Gdyby nie to, że mąż podsunął mi do czytania akurat te dwie książki, które wygrzebał u znajomych, to nadal pewnie bym nie wiedziała o istnieniu osoby o nazwisku Weisberger. Bo film "Diabeł ubiera się u Prady" owszem kilka razy oglądałam i może jeszcze kiedyś obejrzę, ale nie zakonotowałam sobie, że autorką książki, na podstawie której ów film nakręcono, była Lauren Weisberger. Nic mi to nazwisko nie mówiło. Być może kiedyś, przy okazji filmu, do ucha mi wleciało, ale drugim zaraz wyleciało. Dla zainteresowanych skrót życiorysu autorki - podaję za portalem "Lubimy czytać":
Amerykańska pisarka i dziennikarka. Ukończyła Cornell University. Przez rok włóczyła się z plecakiem po świecie, odwiedzając m.in. Europę, Izrael, Egipt, Tajlandię, Indie i Nepal. Po powrocie do USA podjęła pracę w prestiżowym magazynie mody „Vogue”, a następnie w czasopiśmie podróżniczym „Departures”; uczestniczyła też w warsztatach literackich. Swoją szefową z „Vogue’a”, Annę Wintour, sportretowała jako Diabła w opublikowanej w 2003 roku powieści Diabeł ubiera się u Prady, która okazała się światowym bestsellerem. Powodzenie debiutanckiej książki przełożyło się na sukces jej filmowej adaptacji z Meryl Streep i Anne Hathaway w rolach głównych. Oprócz Diabła…, Weisberger ma w swoim dorobku pięć powieści: Portier nosi garnitur od Gabbany, W pogoni za Harrym Winstonem, Ostatnia noc w Chateau Marmont, Zemsta ubiera się u Prady, Gra singli oraz najnowszą When Life Gives You Lululemons, która w USA ukazała się latem 2018 roku.
Jak wspomniałam - film "Diabeł ubiera się u Prady" obejrzałam kilka razy - bo mi się spodobał, rzecz jasna. Oczywiście nie wszyscy zapewne są fanami tej produkcji, ale film zdobył mnóstwo nagród i niewątpliwie odniósł zasłużony sukces. Dlaczego w ogóle ten film obejrzałam? Bo uwielbiam Meryl Streep. I to był powód główny, bo dla samej Meryl Streep obejrzę każdy film, w którym ona zagra. Lubię też Anne Hathaway. Opis fabuły wyglądał dość interesująco, więc z tych powodów obejrzałam po raz pierwszy. Dlaczego natomiast oglądałam po raz kolejny? Bo to jest świetny film :). Genialni aktorzy, aktorki zwłaszcza, ale na przykład Stanley Tucci też był fantastyczny. No i od czasu do czasu chyba większość z nas lubi obejrzeć sobie życie tzw. wyższych sfer, nawet jeśli ta wyższość dotyczy wyłącznie pieniędzy, których sami nie mamy - tak z ciekawości, jak można sobie dzięki nim życie ulepszyć albo spieprzyć. Piękne stroje, piękne wnętrza itd. Miło się ogląda, mnie zawsze interesuje scenografia, plenery, kostiumy itd. Zwracam uwagę na przykład na takie rzeczy, jak dobór kolorów - w niektórych filmach jest to bardzo widoczne, że stroje i wnętrza są w jednej tonacji, albo przeciwnie - kontrastowo bardzo przemyślnie dobrane - kilka seriali w TV obejrzałam tylko dlatego, że podobała mi się scenografia, po prostu sprawiało mi przyjemność oglądanie, fabuła nie była istotna. A w tym konkretnie filmie dochodzi jeszcze dynamiczna akcja, błyskotliwe dialogi i wyraziści bohaterowie, miesza się życie zwykłych ludzi z blichtrem i blaskiem fleszy i brylantów, świat prostych rzeczy i drobnych codziennych przyjemności zderza się z bezpardonową walką o wpływy, duże pieniądze i rozgłos medialny. Mamy okazję zajrzeć za kulisy rozgrywek personalnych w świecie wielkiej mody, zarówno na najwyższych szczeblach, jak i wśród aspirujących asystentek. Film skłania też do refleksji i zastanowienia nad tym, co w życiu jest ważne, ile można poświęcić dla kariery i czy warto zaprzedać duszę Diabłu. Nie będę streszczać, bo większość pewnie ten film zna, no i nie po to jest ten wpis. Miało być o książkach.
