czwartek, 20 lipca 2023

Zakładki.

Miało być o czymś zupełnie innym, ale namnożyło mi się trochę tych zakładek, więc przyszła pora, żeby jakąś część pokazać. Dzisiaj takie kwiatkowe, z naklejanymi suszkami, eksperymentalne poniekąd, świeżynki najnowsze. 




Kiedyś już pisałam o tym, że ja w zasadzie nie używam zakładek, bo przeszkadza mi w książce wszystko, co jest grubsze niż kartka papieru. Ale robić je lubię :).

Zakładki, podobnie jak różne malutkie rysuneczki i inne bazgrołki, są fajną odskocznią i urozmaiceniem w trakcie pracy nad większym formatem. A ja właśnie mam na sztaludze obraz, który miał powstać raz-dwa, bo miałam w głowie konkretną wizję... Ale jakoś idzie mi jak po grudzie, codziennie maźnę pędzlem kilka razy i potem siedzę i dumam, czy to na pewno tak ma być. Zaglądam do niego kilka razy dziennie i mam wątpliwości. Czasem lepiej zostawić taki ciężko idący projekt, odpocząć, zająć się czymś innym. Bo życie nie znosi próżni, więc jakoś tak mimochodem zabrałam się za drobiazgi.




Kilka kwiatków zasuszyłam jeszcze w ubiegłym roku, zupełnie o nich zapomniałam, a tu nagle wypadły z książki... Drugim elementem była torebka prezentowa, która do dalszego użytku się nie nadawała, bo coś tam się naderwało... Ale papier był ciekawy - gruby szaro-brązowy papier typu eko, z nadrukiem w stylu vintage. Znalazłam jeszcze kawałek papieru czerpanego, no i tak jakoś poskładałam te różne elementy i powstały zakładki. Nie lubię, jak się za dużo naraz dzieje na kartce papieru, wolę minimalizm, więc ozdobny papier "robi" tył zakładek, a kwiatki umieściłam na gładkim tle, dodając tylko tu i ówdzie odrobinkę złotego żelopisu. Tak wyglądają ich "plecki":



Chwościki zrobiłam z muliny, której zapasy nieprzebrane mam z czasów, kiedy namiętnie haftowałam. Do haftu raczej nie wrócę, a na pewno nie przerobię tych wszystkich nici, więc znalazłam dla nich takie właśnie zastosowanie :).



Napisałam, że zakładki są w pewnym sensie eksperymentalne, bo trochę się przy ich tworzeniu uczyłam. Z tego też powodu nie wszystko poszło zgodnie z planem i nie wszystko się udało ;). Nie załamuję rąk, bo to była zabawa dla siebie samej, a że kilka wyszło całkiem nieźle, to będą się nadawać choćby na prezenty, jako dodatek do książek na przykład.



Pierwsza nowość dla mnie to chwościki, które zrobiłam wzorując się na filmikach znalezionych na YT. Niby prościzna, ale dopiero po kilku średnio udanych zaczęło mi to wychodzić jak należy. Musiałam dopracować metodę zawiązywania i znaleźć odpowiednią długość sznureczka do zawieszenia przy zakładce, jak i samego chwosta. W sumie jednak nie jest to jakaś skomplikowana sprawa, tak że ten punkt mogę uznać za opanowany :).



Gorzej mi poszło z laminowaniem. Co prawda zakładki z zasuszonym kwiatkiem mają większy urok bez laminatu, ale są na tyle delikatne, że przy normalnym użytkowaniu te kwiatki szybko by się pokruszyły i osypały. Pierwszym pomysłem było więc pokrycie kwiatków klejem, np. rozwodnionym wikolem, który jest bezbarwny po wyschnięciu. Wahałam się miedzy klejeniem a laminowaniem... Ostatecznie zdecydowałam się jednak na laminowanie - i to był błąd.




Posiadam laminator, taki zwyczajny do domowo-biurowego użytku. Ale! Taka maszynka nadaje się świetnie do zabezpieczania dokumentów i zwyczajnych zakładek z papieru czy kartonu, to już przerabiałam i wyszło świetnie, natomiast tutaj doszły jeszcze zasuszone kwiatki, niektóre o konkretnej grubości (na przykład lawenda). Była obawa, że się to zatnie w laminatorze i nie wiadomo, co z tego wyniknie. No więc - zainspirowana internetowymi poradami - sięgnęłam po żelazko. Albowiem mając folię do laminowania można zamiast laminatora użyć żelazka, w końcu chodzi tutaj o temperaturę i odpowiedni nacisk.


No i właśnie ten punkt programu raczej nie wypalił, albo - można powiedzieć - wypalił średnio. Cieńsze zakładki wyszły spod żelazka mniej więcej tak jak powinny, w zasadzie jest ok, natomiast te grubsze, z lawendą i kłosami, już nie za bardzo. Folia nie przykleiła się dokładnie, pomimo dość długiego czasu nagrzewania, dociskania itd. Powody mogły być różne, od zbyt niskiej temperatury żelazka (w internetach pisali, żeby ustawić na najniższą, ja i tak dałam tak po środku), przez słaby docisk (no nie powiem, żebym dała z siebie wszystko), po zbyt grubą do takiego eksperymentu folię laminacyjną. Ona jest świetna do dokumentów, ale tutaj prawdopodobnie cieńsza lepiej by się "dopasowała" do kwiatka. Tak więc gdybym miała kiedyś robić tego typu zakładki, to musiałabym jeszcze poćwiczyć kwestię laminowania, może da się to zrobić lepiej. 




Jednak wczorajszy post Justynki (tutaj) upewnił mnie, że klej jest doskonałym wyborem. Więc na przyszłość: trzeba zawierzyć intuicji i wybrać to, co nam przychodzi do głowy w pierwszym przebłysku. Kolejne eksperymenty z kwiatkowymi zakładkami będą więc z użyciem kleju, to zdecydowanie lepsza opcja i wygląd kwiatków będzie bardziej naturalny. Lawenda kwitnie, wkrótce będzie się suszyć :).

