymy...

Jest plan, żeby dać jakąś ramkę, ale na razie stoi sobie toto na półeczce nad schodami:



Kolory w realu są nieco bardziej nasycone i ciepłe, kojarzy mi się ten kolaż ze złotą polską jesienią :). Bardzo na czasie, haha :).



PS. po opublikowaniu posta z komputera obejrzałam to jeszcze raz w telefonie, no i muszę powiedzieć, że całkiem inaczej widzę to w komputerze, inaczej na ekranie smartfona. A niby oba sprzęty całkiem dobrej klasy, hmmmm... W komputerze mam kolory nieco zgaszone i blade, dlatego podkręcam je w programie do obróbki, a tymczasem w telefonie widzę jaskrawe pomarańcze, których w realu nie ma. Tak że każdy zobaczy to inaczej. W rzeczywistości to są kolory ciepłego piasku, jesiennych liści itp. No cóż, techniki nie przeskoczysz.