![]() |
| Meryl Streep jako Miranda w filmie "Diabeł ubiera się u Prady" |
Książki "Diabeł ubiera się u Prady" jednak nie przeczytałam. I nie planuję. Bo film jest bardzo dobry, a książka zwykle bywa czymś zupełnie innym. Nie chcę przeżywać rozczarowania. Tym bardziej teraz, kiedy przeczytałam kolejne książki tej samej autorki i mam poczucie straconego czasu. Natomiast z pewnością obejrzę drugą część filmu (bo gra Meryl Streep), chociaż trochę się obawiam, bo z sequelami różnie bywa...
Ale ad rem...
- LAUREN WEISBERGER - "Portier nosi garnitur od Gabbany". Wydawnictwo Albatros, 2010r, 448 str.
Po przeczytaniu 1/4 książki byłam już nią okropnie zmęczona, ale brnęłam dalej, no bo może coś się rozkręci. W połowie uznałam, że nie dam rady jej doczytać do końca, bo tak naprawdę nic się nie dzieje, akcja żadna, jeśli nie liczyć opisów kolejnych podobnych do siebie eventów, poziom literacki beznadziejny, gorzej niż w typowym Harlequinie. Ale... w tym momencie, czyli gdzieś około połowy książki, nastąpiło przełamanie i dalej jakoś dało się czytać. Więc ostatecznie dojechałam do końca, nawet bez większych skrótów. Książka jednak generalnie słaba. Gdyby mocno skrócić tę pierwszą część (nudną i straszliwie przegadaną, w większości o niczym, o jakichś wydumanych bzdurach), to byłaby to - moim zdaniem - książka co najwyżej przeciętna.
Styl jest bardzo nierówny, początek bez pomysłu, rozwleczony niemiłosiernie, później już idzie nieco bardziej składnie i w miarę ciekawie, można się trochę wciągnąć w całą tę historię, chociaż też szału nie ma. A zatem krótko o fabule. Część pierwsza to zwyczajne, codzienne dialogi bez polotu, drobiazgowe obserwacje niezbyt rozgarniętej dziewczyny, takiej słodkiej idiotki, mówiąc wprost. W gruncie rzeczy cała ta historia to próba odgrzewania kotleta, bo scenariusz bezpiecznie bazuje na głównych pomysłach z pierwszej książki. Jedno się sprzedało, to może i drugie się sprzeda, a pomysłów oryginalnych jak widać brak. Tam jednak były przynajmniej jakieś skomplikowane intrygi oraz spektakularna przemiana bohaterki, tutaj natomiast narratorka przez połowę książki chodzi z imprezy na imprezę, ciągle zachwyca się mnóstwem pięknych i chudych ludzi, o których nic nie wiemy, poza tym, że są cudowni, piękni, mają piękną skórę i piękne ręce, nogi itd. I nieustannie ktoś kogoś obejmuje i całuje i wszyscy się ekscytują, że ojej tak dużo ludzi i ojej jacy oni cudowni i w ogóle ojej jaka cudowna impreza i tak dalej w tym stylu, ojej. Co chwila okazuje się, że to czy tamto miejsce jest absolutnie zachwycające i seksowne, a ludzie też niesamowicie seksowni. Bez konkretów. Żadnej próby przekonania czytelnika, bardziej precyzyjnego opisania zjawiska. Pewnie są czytelnicy, którzy tak lubią - autor pisze, że jest cudownie, to oni natychmiast czują, że jest cudownie, nie zawracając sobie głowy dociekaniem - dlaczego mianowicie jest tak cudownie. Ja dociekam. Chciałabym sama to poczuć z kontekstu, a nie - dowiedzieć się z suchego przekazu.