To teraz wracam do mojego obrazu, który jakoś nie chce sam się namalować...



*****

niedziela, 2 lipca 2023

Jesienny lipiec.

Wygląda na to, że pory roku mi się pomyliły, ale to chyba ten listopadowy półmrok w lipcowe południe tak na mnie zadziałał. 







Grzebałam w szufladzie szukając czegoś - i trafiłam na zapomniane metaliczne farbki Kuretake Gansai oraz cienkopisy różnych rozmiarów. I przypomniałam sobie o wizji obrazka w klimacie późno jesiennym... Niby nie na czasie, ale kto powiedział, że w lecie tylko kwiatki i plażę można malować. No i tak powstały dwa szybkie obrazeczki.





Tło - papier do mixmedia w kolorze piaskowym, rozmiar A4, użyte zostały czarne cienkopisy i metaliczna farbka w kolorze różowego złota, chociaż można by ten kolor podciągnąć pod miedziany (czyli baaardzo różowe złoto), a listopadowe zamglone słoneczko, jak na lipiec przystało - w perłowej bieli. Docelowo mają być oprawione w czarne passe-partout, a teraz na tym czarnym leżą, wbrew pozorom to nie jest granat, tylko mój aparat wie lepiej.

Pokazuję je w takich różnych kątach nachylenia, bo próbowałam jakoś uchwycić przynajmniej ten połysk, skoro same kolory zupełnie mi nie wychodzą na zdjęciach :).






Pejzażyki bardzo uproszczone, elementem bizantyjsko zdobniczym jest oczywiście ten blask złota, a raczej miedzi. Czasem mam takie napady sroczyzmu i wtedy lubię jak coś się błyszczy i złoci.



Na takie obrazki czarno-złote mam sporo pomysłów, ale najpierw muszę znaleźć dla nich zastosowanie. Bo na razie to tego typu twórczość występuje u mnie pod roboczą nazwą "chałturki". Ostatnio pojawiła się myśl, żeby popowieszać trochę tych moich wytworków w pracy... Bo ja się szykowałam na emeryturę, a tu dziecko moje własne rzuciło mi kłodę pod nogi, mówiąc, że może by ono tak weszło w ten biznes... ech... Więc w tej sytuacji - zamiast leżeć sobie pod gruszą na dowolnie wybranym boku - będę przez czas jakiś dalej zasuwać w robocie. Bo dziecko co prawda kiedyś u mnie już pracowało, ale z trochę innym nastawieniem, więc teraz trzeba je w różne sprawy jeszcze wprowadzić. W związku jednak z moimi wcześniejszymi planami emerytalnymi od pewnego czasu nie inwestowałam w firmę i biuro nieco się zapuściło, wołając o remont, a przynajmniej odświeżenie. Będziemy więc odświeżać i dekorować. Moimi dziełami. A co!

*****


piątek, 30 czerwca 2023

Książki. Božidar Jezernik o kawie, Agatha Christie... o tym co zwykle ;).

Konsekwentnie czytam kolejne książki o kawie. Tutaj (klik) opowiadałam o bardzo ciekawej pozycji dla kawoszy, a za jakiś czas będzie (mam nadzieję)  cały post "kawowy" - o metodach parzenia, o książkach, o sprzęcie i gadżetach, o kawie w ogóle. Ale to jeszcze chwilę potrwa. Tymczasem dzisiaj najnowsza pozycja z listy kawowej literatury.

  • BOžIDAR JEZERNIK - "Kawa". Wydawnictwo Czarne, 2021r, 248 stron



Niby esej. Tak przynajmniej zaznaczono na okładce, zabrałam się więc za czytanie z dużym entuzjazmem, tym bardziej, że w notce wydawniczej obiecano mi "barwną opowieść" o kawie. Ale entuzjazm opadł mi już w trakcie pierwszego rozdziału i później było już tylko gorzej. Bo jest to rzecz jest dość ciężka, napisana w dodatku bez literackiego polotu i osobistych refleksji autora, jak na esej przystało. Mnóstwo informacji, to prawda, ale sucho wyłożonych, trochę wymieszanych niestety i niezbyt dobrze zredagowanych. Sama długość (rozmiar solidnej powieści) i napakowanie informacjami skłania mnie bardziej do porównania tego dzieła z monografią, choć też nie do końca. Na pewno nie jest to krótka forma do przeczytania za jednym posiedzeniem, nawet dość długim. Ilustracje trochę bez związku z treścią, dużo fragmentów powtarza się, generalnie sporo chaosu. Zabrakło sprawnej redakcji i ciekawych anegdotek. Kompletnie mnie to nie porwało i nie wciągnęło. To wszystko sprawia, że czytanie tej książki nie jest przyjemne, żadna to "barwna opowieść", jak zapowiada wydawca. Jest jednak mnóstwo konkretnych informacji o historii czarnego napoju, o uprawach, zwyczajach itd. Spodziewałam się jednak czegoś innego - miłej i wciągającej lektury. Trójka z plusem - trójka za styl, a ten plus za ogrom wiedzy kulturowej i historycznej. Dla prawdziwych pasjonatów.


*****

No i kolejne tomy kryminałów pióra Agathy Christie, wszystkie wydane w ramach Kolekcji Jubileuszowej przez Wydawnictwo Dolnośląskie (seria ukazuje się od roku 2020). Tym razem wybrałam książki wcześniej zupełnie mi nieznane, ot tak, żeby sprawdzić, czy mistrzyni gatunku utrzymała w nich swój styl i poziom.

Jeśli chcecie poznać moje opinie o innych książkach królowej kryminału, to znajdziecie je tutaj:

http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2019/10/ksiazki-dawna-medycyna-jej-tajemnice-i.html

i tutaj:

http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2022/11/ksiazki-christie-ristujczina-empicka.html


  • AGATHA CHRISTIE - "Czarna kawa".   Wyd. Dolnośląskie, 2023r, 208 stron.