W "Diabeł ubiera się u Prady" Andrea, zwyczajna dziewczyna marząca o pracy w przeciętnej redakcji, zostaje dziwnym trafem asystentką wpływowej szefowej najważniejszego pisma o modzie. Jak się dowiadujemy - to praca, o której marzą tysiące dziewczyn na Manhattanie. W "Portier nosi garnitur od Gabbany" główna bohaterka Betty Robinson też szuka pracy, trafia - a jakże - do znanej i modnej agencji eventowej czy też public relations, jak bajkowy Kopciuszek trafia od razu na - częściowo służbowy - bal establishmentu, a stamtąd nie wiadomo znowu jakim cudem ląduje w mieszkaniu i łóżku faceta "o którym marzą tysiące dziewczyn na Manhattanie". Przystojny, seksowny, bogaty, utytułowany, ustosunkowany, grzeczny (nie przeleciał pijanej panienki a nawet się nią zaopiekował) itd. Oczywiście, jakżeby inaczej. Wachlarz przymiotników nie jest zresztą zbyt bogaty, powtarzają się wciąż te same określenia, z których niewiele wynika, trudno sobie zwizualizować te postaci. No i nie do końca wiadomo, dlaczego bohaterka nie chce tego uroczego przystojniaka. Koleżance mówi, że to rozpuszczony bogaty dzieciak, ale chyba żadna opisana systuacja tego nie uzasadnia, a chwilami nawet wręcz przeciwnie. I no cóż - bohaterka właściwie sama nie wie, czy go chce. I tak się ta kwestia wałkuje na dwustu stronach. Gdzieś tam pod koniec to i owo się wyjaśnia, chociaż zaskoczeń brak, bo średnio inteligentna osoba dość szybko domyśli się kto jest kim w intrygach szytych grubymi nićmi. Ale mniejsza o przewidywalną i nudną fabułę. Jak wspomniałam - Betty snuje te swoje rozkminki na poziomie gimnazjalistki przez pół książki, a przecież jest 27-letnią kobietą pracującą w znanej firmie obsługującej ważnych klientów, biznesmenów, projektantów, artystów, dziennikarzy itd - i nawet, jak się z czasem okazuje, zawodowo doskonale sobie radzi. Po którejś tam już książce-kalce pani Weisberger mogłaby jednak bardziej się wysilić i dopracować postać głownej bohaterki, dialogi i całą fabułę. Oraz pozbyć się swojej obsesji na punkcie chudych ludzi.
No i dopiero gdzieś w połowie, kiedy już miałam rzucić to marne książczydło w kąt, zaczęło się powoli coś dziać, jakiś nagły zwrot w ślimaczej akcji, nowy amant wkracza znienacka w życie naszej nieogarniętej bohaterki. I tu znowu bez zaskoczeń, bo jest kucharzem i marzy o własnej restauracji - podobnie jak chłopak Andrei z "Diabeł ubiera sie u Prady". No patrzcie państwo, jak oryginalnie. Pani Weisberger najwyraźniej bała się przełamać sprawdzony schemat z udanego debiutu. Na szczęście jednak wzięła się w końcu w garść i nawet styl jej się nieco poprawił. Miałam wrażenie, jakby dwie części książki napisały dwie różne osoby. Fabuła nabrała rumieńców, pojawili się inni bohaterowie, jakieś nowe sytuacje, trochę życia rodzinnego z oryginalnymi postaciami, trochę wspomnień szkolnych - miłych i niemiłych, coraz bardziej zagmatwane machinacje, a główna bohaterka przestała odgrywać głupkowate dziewczątko.
Tak więc ostatecznie doczytałam do końca, ale nie polecam. Mimo kilku całkiem inteligentnie napisanych fragmentów - książka niestety prezentuje poziom początkującej pisarki piszącej wprawki do szuflady, z mnóstwem amatorskich błędów stylistycznych i konstrukcyjnych. Nie wiem, w jakiego czytelnika pani Weisberger celowała, może to miała być powieść dla nastolatek i dlatego ja nie poznałam się na tym arcydziele? Ma jednak sporo wielbicielek, więc może ja się rzeczywiście nie znam.
Za drugą książkę nie miałam ochoty się zabierać, ale skoro ją już miałam pod ręką, to zaryzykowałam...
- LAUREN WEISBERGER - "Gra singli". Wydawnictwo Albatros, 2019r, 447 str.
Tutaj autorka postanowiła jednak zaszaleć, zerwała z bezpiecznym schematem i zmieniła nieco okoliczności, a mianowicie rzuciła czytelników na kort tenisowy. Oczywiście chodzi o oszałamiający świat WIELKIEGO tenisa i wielkich pieniędzy. Zaglądamy za kulisy rozgrywek turniejowych na najwyższym poziomie - Wimbledon, trenerzy, sparingpartnerzy, treningi, kontrole przedmeczowe i antydopingowe, diety, rehabilitacje, sponsorzy, kwestie sprzętu i ubrań sportowych, których niewłaściwy wybór może zmienić bieg historii, rywalizacja i współpraca, kreowanie wizerunku itd. A równolegle próby układania sobie normalnego życia - rodzina, przyjaciele itd.
No i tę książkę czytało mi się może bez większych emocji, ale było lepiej niż z poprzednią. Bohaterka - młoda utalentowana tenisistka - zachowuje się odrobinę bardziej dojrzale niż Betty z poprzedniej książki, więc już to było dla mnie plusem. Prawdopodobnie jednak za miesiąc nie bardzo będę pamietać o czym dokładnie była ta opowieść, bo - poza opisem przygotowań do kolejnych meczów i życia osobistego głównej bohaterki, podporządkowanego terminarzowi treningów i rozgrywek - niewiele się dzieje, żadnych zaskoczeń, znowu dużo rzeczy daje się przewidzieć. Jest wredna rywalka, jeden chłopak, potem drugi i trzeci, miła trenerka a potem wredny trener, no takie tam...
Obie te lektury niewiele wniosły w moje życie, ale umówmy się, że były po prostu lekkim usypiaczem wieczorową porą. I może wielu osobom przypadną do gustu, ale mnie się średnio podobały, takie zwyczajne historyjki, druga opowiedziana trochę lepiej niż pierwsza.
Kolejny wpis będzie też książkowy, ale już w całkiem innych klimatach.
********
W ostatnią niedzielę lutego, kiedy po kilku tygodniach mrozu nagle wybuchła wiosna i na termometrze było już 19 na plusie, zrobiłam inspekcję domku dla pszczółek murarek. Domek zainstalowaliśmy w ubiegłym roku w ogrodowej altance, trochę późno, bo pod koniec lata, ale okazało się, że jeszcze jakieś spóźnialskie pszczoły poskładały tam swoje jajeczka i pozalepiały komórki. Miałam nadzieję zobaczyć na wiosnę wygryzanie i wyloty nowych owadów... Ale się okazało, że wystarczyło kilka ciepłych dni w lutym - i oto pszczółek już w domku nie ma! Z jednej strony - cieszę się, że pomogliśmy pożytecznym owadom trochę się rozmnożyć, ale z drugiej - martwię się, że jeszcze zima zaskoczy i biedaczki pomarzną. No i jedzenia to dla nich w zasadzie jeszcze za bardzo na przełomie lutego i marca nie ma, bo niewiele kwitnie, w każdym razie nie w moim ogrodzie. Pierwsze podobno wygryzają się samce, samiczki jakieś 2 tygodnie później. Muszę pomyśleć o posadzeniu bardzowczesnowiosennych kwiatów na przyszły rok, żeby kolejne pokolenie miało gotową spiżarkę. Jedna murarka zapyla tyle kwiatów, co pszczoła miodna, są to więc bardzo pożyteczne zapylacze. A w ogrodzie mamy drzewa i krzewy owocowe, więc tacy pomocnicy są bardzo potrzebni, żeby owocki były, wiadomka.
Może to jest mało widoczne, ale kilka rurek trzcinowych i drewienkowych jest jeszcze zalepionych, część wygryzionych, a część nie była w ogóle zamieszkana. Czy w szyszkach i wiórkach coś mieszkało, to nie mam pojęcia, tak po wierzchu nie widać, a nie rozgrzebywałam, żeby się przekonać.
********
Zmieniłam sobie nicka. W życiu pozablogowym znajomi różnie do mnie mówią, niektórzy właśnie Megi, a że wydaje mi się to takie dość neutralne, nie za bardzo oficjalne i nie za bardzo zdrobniałe, to tak tutaj będę sie podpisywać. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, żebyście używali innych form mojego imienia, wedle woli :).
******





Oczywiście, że nie miałam pojęcia, że film nakręcony został na podstawie książki. Już się cieszyłam, że L.Weisberger napisała kolejne książki i niecierpliwie czekałam końca Twojego postu (posta?)... Bo już nie mogłam się doczekać, żeby zamówić....
OdpowiedzUsuń(Ostatnio nie mam szczęścia do książek, które mi się podobają).
I wychodzi na to, że ze wszystkiego dobrego związanego z tą autorką , to najlepszy jest Twój post.😁
Z tego co piszesz, wcale się nie dziwię, że o kobicie cisza na forach czytelniczych.
Za to nigdy się nie zawiodłam na żadnym filmie z Meryl.
Ciekawe rzeczy napisałaś o murarkach.
Ja raczej nie sięgam sama po tego typu książki (nawet mam problem jak je zaklasyfikować - literatura wagonowa? lekka obyczajówka? powieść młodzieżowa?). Ale mój mąż lubi pogrzebać w bibliotekach i biblioteczkach znajomych i przynosi mi takie dziwne rzeczy. A ja na zasadzie - a zobaczę co ludzie czytają - czasem się w nie zagłębiam. Zdarzają się ciekawe rodzynki, ale i sporo barachła. No ale jak widać pisać każdy może - trochę lepiej lub trochę gorzej, a zawsze znajdzie się ktoś, kto to przeczyta, celowo lub przez przypadek.
UsuńA Meryl Streep uwielbiam i zachwyca mnie w każdej roli :).