Jak by nie było - nie tylko moja ulubiona autorka kryminałów, ale i kawa w tytule ;).

No cóż... Z jakiegoś powodu jedne książki utrzymują się na szczycie list bestsellerów, wznawiają nakłady, rozchodzą się jak świeże bułeczki, a inne są ogółowi czytelników słabo znane. Albo nieznane zupełnie. O tej "Czarnej kawie" wcześniej jakoś nie słyszałam. 

Niestety jednak - od początku lektury miałam mieszane uczucia, źle mi się to czytało, nic mnie nie wciągało, coś było nie tak... Z jednej strony - intryga zapowiada się interesująco (otruty zostaje wynalazca niezwykle silnego materiału wybuchowego, w tle skomplikowane relacje rodzinne), z drugiej - wprowadzanie czytelnika w różne okoliczności i przedstawianie kolejnych postaci odbywa się w jakiś dziwnie toporny i sztuczny sposób, brakuje psychologicznej charakterystyki, pobocznych wątków i typowego dla Christie bogatego entourage'u. Poirot pokazany jako wyjątkowo irytujący bufon. Niektóre sytuacje opowiedziane niemal w punktach: X wszedł, Y wziął filiżankę, X stanął obok, sięgnął po filiżankę, Y postawił filiżankę na stoliku, Z podniosła filiżankę, Q się odwrócił trzymając filiżankę - i tak przez całą stronę. Jakaś masakra... Coś mnie w końcu tknęło i zrobiłam to, co zwykle czynię na początku, a tu jakoś pominęłam rytuał: obejrzałam zatem okładki, wklejki, stronę tytułową i tak dalej...

No i dopiero wtedy na stronie tytułowej tomiku przeczytałam, że jest to adaptacja Charlesa Osborne'a sztuki A. Christie "Black coffee". Szczerze mówiąc nie doczytałam też szczegółów na stronie księgarni internetowej... Ale (poniewczasie) zajrzałam, żeby sprawdzić, czy coś o tym było, czy nie... No i otóż na stronie Gandalfa ani słówka na temat adaptacji. Wzmianka takowa jest za to na stronie Empiku, czyli można. Generalnie wolę zamawiać w Gandalfie, ale wkurzają mnie te ich opisy, sklecone przez nieudolnego copywreitera, takie irytujące i nic nie mówiące blablabla. Na ogół czytam wcześniej recenzje na różnych portalach, zanim coś zamówię, ale tym razem niemal w ciemno wzięłam z rozmysłem mało znane tytuły, no i tym sposobem zaliczyłam dwa rozczarowania i wyrzuciłam kasę w błoto...

Jako autorka książki wymieniona jest Christie, więc do głowy mi nie przyszło, że tu może być taka niespodzianka. A już kilka razy nacięłam się na takie przeróbki i podróbki znanych pisarzy, po ostatnim razie obiecałam sobie, że nigdy więcej czegoś takiego nie wezmę do ręki. No i przegapiłam ten szczegół, stało się, kolejna nauczka.

W zasadzie autor adaptacji chyba niewiele wniósł do scenariusza, książka składa się głównie z dialogów i scenopisów, a to, co pan Osborne dopisał, jest marnym lepiszczem i niestety bardzo słabo oddaje styl pani Christie. A zatem: intryga - na tak, styl - nie bardzo. Powiedzmy trójka z plusem. Trója dla Osborne'a, plus dla Christie. A w sumie szkoda, że ona sama nie przerobiła tej sztuki na powieść. No i uważam za nieporozumienie, że ta pozycja została włączona do Jubileuszowej Kolekcji powieści Agathy Christie. Nie polecam.


  • AGATHA CHRISTIE - "Śmierć lorda Edgware'a" - Wyd. Dolnośląskie, 2023r, 270 str.



Och, jaka ulga po tej "Czarnej kawie"! - znowu Agatha Christie w swojej autentycznej, niezrównanej formie! Kolejny tomik zaczęłam czytać od razu po tamtej przeróbce Osborne'a i od razu zrobiło mi się lepiej. Jakaż to jednak ogromna przyjemność - zanurzyć się w świecie wykreowanym i opowiedzianym genialnie przez królową kryminału :). Zupełnie inna jakość! A więc: wspaniale odmalowane wizerunki postaci - zarówno te zewnętrzne, jak i psychologiczne, kolejne elementy skomplikowanej kryminalnej układanki wprowadzane do akcji nienachalnie, z elegancką finezją, do tego piękny literacki język... Tak, to jest prawdziwa Agatha Christie :). 

Z notki wydawniczej: "Jedna z najbardziej kontrowersyjnych powieści Agathy Christie z lat 30. dyskretnie dotyka ówczesnych tematów tabu: antysemityzmu i homoseksualizmu.". No, powiedziałabym, że baaardzo dyskretnie ;). Ale za to mamy wciągającą opowieść, w której napięcie rośnie bardzo powoli, wręcz niezauważalnie, aż gdzieś w 3/4 książki, kiedy w głowie wirują nam już szaleńczo splątane elementy układanki, przestajemy ogarniać cokolwiek i uświadamiamy sobie nagle, że intryga jest tak wielopiętrowa i wielowątkowa, że musimy przestać snuć domysły, bo oto jesteśmy w samym oku cyklonu, w najgłębszej czarnej dziurze i matni bez wyjścia. I pozostaje nam tylko podążać za Poirotem i czekać, aż genialny detektyw połączy wszystkie nitki i poda nam najmniej oczekiwane rozwiązanie zagadki na tacy. Fantastyczna powieść, szóstka z plusem!


  • AGATHA CHRISTIE - "Zerwane zaręczyny" - Wyd. Dolnośląskie, 2022r, 240 str.



Książka zaczyna się co prawda od krótkiej sceny w sądzie, gdzie młoda kobieta zostaje oskarżona o morderstwo, ale zaraz potem mamy długą retrospekcję w stylu sielsko-romantycznej historyjki. Akcja rozwija się powoli, spokojnie... Wraz z upływem czasu atmosfera zaczyna gęstnieć, pojawiają się mroczne sprawy, tajemnice, zranione serca, potem jedna nagła śmierć, zaraz po niej kolejna... Trzeba przyznać, że Christie potrafi niepostrzeżenie, ale konsekwentnie, budować napięcie i w miłą opowiastkę wplatać pełne grozy wydarzenia, w ślad za którymi ciągną się niewyjaśnione, ciemne historie... Oczywiście na końcu Poirot częstuje nas nieoczekiwanie zupełnie zaskakującym rozwiązaniem zagadki. Książka ciekawa, intryga odpowiednio zamotana, ale w sumie nieco słabsza niż wspomniana wyżej "Śmierć lorda Edgware'a". Mimo wszystko daję 5+. Pięknie opowiedziana historia, jest tajemnicze morderstwo, jest romans, wyraziste postaci. Miło się czyta.


  • "ŚMIERĆ NADCHODZI JESIENIĄ" - Wydawnictwo Dolnośląskie, 2022r, 400 stron.




To właściwie zbiór opowiadań, nieco mniej klasycznych niż inne kryminały Agathy Christie, za to zawierających sporą dawkę grozy i zjawisk nadprzyrodzonych. Jak pisze wydawca - tomik zawiera najbardziej przerażające i enigmatyczne sprawy Herkulesa Poirot i panny Marple. No cóż, tak jak w przypadku "Czarnej kawy" - nie doczytałam przed zamówieniem informacji, że to zbiór krótkich opowiadań, a nie pełnowymiarowa powieść. Zaciekawił mnie raczej nieznany mi tytuł i wrzuciłam książkę w ciemno do koszyka. Wspominałam w innym wpisie o książkach Christie, że nie przepadam za opowiadaniami i na przykład "Dwanaście prac Herkulesa" zupełnie nie przypadło mi do gustu, głównie za sprawą krótkiej formy. Ale, jak sama Christie mówiła, tamte opowiadania były "zapchajdziurą", która w kryzysowym momencie miała jej po prostu przynieść jakiś szybki dochód. Był to logiczny ciąg kolejnych spraw kryminalnych, rozwiązywanych przez nieocenionego Poirota według pewnego schematu, można więc uznać to za jednolitą powieść. Tutaj natomiast mamy zupełnie nie powiązane ze sobą króciutkie historyjki, z których czasem niewiele wynika. Czasem miałam wrażenie, że zabrakło jakiegoś sensownego zakończenia. Takie zapiski pomysłów, które byłyby dobrą bazą do napisania powieści, ale zamknięte w mocno okrojonej formie... Jestem na nie, ale znam osoby, którym podobała się właśnie ta krótka forma. No ale ja jednak nie tego szukam u Christie. Lubię te drobiazgowo opisane historie, szczegółowe przedstawienie bohaterów i innych okoliczności. W opowiadaniach po prostu brakuje na to miejsca.

*****
Podsumowując wrażenia z lektury tych czterech książek Agathy Christie... To miał być taki eksperyment, czytanie przypadkowych, nie znanych mi dotąd książek tej autorki. Na przyszłość jednak będę pamiętać, żeby kolejnych nie brać w ciemno, tylko starannie wybrać porządne kryminalne powieści, żadne tam opowiadania czy adaptacje!

A na Pintereście znalazłam taką ciekawostkę:


Taka księga to chyba tylko ciekawy gadżet dla fana Christie, bo czytać takiego kolosa to raczej ciężko by było :))).
*****

sobota, 24 czerwca 2023

Takie tam...

Żaden sensowny tytuł wpisu nie przyszedł mi do głowy, no bo jak nazwać takie coś? Może - kolaż geometryczny? Z pewnością jest to kolaż, a nawet dwa, a przewaga ułożonych w równych rzędach i kolumnach kwadratów i doklejonych do nich równie "porządnych" elementów zasługuje na skojarzenie z geometrią. W sumie to lubię takie proste, uporządkowane, nie przekombinowane formy, więc samo jakoś tak wyszło :).



Pierwotny pomysł był nieco inny, bardziej zwariowany, zarówno co do kształtów, jak i kolorów, ale szykując sobie warsztat pracy i materiały, natknęłam się na spory stosik kartoników w różnych kolorach i wizja projektu zaczęła ewoluować. Te kartoniki to dość sztywne przekładki do segregatorów, które kiedyś odłożyłam przy porządkowaniu starych dokumentów firmowych i kasowaniu niepotrzebnych papierów. Niektóre mają dodatkowo ciekawą fakturę, wyciskane esy-floresy, lekko satynowy połysk lub drobne prążki. Wówczas, chowając te przekładki, jeszcze nie miałam żadnego konkretnego pomysłu, co z nimi zrobię, ale jakoś szkoda było wyrzucić :). No i teraz jakoś tak kusząco do mnie przemówiły...




Obie prace są w podobnym układzie niemal lustrzanym, mają wymiary A3, czyli około 30x40cm. Wykorzystałam rzeczone przekładki w kolorach ciemnej i jasnej czerwieni oraz jasnym ecru (jak zwykle słabo widać na zdjęciach niuanse kolorystyczne), kawałek papieru czerpanego, grubszy karton w kolorze ciemnego piasku i w miodowym, złoty cieniutki sznureczek, jedną pociętą na kwadraty moją własną złotą mandalę wyrysowaną na czarnym papierze - z tego wpisu: http://sztukawpapilotach.blogspot.com/2020/01/tak-powstaja-gwiazdy-i-pustynne-roze.html (najmniej mi się podobała, to poszła pod nóż), a za tło posłużyły kartki grubego papieru 300g, w kolorach jasnego piasku. 





Wszystkie rysunkowe elementy wykonane są złotym żelopisem, co chyba też nie za bardzo jest widoczne na tych zdjęciach.

W sumie to sama nie wiem po co mi to, bo w domu raczej takich dekoracji nie powieszę, nie pasują. Pomyślałam, że z uwagi na te symbole kolorów kart mógłby to być prezent dla jakiegoś brydżysty czy innego karciarza... ale czy dzisiaj w ogóle ludzie grają w karty? Dawniej spotykano się na brydża, pamiętam jak rodzice mieli takie karciane wieczory ze znajomymi, a za moich lat licealnych grywało się (na wagarach!) w tysiąca i w jakieś proste gry typu makao, w każdym razie zawsze ktoś miał pod ręką talię kart. Moje dzieci miały już gry komputerowe i karty popadły w niełaskę... Chyba nawet żadnej talii w domu nie mamy... O tempora, o mores...!




Docelowo planuję jeszcze passe-partout, ale będzie potrzebne podwójne i o znacznej grubości, bo te naklejone elementy są jednak trochę wystające, a całość ma być pod szkłem. Tak więc udaję się na poszukiwania odpowiedniego materiału :).



*****

sobota, 27 maja 2023

Akcja renowacja.

Dzisiaj mam dla Was krótki wpis i coś z domowego archiwum. Ten pastel narysowałam wieki temu. No doooobra, przyznam się - od 40 lat co najmniej wisiał u moich rodziców... W słonecznym pokoju, choć nie w pełnym słońcu. Suche pastele są bardzo nietrwałe i wrażliwe na światło słoneczne, więc obrazek z czasem zaczął tracić kolory. Zabrałam go w końcu i postanowiłam odnowić, bo go lubię i szkoda by było rzucić na pożarcie płomieniom w kominku ;). Tutaj wersja po renowacji:




A tutaj przed (z jakimś refleksem i odbiciem w szybie, a w jakim stanie ramka, to każdy widzi):




Dawno temu uwielbiałam pastele, ale potem oddałam serce farbom olejnym i pastele poszły w odstawkę. Do dzisiaj jednak zachowało się pudło z kolorowymi pałeczkami sprzed kilku dekad - niezła firma i jakość, więc tak sobie leżały na półce między rysunkami, czekając na moją pastelową wenę... Wena nie nadchodziła, lata mijały, aż pojawiło się wyzwanie w postaci starego obrazka do uratowania. Pytanie jednak - czy po tylu latach pastele jeszcze się nadają do użytku? No i okazało się, że chociaż jakby nieco straciły swoją kredową miałkość i przyczepność, to wciąż dają radę :). Na potrzeby takiej ratunkowej akcji są w sam raz.

W trakcie pracy:




Nie chciałam obrazka całkiem przemalowywać, podkolorowałam tylko co nieco dla odświeżenia. Bardziej ucierpiała ramka, która się rozeschła, a dodatkowo w transporcie miała przygodę z gwałtownym hamowaniem i trzeba będzie ją posklejać. A w ogóle to może dam ten pastel do nowej oprawy, bo przydało by się passe-partout... Na razie leży luzem na szafie :).

Suche pastele, wymiary obrazka: 35 x 70 cm.




Pastelowe pałeczki firmy Dealer&Rowney mam od wielu lat, dostałam kiedyś, w czasach mojej wczesnomłodzieńczej aktywności twórczej, taki komplet 72 sztuk w tonacji portretowej. Było to naprawdę bardzo dawno temu, więc nie byłam pewna czy zachowały swoje właściwości po takim czasie. Okazało się, że "działają" prawie bez zmian, tak samo jak w czasach mojej i ich młodości :). 
Zestaw, jako się rzekło, był kolorystycznie przystosowany do rysowania portretów, a tych akurat niewiele rysowałam, więc "zeszły" mi raczej zielenie, błękity, szarości, fiolety, natomiast zostało sporo odcieni cielistych, beżowo-różowych, żółci i w kolorach włosów. Wykorzystałam zatem teraz to co miałam, nie widzę na razie sensu dokupienia brakujących kolorów, bo chwilowo nie przewiduję wznowienia rysowania pastelami. 




Kilka słów o technice. Degas, zapytany przez dociekliwego pasjonata pasteli o to, jak uzyskuje tak niesamowitą świetlistość barw w pastelach z tancerkami, odpowiedział: "Oczywiście, że martwym tonem, a co pan myślał?!". Oznaczało to używanie najpierw ciemniejszych, zgaszonych barw, a następnie na nich kolejne warstwy były nanoszone jasnymi pastelami. Natomiast żeby się to nie mieszało i nie brudziło, artysta utrwalał kolejne etapy specjalnym preparatem, co pozwalało mu na nakładanie na siebie wielu warstw pasteli. Nie wiem, jaki był skład tego preparatu, dzisiaj używamy fiksatywy, lub opcjonalnie znacznie tańszego lakieru do włosów, słyszałam też o wykorzystywaniu przez profesjonalnych pastelistów zwykłej wody z cukrem. Efekt podobny, to raczej kwestia wygody użycia i - nie da się ukryć - niebagatelnej różnicy w cenie.


Na ten sam pomysł wpadłam wiele lat temu zupełnie przez przypadek i pewnie wielu pastelistom takie "odkrycie" się przydarzyło. Otóż pewnego razu narysowany pastelami gotowy obrazek spryskałam fiksatywą, a że nigdy wcześniej jej nie używałam, nie wiedziałam, że spotka mnie pewna niespodzianka. Mianowicie ten specyfik ma to do siebie, że zmienia niektóre kolory - zazwyczaj je przyciemnia, ale w różnym stopniu, więc bywa nieprzewidywalny. Nie spodobał mi się wówczas ten efekt, bo obrazek stracił swoją wyrazistość. A więc poprawiłam rysunek. Wtedy właśnie zauważyłam, że znacznie lepiej nakłada mi się nową warstwę pasteli na powierzchnię pokrytą utrwalaczem, niż bezpośrednio na wcześniejszą warstwę pasteli. 




Pastelowego proszku nie można nakładać bez końca jeden na drugi - w pewnym momencie papier już nie przyjmuje kolejnej warstwy. Natomiast po utrwaleniu powierzchnia staje się znowu gotowa do nakładania kolejnych pasteli, robi się twarda i nieco szorstka, wcześniej naniesiony proszek nie osypuje się i można nakładać nowe kolory. Daje to rzeczywiście wspaniałe efekty, mimo że reakcję różnych kolorów na fiksatywę czasem trudno przewidzieć. Rysowanie pastelami w ten sposób jest więc w pewnym stopniu dziełem przypadku, który tylko trzeba umiejętnie wykorzystać. A jeśli chodzi o wykorzystanie szorstkości podłoża, to jako ciekawostkę dodam, że niektórzy pasteliści rysują po prostu na bardzo drobnym papierze ściernym. Papier, na którym powstał mój rysunek, to dedykowany właśnie pastelom specjalny rodzaj grubego papieru o dość szorstkiej powierzchni (w kolorze zbliżonym do grafitu).




*****


niedziela, 21 maja 2023

Trojaczki. (AKTUALIZACJA)

Info dla tych co już ten wpis czytali: aktualizacja jest na końcu posta.



Lubię czasem wracać do starych tematów, namalować coś, co już kiedyś było, ale w jakiś nowy sposób, w innym ujęciu, albo kolorystyce. Tym razem, szperając w starych obrazkach, znalazłam dwa "orientalne" i poczułam nagłą potrzebę namalowania dalszego ciągu. Chodziło mi to po głowie zresztą już jakiś czas temu i wiedziałam, kiedyś powstanie kolejny obrazek, nawiązujący do tych dwóch - dla przypomnienia, pokazywałam je tutaj "Powiew orientu znad Tamizy" i tutaj "Orientalnie po raz drugi". Opowiadałam tam o tym, skąd wziął się pomysł namalowania czegoś akurat w takich klimatach oraz trochę ciekawostek o mandalach i lotosach.

To są te dwa poprzednie (jak widać - wciąż nie oprawione, leżą sobie po prostu w teczce rysunkowej):



W zależności od tego, na jakim sprzęcie oglądacie ten wpis (komputer, telefon), zdjęcia zwykle są albo przejaskrawione, albo wyblakłe, a tak naprawdę to jest coś pomiędzy :).

Przez chwilę rozważałam inną kolorystykę, ale ostatecznie zdecydowałam się na kontynuację tej mini-serii tak jak było, w dwóch kolorach: ultramaryna i umbra. 



Trochę się jednak skomplikowało, bo w momencie jak usiadłam do malowania, to się okazało, że ultramaryna wzięła i "wyszła". Nie ma, zero, null. Oczywiście, jak to zwykle bywa - weekend, wieczorowa pora, nie ma skąd wziąć brakującej farbki, a ja muszę, bo się uduszę. No więc pokombinowałam z cyjanem i karminem, niezupełnie mi ta ultramaryna wyszła taka jak powinna, więc dodałam trochę cyjanu we wszystkich obrazkach, żeby je delikatnie ujednolicić kolorystycznie. Jak się nie pilnuje uzupełniania tubek z brakującymi kolorami, to trzeba potem kombinować. No i niestety, nie jestem zadowolona, trzeba było powstrzymać dzikie chęci natychmiastowego malowania, skoro się nie sprawdziło zawczasu czy potrzebne kolorki są. Ech...

No i szyja Buddy jakoś tak niechcący zniknęła w toku podmalowywania ;) - można co prawda wymywać akwarelę, ale jakoś straciłam zapał do tego obrazka i już nie chciałam więcej kombinować.



W tej sytuacji dalszego ciągu to już na pewno nie będzie ;). Temat jakiś pokrewny to i owszem, bo, jak wiecie - lubię mandale, one będą kiedyś jeszcze na pewno, lotosy się pojawiają od czasu do czasu, a joga też jest mi bliska, więc coś w tym duchu tak, ale inny styl, technika itd. Zresztą - czas pokaże.



Akwarela, cienkopis. Rozmiar A3 (około 30x40cm).

I powiem Wam, że jak miałam potrzebę oderwania się od recyklingowych kolaży i stąd się urodził pomysł na taki obrazek, tak teraz już tęsknię za tekturkowymi wyklejankami i coś czuję, że będzie ich więcej :). Rodzina znosi mi różne ciekawe pudełeczka, kartoniki i tekturki - już wiedzą, że szkoda wyrzucić, bo może się to przyda do dzieła sztuki :))).




Z wieści ogrodowych: Dżemik od jesieni przekopał dokładnie wszystkie rabatki... Hmmm... nie wiem tylko, dlaczego nie przerył zagonka pokrzyw, które się rozpleniły w okolicy hortensji? Pokrzywy zostały zatem wykarczowane przez człowieka i się suszą. Będziemy robić herbatki. Bo na robienie gnojówki do podlewania nie mam czasu, siły i ochoty. Herbatki będą też z kwiatostanów lilaka, może uda mi się przeprowadzić fermentację w tym tygodniu i zrobić fotorelację, to podam przepis.

Mówi się, że albo ma się psa, albo ogród. Ciężko to pogodzić, to fakt, zwłaszcza jak pies młody i rozsadza go energia. Tak więc nowych nasadzeń tej wiosny nie ma, żadnych delikatnych roślinek i ogrodowych rarytasów. Może kiedyś... Na razie cieszą mnie moje własne sadzonki lawendy, które wreszcie się przyjęły, po dwóch latach prób. Wyhodowane w skrzynkach na balkonie, poza zasięgiem Dżemikowych łapsk. Moja odmiana ma długie, przewieszające się pędy, kwitnie bardzo obficie i długo, po letnim cięciu drugi raz aż do przymrozków.  W sklepach takiej nie spotykam, więc chciałam rozmnożyć moje krzaczki, bo mają już ponad 20 lat i boję się, że jakiejś zimy nie przetrzymają i będzie klops... No więc cieszę się, że się udało i mam już lawendowe potomstwo :). 

A to jest moja największa radość i duma, królowa ogrodu - azalia pontyjska, ma już 25 lat i prawie 3 metry średnicy i wysokości. Kwitnie i pachnie niesamowicie, cała ulica otulona jest jej zapachem :). Ciężko było obfocić tak, żeby było widać ją w całości, bo trochę się wszystko wokół rozrosło i z każdej strony coś zasłania, więc te rozmiary nie bardzo widać... W tym roku zamierzam kilka krzaków w jej otoczeniu wykarczować, żeby miała więcej miejsca. A jak wsadzałam malutką sadzonkę, to nie wierzyłam, że to takie duże urośnie. Tak to jest w ogrodzie - najpierw nie możemy się doczekać, kiedy rośliny urosną, a potem jest problem, bo urosły aż za bardzo :). Obok rośnie też cis, posadzony w tym czasie co azalia, no i teraz to też potężna roślina, o tyle kłopotliwa, że wyłazi na ścieżkę no i wpycha się na azalię. No cóż, cisa nie wytnę, muszą więc jakoś koegzystować...




Azalia pontyjska jest najsilniej pachnącym gatunkiem azalii, jej miodowo-hiacyntowy zapach wyczuwa się z odległości aż 200m, a u osób wrażliwych może wywołać bóle i zawroty głowy. W okresie jej kwitnienia (około 3 tygodni) na noc zamykam okno w sypialni, bo krzew rośnie tuż koło domu, a zapach jest wręcz odurzający. Azalia pontyjska zwabia mnóstwo bzykaczy, ale nektar z jej kwiatów jest niestety dla ludzi trujący, więc w pobliżu nie powinny znajdować się pasieki, bo miód będzie niejadalny.


EDIT:

Słuchajcie, dałam tytuł posta TROJACZKI, a dopiero teraz mnie olśniło, że przecież to się akurat zbiegło z pojawieniem się TROJACZKÓW u Drevniego Kocurka! A tam jest już chyba tuzin kotków przygarniętych (straciłam rachubę, bo Kocurek co chwilę jakiegoś biedaka przygarnia). Trzeba pomóc, bo z najniższej krajowej, to wiecie, co sobie można... Tutaj jest link do zbiórki:

pomagam.pl/3miesiace

A tutaj można przeczytać o maleńkich kocich TROJACZKACH: 

https://kocia-focia.blogspot.com/2023/05/dzieje-sie-oj-ale-co-zrobic.html

Dorzućcie co-nieco do kociego koszyczka, dla maluszków i dla kocich staruszków, i dla chorowitków!


środa, 3 maja 2023

Pustynia z recyklingu.

No i jest drugi, obiecany kolaż (tutaj był pierwszy). Zgodnie z sugestią mojego syna miała być pustynia, egipskie skojarzenia, wielbłądy, piramidy, Sfinks. Kolory ciepłe - piasek, ugry, sepie, beże, ale też oranże, bursztyn, złoto, bo takie się podobają. Do dyspozycji: karton i tektura wielowarstwowa (z opakowań przeróżnych), farby akrylowe, klej Wikol, trochę rozmaitych śmieciowych przydasi (konkretnie włóczka i guzik), no i fantazja. 


Dwa ujęcia w różnym oświetleniu, a i tak nie widać realnych kolorów, tam jest więcej żółci, nie wszystko takie cynobrowe, ale aparat wie lepiej.



Uwielbiam sztukę starożytnego Wschodu, więc kusiło mnie, żeby wcisnąć w ten projekt jak najwięcej elementów z tamtej epoki. Poza piramidami i Sfinksem są zatem hieroglify (nie próbujcie ich odczytywać, bo to przypadkowy misz-masz :))) ), ale fragment kolumny staroegipskiej ostatecznie sobie odpuściłam, żeby nie przeładować kompozycji. Ale za to obowiązkowo jest karawana :). 



W fazie projektu karawana, dla przymiarek schematycznie narysowana na kartce, jeździła raz na dół, raz w górę obrazu... Palma, jako symbol oazy, to pojawiała się, to znikała, piramidy się przesuwały to tu to tam, sfinks raz był na tle piramid, raz z boku. Ciągle mi było mało miejsca na to wszystko, bo miał być jeszcze przecież bezmiar pustyni, a tu taki tłok! No ale jakoś to w końcu upakowałam, a całość ma rozmiar słuszny, więc przestrzeń też jest :).



W poprzednim kolażu zaszalałam twórczo z wytłoczką po jajkach wkomponowaną w pudełko po pizzy, tym razem zabrakło mi ciekawych pomysłów na temat wzbogacenia faktury dzieła... Przeszło mi przez myśl, żeby zrobić Wielkiego Sfinksa z papier-maché. Ostatecznie jednak porzuciłam ten zamiar, bo i tak musiałabym go mocno spłaszczyć, żeby mi za bardzo nie wystawał z całości, a po drugie chciałam zachować na całej kompozycji efekt gładkiej płaszczyzny, rozległej przestrzeni, pomimo wielu poutykanych elementów. No i ostatecznie Sfinks jest w ugrzecznionej wersji tekturkowej. Starałam się jednak, żeby nie był zbyt idealnie wystylizowany i przypominał jego obecną, zmasakrowaną nieco postać, którą najlepiej znamy. Bo oryginalne, starożytne oblicze, było upiększoną wersją podobizny faraona Chefrena, w dodatku pomalowaną w dość jaskrawe barwy. W sumie to pierwsza surowa, tekturkowa wersja wyszła mi najlepiej, ale podkusiło mnie, żeby ją podmalować, no i efekt nie jest do końca taki jak chciałam. Najzabawniej było, jak na pewnym etapie przeróbek Sfinksowi niechcący zrobiłam wytrzeszcz oczu, skierowany trochę po skosie, co wyglądało, jakby go ta karawana mocno zdziwiła i wkurzyła :)))). 



Natomiast co do piramid... Jak wiadomo, piramidy obecnie mają nierówną, schodkową powierzchnię, częściowo na skutek erozji, ale przede wszystkim - rabunku. Pierwotnie bowiem bloki kamienne (lub, jak mówią niektórzy badacze - odlane ze starożytnej odmiany betonu piaskowo-gliniano-wapienno-krzemowego, i mnie ta wersja jakoś bardziej pasuje) były pokryte polerowanym wapieniem, a szczyty - złotymi płytkami. Potężne ostrosłupy lśniły więc w słońcu pustyni oślepiającym biało-złotym blaskiem, co niewątpliwie robiło oszołamiające wrażenie. Oczywiście po wiekach okoliczni mieszkańcy uznali te budowle za doskonałe źródło materiału budowlanego, że o złocie nie wspomnę...

Żeby jakoś nawiązać do tego pierwotnego wyglądu - dodałam nieco złota tu i ówdzie. A w słońcu wykorzystałam patent z poprzedniego kolażu, tylko tam był bawełniany sznurek, a tutaj wiskozowa włóczka z lekkim połyskiem. Karawanę po prostu namalowałam, bo jednak wycinanie tych wielbłądzich nóżek trochę mnie przerosło ;). Palma za to jest trójwymiarowa, tzn. kilka liści z pomalowanego papieru wystaje z podłoża, reszta drzewa jest z tekturki odartej z tegoż papieru, ze dwa liście domalowałam. Nie wiem czy to widać, ale dwa liście odwijają się odstając całkiem od podłoża (i nie ma tam koloru błekitno-zielonego, to jakiś efekt mojego aparatu):



Rozmiary tego dzieła to około 70x100cm. A tutaj dla porównania kolaż pustynny z tym wcześniejszym, abstrakcyjnym, o połowę mniejszym:




No i wnioski mam takie: wycinanki i wyklejanki, których nie lubiłam w szkole, teraz uważam za świetną zabawę, podoba mi się ten recykling i pewnie wkrótce coś jeszcze wymyślę, ale pójdę raczej w kierunku abstrakcji. Chyba. Bo konieczność trzymania się jakiegoś realnego tematu trochę ogranicza moją kreatywność, za bardzo staram się oddać wiernie główny temat. Ale jeszcze zobaczymy... A na razie - na tapecie mam akwarelki :).

*****

Z życia moich kotów taka ciekawostka: okazało się, że Kocia, najbardziej wybredna spożywczo z całego stada, uwielbia słonecznik! Zostawiłam kiedyś na blacie w miseczce łuskane ziarna, Kocia zajrzała, spróbowała, myślałam, że na tym się skończy, a ona się na dobre przysiadła i wyjadła całkiem sporo. Zostawiłam w takim razie ziarenka, bo jednak po kocie jeść nie będę (chociaż zdarza się, że ja jem jajecznicę z jednej strony talerza, a kot z drugiej) - i po pewnym czasie Kocia znowu wcinała słonecznik, aż jej się uszka trzęsły :). Lubi też siorbać marynatę ze śledzi po wiejsku, czyli ocet z olejem, przyprawami i zapachem śledzia :))). A mięska surowego, którym pozostałe kociambry się zajadają, Kocia nawet nie tyka. No taka z niej dziwaczka i wegetarianka :))). Co się zresztą kotu dziwić, Dżemik z kolei potrafi za jednym zamachem zjeść pół torebki suszonych śliwek, następnie garść suszonej żurawiny i jeszcze zagryźć to arbuzem, winogronami albo gruszką. Podobno ludzie dają psom tartą marchew z jabłkiem, ale z żadnym z naszych psów to nie przeszło, one mają inne upodobania. Dżemik marchewką pluje, a jabłka najchętniej jada suszone, ewentualnie jak już są na naszej jabłonce, to zrywa sobie prosto z drzewka i zjada w całości. I tak to.

*****

Moi mili, ostatnio blogger robi mi nieprzyjemne psikusy, a mianowicie wrzuca niektóre komentarze do spamu. Dlaczego? - tego pewnie nie wiedzą nawet twórcy tej beznadziejnej nowej wersji, reguły nie ma w tym żadnej. Ale za to potrafi przepuścić do publikacji prawdziwy spam (wielokrotnie od tego samego spamera), muszę więc być czujna i wywalać to ręcznie. W każdym razie jeśli się zdarzy, że nie zobaczycie od razu swojego komentarza, to widocznie zadziałał porąbany algorytm bloggera, ale ja każdy komentarz na pewno wyłowię ze spamu i "uaktywnię", tyle tylko że może to potrwać dzień lub dwa, bo nie codziennie zaglądam na blog. 

W poprzedniej wersji spam był dla mnie widoczny od razu, w osobnej zakładce komentarzy na panelu sterowania. Teraz wszystkie są razem, te opublikowane i te uznane za spam, niczym nie wyróżnione, a ja zauważam różnicę dopiero jak chcę odpowiedzieć na komentarz i nie ma go pod postem na blogu. Wtedy wracam do listy komentarzy, najeżdżam na ikonki z boku, widoczne właśnie dopiero po najechaniu kursorem, i odhaczam "nie spam", potem jeszcze muszę odpowiedzieć na głupie pytanie czy na pewno chcę opublikować. Te wszystkie nowinki są zapewne po to, żeby zniechęcić użytkowników do korzystania z bloggera. 

A już zupełnie mnie zdołowała informacja Amyszki, że blogger-świnia zablokował jej niewinny post o drapaku dla kotków! Jak mniemam, to wina twórców algorytmu odsiewającego niepożądane treści, bo - jak mawia mój informatyk - samo się nie zrobiło, bo samo to się tylko błyska i grzmi! Co człowiek zaprogramuje, to system/program informatyczny wykona. 

I to by było na tyle, chciałam się w związku z powyższym rozpisać na temat sztucznej inteligencji i co ja myślę o tworach informatyków, istot jakby nie było niedoskonałych, ale darujmy sobie te nerwy.



*****